Korporacyjna i prywatna filantropia coraz głębiej wkracza w kompetencje administracji i organizacji międzynarodowych. Często kosztem wpływów podatkowych do budżetu. Taki altruizm miliarderów nie pomaga jednak w rozwiązywaniu problemów społecznych.

Kiedy 14 stycznia amerykańska komisja papierów wartościowych i giełd (SEC) ogłosiła, że Sheryl Sandberg, dyrektor operacyjna Facebooka, 290 tys. swoich akcji tej firmy przeznaczy na cele dobroczynne, nie zrobiło to na nikim większego wrażenia. W porównaniu do deklaracji Marka Zuckerberga, który miesiąc wcześniej ogłosił, że podaruje 99 proc. własnych akcji wycenianych na 45 mld dol., warty „zaledwie” 31 mln dolarów gest Sandberg niemal nie imponuje.

Mechanizm filantropii szefów Facebooka jest jednak podobny. Akcje Sheryl Sandberg technicznie zostały przeniesione do funduszu zamkniętego (tzw. donor-advised fund), którego zarządzający będzie je w miarę potrzeby sprzedawał oraz inwestował we wskazane przez filantropkę przedsięwzięcia. Przede wszystkim organizacje non-profit działające na rzecz kobiet (w tym głównie założoną przez Sandberg organizację Lean In) oraz na rzecz walki z głodem dzieci (tu głównym beneficjentem też będzie organizacja kontrolowana przez dyrektorkę Facebooka). Mark Zuckerberg, wraz z żoną Priscillą Chan, również nie przekazali nikomu pieniędzy bezpośrednio, ale stworzyli spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, do której będą stopniowo przenosić akcje Facebooka. Spieniężane, by finansować dowolne inicjatywy – ich zdaniem – społecznie użyteczne.

W Dolinie Krzemowej, wylęgarni amerykańskich młodych miliarderów, takie podejście robi furorę. Efektywny altruizm, czyli dokładnie przemyślane inwestycje społeczne – finansowane, zarządzane i rozliczane podobnie jak przedsięwzięcia biznesowe – mają być najlepszą metodą na rozwiązywanie globalnych problemów społecznych. Jak głód, choroby, nierówności społeczne. Deklaracje Zuckerberga czy Sandberg, podobnie jak 150 innych bogaczy z całego świata, to efekt przyłączenia się do inicjatywy The Giving Pledge Billa Gatesa, twórcy Microsoftu (teraz pełnoetatowego filantropa).

Jej sygnatariusze obiecują, że w trakcie swojego życia oddadzą większość swojego majątku na cele społeczne. Bill Gates po raz pierwszy spotkał się z kolegami miliarderami w 2009 r. w Nowym Jorku w ramach tzw. Dobrego Klubu („Good Club”), aby przedyskutować najbardziej palące problemy świata, którymi chcieliby się zająć. Jakie, do końca nie wiadomo, bo spotkanie, prowadzone przez Gatesa, Warrena Buffetta (największego darczyńcę fundacji Billa i jego żony, Mellindy) oraz „króla nafty” i filantropa Davida Rockeffellera (wnuka Johna D. Rockefellera), odbywało się za zamkniętymi drzwiami. Wkrótce potem jego inicjator stał się oficjalnie największym filantropem świata.

Fundacja Gatesów jest zasilana funduszem zarządzającym aktywami wartymi 44 mld dolarów, pochodzących nie tylko z darowizn twórcy Microsoftu, ale i zysków z inwestycji. Dla porównania: jak podaje The Foundation Center, fundacja Forda podarowała światu (według aktualnej wartości) „jedynie” 10 mld dolarów, Johna D. Rockefellera 14 mld, a Andrew Carnegiego 2,7 mld dol. To ci nieżyjący już magnaci byli amerykańskimi pionierami gigantofilantropii. Najbogatsi, chcąc usprawiedliwić przed społeczeństwem fortunę rosnącą dzięki eksploatowaniu zasobów i robotników (strajki tłumiono zabijając ludzi, a nie z nimi negocjując), fundowali na potęgę szkoły, uniwersytety, szpitale i biblioteki.

To, że miało to służyć dobru wspólnemu, nie było jednak oczywiste. Pracownicy odnosili się do hojności pracodawców nieufnie. Robotnicy odmawiali uczęszczania do uczelni tworzonych przez fundację potentata metalurgicznego Carnegiego, miasta odrzucały ofertę budowania bibliotek, a szef Amerykańskiej Federacji Pracy Samuel Gompers mówił: „Jedyną rzeczą, którą świat przyjął z radością od pana Rockefellera było stworzenie przez niego centrum edukacyjnego pomagającego ludziom nie stać się kimś takim jak on”. Prezydent Theodore Roosevelt oskarżał „drapieżców” o to, że „poprzez dotowanie uniwersytetów (…) wpływają we własnym interesie na osoby kierujące niektórymi instytucjami edukacyjnymi. Jednocześnie od XIX wieku dobroczynność lokalnych społeczności zaczęła powoli zastępować państwo, postrzegane często jako konkurent w pomaganiu ubogim.

Jak podkreśla publicysta Le Monde Diplomatique, Benoît Bréville, źródła masowej dobroczynności Amerykanów tkwią w społecznej nauce katolickiej i protestanckiej. Broniącej prymatu prywatnych, lokalnych inicjatyw i bliskości. I nie bacząc na skuteczność podejmowanych działań. W USA, gdzie działa półtora miliona organizacji pozarządowych, a na cele dobroczynne w 2013 r. podarowano 335 mld dolarów (3 proc. PKB), państwa nie uważa się ani za jedynego depozytariusza interesu publicznego, ani za najskuteczniejsze narzędzie rozwiązywania problemów społecznych. Dla polityków to nawet wygodne podejście, ale coraz bardziej niebezpieczne, bo prywatni filantropi mogą dawać pieniądze, ale nikt ich nie rozliczy z ich społecznej efektywności. Mogą za to załatwiać w ten sposób wiele – często sprzecznych – interesów.

Konflikt interesów zarzuca się często Billowi Gatesowi, który jest jednym z największych sponsorów programów Światowej Organizacji Zdrowia (której budżet to 2 mld dolarów rocznie, podczas gdy roczne wydatki fundacji Gatesów  przekraczają 2,5 mld dolarów). W efekcie – jak zauważa Jacob Levich z kanadyjskiego think-tanku Global Research – to od humoru założyciela Microsoftu zależy, co jest w danym momencie priorytetem w ochronie zdrowia ludzi na całym świecie. Co jest na rękę politykom, którzy dzięki prywatnym darczyńcom sami mogą wydawać mniej. Publiczne wydatki na ochronę zdrowia, poprzez struktury ONZ, spadły między 1990 a 2008 rokiem z 32 do 14 procent.

Oczywiście, osiągnięcia fundacji Gatesów są imponujące. Dzięki wspieraniu np. programów szczepień udało się, twierdzi donator, uratować 6 mln osób. Miliarder finansuje też Global Fund, organizację walczącą z AIDS i malarią, która ratuje ponoć 100 tys. osób miesięcznie. Jednocześnie, jak wyjaśnia Tido von Schoen Angerer, dyrektor wykonawczy w organizacji Lekarze bez Granic, fundacja Gatesów nie tylko zatrudnia jako konsultantów pracowników koncernów farmaceutycznych, ale działa też na rzecz zwiększenia udziału prywatnych firm w globalnej ochronie zdrowia i zmusza do zawierania partnerstw publiczno-prywatnych w zarządzaniu programami WHO.

A to oznacza już wpływ na politykę organizacji, co niekoniecznie musi być dobre. Jak w przypadku inicjatywy, której celem jest walka z chorobami tropikalnymi, do której fundacja Gatesów jako głównych decydentów zaprosiła 13 firm farmaceutycznych, m.in. Pfizera, GSK i Mercka. Jeszcze niedawno, bo w 2007 r. Microsoft lobbował wśród krajów G8, by zatwierdziły TRIPS (Porozumienie w sprawie handlowych aspektów praw własności intelektualnej). Zobowiązujące kraje członkowskie WTO do utrzymania ochrony patentowej przez minimum 20 lat. Co oczywiście utrudnia dostęp biednych krajów do tańszych generyków. Co więcej, fundacja co roku przeznacza ponad 100 mln dolarów na polityczny lobbing. W skali całego jej budżetu to niewiele, ale bezwzględnie taka kwota i tak robi wrażenie.

Trudno się więc dziwić, że gigantofilantropia, oprócz podziwu, wzbudza kontrowersje. Milionom „lajków” pod wzruszającym listem Zuckerberga do córki, w którym obiecuje naprawić świat, na którym przyjdzie żyć dopiero co narodzonej dziewczynce, towarzyszyły komentarze, czy faktycznie miliarderowi to naprawianie się uda. I czy powinno to być akurat jego zadaniem.

Jesse Eisinger, badaczka organizacji ProPublica, na łamach The New York Times, oskarżyła twórców Facebooka, że ich altruizm służy, jak na razie, przede wszystkim im samym. I to nie tylko wizerunkowo. O ile na razie nie wciąż nie wiadomo, kiedy, ile i kto (mogą to być NGO, ale i firmy czy politycy) faktycznie ujrzy te pieniądze, to już teraz mające być darowane w przyszłości środki są doskonałym sposobem na optymalizację podatkową.

Przykładowo, akcje Sandberg, przeniesione do tzw. “donor-advised fund” są zwolnione od zysków kapitałowych, a ich wartość dyrektorka Facebooka odlicza się od podatku. Zuckerberg, jak twierdzi Eisinger, stworzył jeszcze bardziej wysublimowany wehikuł inwestycyjny. Każde spieniężenie akcji na darowiznę będzie generowało zwolnienie podatkowe liczone ich wartością rynkową. Twórca Facebooka odpowiadał na te zarzuty, że gdyby po prostu utworzył fundację, skorzystałby podatkowo bardziej. Ale Amerykanów, przyzwyczajonych do przyjaznego filantropom systemu podatkowego, to akurat nie bulwersuje.  Bardziej interesuje ich, co z tych pieniędzy będą mieli.

Tymczasem dotychczasowe „inwestycje społeczne” jednego z najbogatszych ludzi świata (16 miejsce na liście Forbesa) nie były zbyt udane. Przy okazji grudniowej deklaracji amerykańskie media przypomniały wpadkę z jego 100-milionową dotacją na system szkolnictwa w Newark w stanie New Jersey. Dramat zwalnianych nauczycieli i uczniów zamykanych szkół w efekcie chybionego doradztwa konsultantów zatrudnianych za miliony Zuckerberga, oraz spadek poziomu nauczania w mieście, opisał w wydanej niedawno książce „The Prize: Who’s in Charge of America’s Schools” Dale Russakoff. Zuckerberg twierdzi, że nie popełni już podobnych błędów, ale trudno się dziwić, że niektórzy mają obawy przed wtrącaniem się biznesmenów w dziedziny, na których ci niekoniecznie się znają. Ostro na ten temat wypowiedziała się m.in. publicystka Anne Applebaum.

– Mark Zuckerberg powinien raczej wydać 45 miliardów dolarów na odrobienie szkód wyrządzonych demokracjom przez Facebooka – atakowała na łamach Washington Post.

Emocje budzi nie tylko rola samego Facebooka w społeczeństwie – nie dla wszystkich pozytywna – ale i sposób oraz tempo błyskawicznego budowania wartości tego typu firm.

– Nie oszukujmy się – apeluje amerykański biegły rewident i publicysta Sheldon Drobny. – Bill Gates zbudował fortunę nie dzięki społecznej wrażliwości, ale dzięki bezwzględnej walce Microsoftu o monopolistyczną pozycję na rynku.

Kiedy do jej budowania wykorzystuje się korporacyjną filantropię, temat staje się gorący. Ten błąd popełnił ostatnio Zuckerberg, oferując indyjskim prowincjom darmowy dostęp do internetu. W ramach usługi Free Basics dostępne będą tylko wybrane strony, na czele z Facebookiem, za to np. bez wyszukiwarki Google. Na tej inicjatywie nie zostawił suchej nitki profesor Stanforda, Vivek Wadhwa, nazywając ją wprost: upokarzająca.

Kontrowersje budzi też zresztą sposób i tempo budowania pozycji Facebooka, czy innych firm, jak Uber czy Airbnb, które w odpowiednim momencie zajęły pozycję w niszy pt. „ekonomia społeczna”. Zarabiając – w ogromnym uproszczeniu – miliardy dolarów na tym, że połączyli podaż z popytem dzięki prostej aplikacji. Pomijając aspekty prawne, etyczne i inne, z którymi nie mogą sobie poradzić politycy czy analogowa konkurencja, fakt, że dzięki błyskawicznej koncentracji kapitału nawet 1 proc. akcji, które zostawi sobie docelowo szef Facebooka (wartych 450 mln dol.) to wciąż kilkaset razy więcej niż zarobi przez całe życie przeciętny absolwent, budzi mieszane uczucia. Zwłaszcza, gdy wychodzi na jaw, że spółki filantropów korzystają z optymalizacji podatkowej, która przynosi im oszczędności większe niż dobroczynne datki. W Wielkiej Brytanii w 2014 r.

Facebook dzięki inżynierii podatkowej zapłacił fiskusowi zaledwie 4327 funtów. Według dziennika „The Guardian” firma w 2011 r. zapłaciła poza granicami Stanów Zjednoczonych podatki w wysokości zaledwie 0,3 proc., a rok później nie zapłaciła ich nawet w USA. Darowizny są niewątpliwie częścią optymalizacji podatkowej. Jak wykazał Robert Reich z Uniwersytetu Berkeley w swoich badaniach z 2012 r. „What are foundations for”, odliczenia na ten cel stanowiły dla amerykańskiego skarbu państwa stratę rzędu 53,7 mld dolarów. Na inżynierii podatkowej najbogatszych najbardziej tracą jednak kraje rozwijające się. Jak podaje Instytut Globalnej Odpowiedzialności, chodzi o kwoty rzędu 870 miliardów rocznie. Sześciokrotnie więcej niż suma całej oficjalnej pomocy rozwojowej.

W obliczu debaty o rosnących błyskawicznie społecznych nierównościach, te dane brzmią dwuznacznie. Szczególnie w kontekście informacji, że jeden procent najzamożniejszych ludzi świata już w 2015 roku posiadał więcej niż pozostałe 99 procent.

– Różnica spektakularnie zwiększyła się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy – podał Oxfam w raporcie „Ekonomia na usługach 1 proc.”, opublikowanym na dwa dni przed rozpoczętym 20 stycznia Światowym Forum Ekonomicznym (WEF) w Davos. – Musimy wzywać rządy, firmy i elity finansowe obecne w Davos, aby zaangażowały się na rzecz zakończenia ery rajów podatkowych, które podtrzymują nierówności na świecie i uniemożliwiają wyjście z biedy miliardom ludzi – podkreśla dyrektor Oxfam Winnie Byanyima.

W żadnych oficjalnych opracowaniach, proponujących rozwiązania na rzecz niwelowania nierówności, jakimś dziwnym trafem nie ma mowy o korzystaniu z prywatnej dobroczynności.