Wybory do Parlamentu Europejskiego formalnie mają zdecydować o przyszłości Europy, a prawda jest inna. W Europie mamy za mało demokracji i zbyt wielu ludzi o ograniczonych horyzontach. Nic dziwnego, że nie udało się zażegnać na dobre kryzysu – przekonuje Philippe Legrain, ekonomista i były doradca przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso.

ObserwatorFinansowy.pl: Przez trzy lata doradzał Pan Komisji Europejskiej w sprawach gospodarczych. Jakie są Pańskie wrażenia po starciu z rzeczywistością brukselskiej biurokracji?

Philippe Legrain: Mój główny wniosek? Żyjemy w świecie rządzonym przez ekspertów o bardzo ograniczonych specjalizacjach, którzy nie postrzegają świata całościowo, tylko na wyrywki. Bardzo mało jest ludzi, którzy widzą istotne powiązania między problemami, ich różne aspekty, oraz umieją odróżniać przyczyny od skutków. Ludzie podejmujący w Europie decyzje nie potrafią myśleć globalnie. Nie twierdzę, że jestem w tym najlepszy i doskonały, ale próbuję to robić i zwracać uwagę na ten problem. Nie można na przykład zrozumieć kryzysu w strefie euro, posługując się jedynie czystą teorią ekonomii, a nie zauważając negatywnych praktyk w sektorze finansowym, nie rozumiejąc polityki czy nie biorąc pod uwagę kwestii społeczno-kulturowych.

Naprawdę w Brukseli jest tak niewielu ludzi, którzy mają całościowe spojrzenie na problemy Europy?

Po kryzysie 2008 r. instytucje europejskie zostały zdominowane przez ludzi krótkowzrocznych – skupiono się na polityce fiskalnej i kwestii równowagi budżetowej, a zaniedbano np. problemy sektora finansowego. Nie zrozumiano także meandrów politycznych związanych choćby ze skutkami cięć budżetowych.

Byłem doradcą gospodarczym przewodniczącego Komisji Europejskiej, byłem także szefem zespołu jego doradców zajmującego się bardzo szerokim zakresem spraw – od zmian klimatu po handel międzynarodowy. Mieliśmy myśleć długodystansowo, patrzeć na UE jako na całość, opracowywać długofalową strategię… Staraliśmy oferować taką szeroką perspektywę komisarzom i urzędnikom, ale nie było to łatwe. Udało się tylko częściowo. Z jednej strony jestem bardzo dumny z tego, że w 2011 r., gdy mówiło się reformach strukturalnych i oszczędnościach, udało mi się przekonać szefów Unii, że ważne są także inwestycje napędzające gospodarkę.

Zasugerowałem, że należy je zwiększyć poprzez dokapitalizowanie Europejskiego Banku Inwestycyjnego, co też się stało w ciągu kolejnego roku. Z drugiej strony moją wielką porażką jest sprawa rozwiązania problemów sektora bankowego. Moja analiza kryzysu w strefie euro opierała się na założeniu, że bierze się on przede wszystkim z kryzysu bankowego. Przekonywanie polityków, że właśnie banki są przyczyną kłopotów, trwało bardzo długo i nie wszystkich udało się przekonać. Niemcy zresztą wciąż uważają, że kryzys to kwestia fiskalna, a nie bankowa, co zablokowało stworzenie efektywnej unii bankowej.

Jakaś unia bankowa jednak powstaje…

Cóż… Jakaś, ale nie dobra. Najważniejszą cechą dobrej unii bankowej jest to, że obejmuje wszystkie instytucje bankowe, a centralny nadzór może zamykać poszczególne z nich, jeśli wymagają tego okoliczności. Niestety to, co się tworzy w Europie, dotyczy jedynie największych banków, a nie wszystkich. Jest tak dlatego, że Niemcy chciały chronić swoje mniejsze banki i zliberalizowały zapisy porozumień. Nie dano także odpowiednio szerokich kompetencji centralnemu nadzorowi finansowemu, bo państwa mogą zgłosić weto wobec jego posunięć. Mamy więc unię na papierze, a nie realny związek.

Może sprzeciw wobec mocnej unii bankowej wynika z ogólnego zaniepokojenia coraz bardziej widocznymi dążeniami do centralizacji w UE?

Jeśli chodzi o bankowość, musimy mieć strukturę nadzorczą o wymiarze paneuropejskim, ponieważ banki i inwestorzy operują ponad granicami państw. Potrzeba wręcz globalnych instytucji, które będą współgrały z taką rzeczywistośćią. Oczywiście centralizacja nie wszędzie jest pożądana, np. w dziedzinie fiskalnej. W wyniku kryzysu widzimy postępującą centralizację kompetencji fiskalnych, czyli przeniesienie ich z poziomu państw członkowskich do Brukseli. Według mnie jest to ekonomicznie niebezpieczne, bo gdy mamy wspólną walutę, potrzebujemy więcej, a nie mniej fiskalnej wolności. W wymiarze politycznym zarządzanie sprawami fiskalnymi z Brukseli jest zabójcze. Zabiera się w ten sposób wyborcom szansę na decydowanie o sobie w kwestiach podatkowych, co przecież leży u podstaw demokracji.

Z jednej strony potrzeba nam więc struktury federalnej w sferze finansów, a z drugiej fiskalnej decentralizacji. Inaczej ryzykujemy, że do władzy dojdą skrajne antyunijne partie. Trzeba umieć odróżniać dziedziny, o których państwa powinny decydować na własną rękę, od tych, które wymagają globalnej koordynacji.

Dotyka Pan tutaj problemu, który bardzo często podnoszą krytycy Unii Europejskiej. Mówią mianowicie, że właściwie nie jest ona już ciałem demokratycznym.

Sądzę, że Unia nie jest wystarczająco demokratyczna w tym sensie, że wyborcy nie mają zbyt wiele do powiedzenia w sprawie tego, kto podejmuje decyzje i w jakim kierunku zmierza Europa. Wkrótce odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, które oficjalnie mają zdecydować o przyszłości Europy. Prawda jest zupełnie inna. Ten parlament funkcjonuje raczej jako klub towarzyski niż jako prawdziwy parlament z realnym podziałem partyjnym. Nawet przewodniczący Komisji Europejskiej nie jest wybierany przez europosłów, tylko przez członków Rady Europejskiej, głównie kanclerz Angelę Merkel. To, na co i na kogo zagłosujesz, nie będzie to miało wpływu na kierunek europejskiej polityki. Tutaj tkwi problem i to musi być zmienione.

Są na to szanse?

Nie chodzi o szanse. Myślę, że to konieczność. Mamy dwa wyjścia. Albo znów oddamy całą władzę państwom członkowskim i zlikwidujemy Unię, albo utrzymamy ją, czyniąc ją jednak bardziej demokratyczną.

Unia w obecnym kształcie nie da się utrzymać. Nie można ignorować ruchów, które dążą do jej całkowitego zniesienia. One skądś się biorą. Oczywiście nie sądzę, by miało dojść do rozpadu Unii, ale jeśli sądzimy, że Europa jest ważna i że są sprawy, które musimy załatwiać wspólnie, to warunkiem koniecznym tutaj jest to, by głos wyborcy miał znaczenie. Obecnie najważniejsze decyzje w Brukseli podejmuje się tak naprawdę za zamkniętymi drzwami. Nie możesz nawet być pewny, co tak naprawdę powiedziano, co ustalono. Polacy nie mogą być pewni, czy ich premier na spotkaniu Rady Europejskiej naprawdę reprezentował interesy Polski. Nie jesteście w stanie tego sprawdzić. To dotyczy wszystkich państw członkowskich i ich obywateli. Nikt niczego nie wie.

W Brukseli po prostu musi zapanować pełna przejrzystość i musi się pojawić odpowiedzialność wobec wyborców.

Skupmy się na gospodarce. Na czym powinna w długiej perspektywie koncentrować się polityka europejska? Na redystrybucji, wyrównywaniu szans czy na regulacjach? Pierwszy typ działań UE często oskarża się o brak efektywności, drugi o zbytnią szczegółowość, biurokratyzację, a czasem o absurdalność. Jak właściwie UE może pomóc swoim państwom członkowskim w rozwoju?

Moim zdaniem najważniejszą rzeczą, którą Unia robi dla gospodarek swoich członków, jest szerzenie pokoju i stabilności oraz utrwalanie rządów prawa. Świetnym przykładem tutaj jest Europa Środkowa i Wschodnia. Wystarczy porównać, jak po 1989 r. radziła sobie Polska w porównaniu z Ukrainą pod względem wzrostu gospodarczego i poziomu demokracji. Pokój i rządy prawa w długiej perspektywie są o wiele ważniejsze niż kwestie, o których Pan wspomniał.

Kolejna bardzo ważna rzecz to wolność podróżowania – wyborcy w badaniach opinii publicznej zawsze to podkreślają. Nie tylko Polacy w Wielkiej Brytanii, ale także Brytyjczycy w Hiszpanii bardzo mocno doceniają te swobody.

Co do różnego typu programów redystrybucji dóbr wewnątrz Unii, myślę, że wielkim błędem jest wspólna polityka rolna. Rolnicy nie powinni być subsydiowani. Sam fundusz spójności jest jednak pożyteczny, bo pomaga biednym krajom nadgonić dystans do bogatych. Szkoda, że często środki z tego funduszu źle się wydaje i defrauduje. UE musi oczywiście pielęgnować ideał solidarności, ale jednocześnie musi pilnować, by pieniądze były lepiej wydawane.

Grecja to małe laboratorium wspomnianego przez Pana zjawiska. Czy UE dobrze radzi sobie z kryzysem w Grecji?

Na początku, gdy 1991 r. Grecja przystąpiła do Unii, otrzymała od niej naprawdę dużo. Grecka gospodarka ruszyła wtedy z kopyta. Z drugiej strony nigdy nie udało się w tym kraju zreformować gospodarki strukturalnie i wyeliminować korupcji.

Ostatni kryzys w Grecji ujawnił sporą nieporadność Unii, która zamiast naciskać na prawdziwe reformy strukturalne, zmusiła kraj filozofów do barbarzyńskich oszczędności, które tylko przedłużyły recesję. Gdy Polska uwolniła się od komunizmu, darowano jej część długów. Grecja potrzebuje czegoś podobnego.

Jest Pan pod wrażeniem Chin, o czym często wspomina Pan w wywiadach. Czy UE może się czegoś od nich nauczyć, choćby w kwestii podejmowania trafnych i zdecydowanych działań, gdy wymaga tego sytuacja? Wydaje się, że Unia boryka się nie tylko z krótkowzrocznością swoich szefów, lecz także z pewną indolencją decyzyjną.

Wydaje mi się, że w kwestii polityki gospodarczej niewiele możemy się nauczyć od Chińczyków. Co prawda szybko nadrabiają dystans do Zachodu, ale znajdują się na innym poziomie rozwoju. Istotna i godna naśladowania jest natomiast ich postawa: wiara w to, że wszystko jest możliwe, chęć do podejmowania ryzyka i zdobywania świata. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale na zachodzie Europy chęć zdobywania świata nie jest już tak duża, wręcz znikła, pojawia się defetyzm. Zwraca się uwagę na koszty, na możliwe ryzyka, a nie na możliwe korzyści.

Od Chin czy Amerykanów możemy się uczyć pewnej odwagi. Stany Zjednoczone wykorzystały szansę, jaką daje rynkowi energetycznemu gaz łupkowy, a Europa? Nie. Polska próbowała, ale na małą skalę. Z jednej strony winne są temu bariery instytucjonalne i faktycznie niewielka determinacja polityków w działaniu, z drugiej strachliwość obywateli i tendencja do patrzenia jedynie na potencjalne negatywne skutki różnych rozwiązań. Cóż, gaz łupkowy jest czystszy niż węgiel i uniezależnia nas od Rosji. To duże plusy, ale zamiast skupiać się na nich, boimy się, że kopalnie łupków zniszczą środowisko podczas ewentualnego trzęsienia ziemi.

W długiej perspektywie najważniejsze jest ponowne nadanie dynamiki europejskiej przedsiębiorczości. Jeśli spojrzeć na listę 100 największych firm Ameryki, aż 20 powstało w ciągu ostatnich 20 lat. W Europie żadna firma z analogicznej listy nie jest młodsza niż 20 lat. Musimy być bardziej jak Hongkong. Oczywiście trzeba dać ludziom więcej wolności i zdjąć z nich ciężar biukracji, bo inaczej nie będzie miał kto uczynić z Europy na powrót potęgi. Wszystkie świetne pomysły i biznesy będą duszone w zarodku.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Philippe Legrain – brytyjski ekonomista, komentator i dziennikarz. W swojej karierze pracował jako doradca Światowej Organizacji Handlu i Komisji Europejskiej. Jego książka „Otwarty Świat: prawda o globalizacji” jest polemiką z klasyczną alterglobalistyczną ksiażką „No logo” Naomi Klein. Philippe Legrain interesuje się także finansami i migracją w gospodarce. Legrain będzie gościem Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie w drugiej połowie czerwca.

OF