Strefy ekonomiczne są potrzebne, ale w nowej formule

21.11.2011
Bezterminowe,  samorządowe, klastrowe – tak część ekspertów widzi przyszłość specjalnych stref ekonomicznych w Polsce. Na razie jednak zmian nie ma, a szkoda, bo niektóre są pilnie potrzebne. Dziś KPMG przedstawi najnowszy raport podsumowujący działalność i przyszłość SSE w Polsce.

Inwestycja StoraEnso w Ostrołęce jest jedną z największych inwestycji zagranicznych na wschód od Wisły (Fot. StoraEnso)


Specjalne Strefy ekonomiczne (SSE) działają w Polsce od 1995 r. Do końca czerwca tego roku przedsiębiorcy zainwestowali w nich 75,3 mld zł, stworzyli 177,1 tys. miejsc pracy i utrzymali 59,5 tys. istniejących (w wypadku, gdy do strefy wchodziły istniejące firmy). 14 SSE obejmuje ponad 14,1 tys., ha, a ustawowy limit wynosi dziś 20 tys. ha.

Efekty funkcjonowania stref zostały po raz pierwszy dokładnie zmierzone przez Ernst & Young w raporcie opublikowanym jesienią tego roku. Okazało się, że w tam, gdzie funkcjonują strefy, stopa bezrobocia jest średnio o 1,5-2,8 pkt proc. niższa w przypadku podregionów i o 2,3-2,9 pkt proc. niższa w przypadku powiatów niż tam, gdzie stref nie ma. Każde 100 zł dodatkowych inwestycji zmniejsza stopę bezrobocia w podregionie o 0,17-0,33 pkt proc., a w powiecie – o 0,19-0,25 pkt proc.

Z kolei poziom PKB na głowę w strefowych podregionach jest przeciętnie o 1300-2500 zł, czyli o 3,9-7,5 proc. wyższy niż w pozostałych podregionach.

Atutów jest więcej

SSE to bardzo efektywna forma pomocy publicznej. Z raportu Ernst & Young wynika, że przeciętne wsparcie to około 12 proc. nakładów inwestycyjnych. Każda złotówka zwolnienia podatkowego to ponad 8 zł zainwestowanych w SSE.

Jeśli porównać utracone dochody budżetu państwa (ulga podatkowa w SSE) z wpływami budżetowymi od firm z SSE wynikającymi z zatrudnienia pracowników, to okazuje się, że już od 2004 r. wpływy zaczęły przekraczać utracone korzyści. Nic dziwnego, że cały świat wspiera inwestorów za pomocą stref ekonomicznych. W 2008 r. na świecie było takich obszarów ponad 3 tys. w 135 krajach.

Proinwestycyjne zachęty podatkowe stosują m.in. Czechy, Francja, Holandia, Słowacja, Węgry, Włochy czy Rosja. W Czechach inwestycje przemysłowe są zwolnione z CIT na 5 lat (do 40 proc. poniesionych wydatków). Rząd Francji chce pobudzić działalność badawczo-rozwojową, więc wprowadził ulgę w podatku dochodową sięgającą 30 proc. wydatków.

Podobne są cele władz Holandii, które obniżają CIT od dochodu osiągniętego dzięki pracy R&D dochodu z 25 do 5 proc. Na Słowacji inwestorzy budujący fabryki są zwolnieni z CIT przez 5 lat, a lokalne władze mogą ich zwolnić z podatku od nieruchomości. Na Węgrzech wspierane są za pomocą ulg podatkowych zarówno inwestycje produkcyjne jak i R&D. We Włoszech inwestycje w regionach słabiej rozwiniętych wspierane są za pomocą niższych podatków w sposób automatyczny – przedsiębiorca składa zeznanie podatkowe i od razu dostaje zwolnienie podatkowe. W Rosji w czterech strefach ekonomicznych firmy mogą liczyć na obniżenie składek na ubezpieczenie społeczne czy zwolnienie z VAT.

Kolejny atut stref to przewidywalność. W Polsce inwestorzy mogą jeszcze korzystać ze wsparcia w ramach funduszy unijnych i grantów rządowych. Pieniądze z Brukseli można dostać, ale nie zawsze. Ich dostępność zależy od budżetu, rund aplikacyjnych, itd.  Konkurs w ramach działania 4.5 wspierającego inwestycje o dużym znaczeniu dla gospodarki ostatnio był rok temu, a najbliższy zostanie ogłoszony dopiero w grudniu. Oznacza to, że przez cały 2011 r. inwestorzy nie mogli na niego liczyć (choć niektórzy wstrzymują projekty do ogłoszenia).  Granty rządowe to też niełatwa sprawa. Ostatnio procedury zostały uproszczone, ale dotąd od złożenia wniosku do decyzji mijał zwykle rok.

– Strefy są najdogodniejszą formą wsparcia w szczególności dla inwestorów produkcyjnych. Wynika to ze względnej łatwości uzyskania tej formy wsparcia, a także z możliwości wykorzystania dostępnego limitu zwolnienia podatkowego. Z pewnością granty rządowe, czy unijne są bardziej atrakcyjne ze względu na to, że oferują wsparcie gotówkowe, niezależne od poziomu dochodów podmiotu. Okupione jest to zdecydowanie większym obciążeniem administracyjnym zarówno na etapie aplikacji, jak i rozliczania projektu. Poza tym, pomoc w SSE jest w wielu wypadkach jedyną dostępną formą pomocy, jeśli dany projekt nie spełnia wymagających kryteriów dotacji (np. co do minimalnego zatrudnienia, wartości inwestycji, czy też przynależności do preferowanego sektora) – mówi Łukasz Karpiesiuk z kancelarii Baker & McKenzie.

(Opr. DG)

Aby wejść do strefy, trzeba zainwestować co najmniej 100 tys. EUR. Pomoc publiczna polega na zwolnieniach podatkowych. Maksymalna intensywność pomocy w przypadku inwestycji realizowanych na terenie województw: lubelskiego, podkarpackiego, warmińsko-mazurskiego, podlaskiego, opolskiego, świętokrzyskiego, małopolskiego, lubuskiego, łódzkiego i kujawsko-pomorskiego wynosi 50 proc., w pozostałych województwach – 40 proc. Wyjątek stanowi Warszawa, w przypadku której pułap ten wynosi 30 proc.

Program unijny wspierający inwestycje o dużym znaczeniu dla gospodarki dotyczy największych projektów – inwestycji za 40 mln EUR lub tworzących 100 miejsc pracy w przypadku centrów usług. Dotacja – gotówka wypłacana inwestorowi – jest bardzo wysoka i sięga 30 proc. wartości nakładów.

O rządowe granty można się starać przy inwestycjach za co najmniej 40 mln zł i tworzących 250 miejsc pracy (lub 160 mln zł i 50 etatów) w wybranych priorytetowych sektorach. Dla centrów usług to 250 etatów. Grant to zwykle 7 proc. wartości inwestycji.

– W przypadku spółek, które nie budują fabryk, zwłaszcza z sektora nowoczesnych usług (SSC/BPO), strefy mają opinię mniej atrakcyjnej zachęty inwestycyjnej. Wynika to z kilku kwestii – przede wszystkim wciąż niskiej dostępności budynków biurowych na terenach SSE. Ponadto, zwłaszcza centra SSC notują raczej niewielką marżę, a zatem zwolnienie z podatku nie ma rozstrzygającego znaczenia.

Wreszcie, szczególnie w przypadku centrów usług sektora finansowego na przeszkodzie staje wyłączenie wyłączenie z możliwości uzyskania wsparcia usług klasyfikowanych jako finansowe (możliwe jest jedynie uzyskanie zezwolenia na usługi przetwarzania danych). Po wprowadzeniu w życie nowej klasyfikacji PKWiU z 2008 r., znaczna większość usług centrów SSC z sektora finansowego może być klasyfikowana jako usługi finansowe, które nie podlegają zwolnieniu w SSE – wyjaśnia Łukasz Karpiesiuk.

Strefy są bardziej dostępne niż granty rządowe, ale nie tak masowo wykorzystywane przez firmy, jak dotacje unijne. Z drugiej strony gwarantują bardzo wysoką pomoc publiczną w porównaniu do nakładów inwestycyjnych. W ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka w latach 2008-10 podpisano 400 umów na wsparcie przekraczające 6 mld zł (dotacje unijne na poziomie krajowym). W ramach Regionalnych Programów Operacyjnych podpisano przez dwa lata 6,7 tys. umów na 3,6 mld zł wsparcia. W latach 2005-9 rada ministrów uchwaliła 69 programów wieloletniego wsparcia na 683,4 mln zł (granty rządowe). W ramach SSE 1354 ważne zezwolenia pozwoliły firmom na zwolnienia podatkowe wysokości 8,8 mld zł.

Niebezpiecznie krótko

Jedyną wadą tego znakomitego sposobu na ściąganie inwestycji, jakim są SSE, jest jego ograniczone w czasie działanie. W momencie tworzenia stref w Polsce zakładano ich zniknięcie po 20 latach, ale w 2008 r. ten okres został wydłużony. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, SSE będą w Polsce działać do 2020 r. To oznacza, że firmy inwestujące w tym roku będą mieć tylko dziewięć lat na odebranie dostępnej pomocy publicznej poprzez zwolnienie z podatku CIT. Czasu jest mało. Dlatego mniej niż połowa badanych przez E&Y jest w stanie wykorzystać dostępną ulgę w całości.

Problem dotyczy zwłaszcza dużych przedsiębiorstw. 63,3 proc. inwestorów uważa, że należy poprawić ograniczony okres wykorzystania ulgi podatkowej. Wydłużenie nie powinno budzić wątpliwości KE. Wystarczy nowelizacja 14 rozporządzeń strefowych przez Radę Ministrów. Proces wydłużenia powinien nastąpić w trakcie 2012 r.

– Mamy nadzieję, że stanie się to do połowy przyszłego roku – mówi Paweł Tynel z Ernst & Young.

E&Y zbadał, że w przypadku wydłużenia działalności stref aż 81 proc. inwestorów deklaruje chęć kolejnej inwestycji w Polsce. Miesiąc temu Waldemar Pawlak zapowiedział bezterminowe wydłużenie stref.

>Jak to robią w innych krajach

Klastry lekiem

Jednak w przyszłości SSE nie powinny być tylko miejscami, które oferują inwestorom zwolnienia podatkowe, przygotowane tereny czy pomoc w przeprowadzeniu projektu. Badanie E&Y wskazało, że SSE to dobre narzędzie do tworzenia współpracy w ramach sieci powiązań kooperacyjnych. A te mogą być podwaliną pod klastry. Ponad połowa firm w strefie nawiązała współpracę z ponad 10 przedsiębiorstwami. Co trzeci strefowicz uważa, że bliskość kooperantów z jego branży to jedna z zalet funkcjonowania w strefie. Specjaliści E&Y wskazują, że o ile dotychczas spółki zarządzające strefami koncentrowały się na inwestycjach w infrastrukturę, teraz potrzebują narzędzi, by wspierać klastry.

Pomysł, by strefy rozwijały klastry Minister Gospodarki Waldemar Pawlak obwieścił ponad rok temu. Za wzór stawiał Dolinę Lotniczą, stowarzyszenie założone w 2003 r., do którego dziś należy 90 firm zatrudniających 23 tys. osób i eksportujących towary za 1,5 mld USD. Część tych firm to przedsiębiorcy z Mieleckiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Wicepremier zapomniał dodać, że na start Dolina Lotnicza dostała 300 tys. USD od amerykańskiego koncernu UTC, który jest właścicielem m.in. WSK PZL-Rzeszów, gdzie produkowane są m.in. silniki do F16. W przypadku części stref już wiadomo, jakie klastry mogą w nich powstać: w katowickiej motoryzacyjny, łódzkiej AGD, kostrzyńsko-słubickiej papierniczy w Kostrzynie (wokół Arctic Paper powstała grupa, ale nie udało się zdobyć unijnej dotacji na laboratorium) i metalowy w Nowej Soli, w starachowickiej ceramiczny, a tarnobrzeskiej – aluminiowy. Spółki zarządzające strefami powoli idą w tym kierunku.

Samorządy chcą rządzić

W przyszłości może się też zmienić układ sił w SSE. Dziś Warszawa decyduje o losie większości stref. Nawet, jeśli skarb państwa ma mniejszościowe udziały, to jego głosy są przeważające. W wakacje samorządowcy z Dolnego Śląska wyszli z inicjatywą, by odkupić od Skarbu Państwa udziały w Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Premier Donald Tusk obiecał przyjrzeć się sprawie.

– Czekamy na ukonstytuowanie się nowego rządu, byśmy mogli przypomnieć się z pomysłem, bo zaproponowaliśmy jako samorządy przyjęcie odpowiedzialności za prowadzenie spółki. Odpowiedź, którą dotychczas otrzymaliśmy wskazuje na głębokie niezrozumienie propozycji samorządów. Inaczej nie można skomentować wyrażonej w piśmie zachęty do większej aktywności na walnych zgromadzeniach – mówi Wojciech Murdzek, prezydent Świdnicy.

Ironia losu polega na tym, że podczas walnego w czerwcu tego roku przedstawiciel Ministra Gospodarki odwołał wieloletniego prezesa wałbrzyskiej strefy. To w efekcie tej decyzji samorządowcy zaproponowali przejęcie kontroli nad spółką zarządzającą strefą.

I po wyborach

Wszystkie zmiany w strefach czekają na decyzję rządu. Moment zawieszenia dotyczy także najpilniejszej z nich: zapowiedzianego przez ministra gospodarki miesiąc temu bezterminowego wydłużenia stref.

– Nasz raport został ogłoszony przed wyborami. Teraz czekamy, na decyzję rządu. Na pewno najszybciej zmiany można by wprowadzić, gdyby szefem MG nadal był Waldemar Pawlak. Rozumie, jak ważne są SSE, opowiada się za ich bezterminowym wydłużeniem – mówi Paweł Tynel z Ernst & Young.

Już kilka miesięcy temu do szuflady została odłożona nowelizacja ustawy o SSE. Została ona przygotowana jako odpowiedź na kryzys (poprzedni). Przewidywała elastyczne traktowanie inwestorów, którzy w związku z pogorszeniem koniunktury mieli kłopot z wywiązaniem się z obietnic złożonych w zezwoleniach (liczba miejsc pracy). Już dawno po kryzysie, nadchodzi kolejny, a nowelizacji nie ma.

Projekt wielokrotnie trafiał do komitetu rady ministrów, a potem wracał do MG. Ministerstwo Finansów miało wiele uwag. Projekt został zmieniony tak poważnie, że nie przypomina oryginału. Podobno Waldemar Pawlak uznał, że lepiej, żeby go w ogóle nie ruszać.

– Pozostaje kilka kwestii, które warto zmienić: wydłużenie możliwości korzystania ze zwolnień strefowych dla firm, które dostały zezwolenia przed 2008 r., bo obecnie jej nie mają, rozliczanie straty w strefie, włączanie gruntów prywatnych, łączenie pomocy z różnych źródeł – wymienia Paweł Tynel.

Przedsiębiorcy chcieliby jeszcze więcej. 62,3 proc. z nich wskazuje, że nie należy ograniczać zwolnienia podatkowego tylko do określonej działalności. Dziś większość inwestorów strefowych prowadzi również działalność gospodarczą wykraczającą poza zakres zezwolenia strefowego. Od dochodu z tej działalności płacą podatek na ogólnych zasadach. Na razie jednak to życzenie pozostaje w sferze marzeń i raczej nie ma szans na zmianę. Jeśli firma chce, by dana działalność była zwolniona z podatku, musi dostać na nią zezwolenie, czyli zainwestować i stworzyć miejsca pracy. Inwestorzy uważają też m.in., że trzeba uprościć rozliczenia podatkowe związane z wykorzystaniem ulgi (48,8 proc.), a organy podatkowe powinny prowadzić jednolitą praktykę (48,8 proc.).

(Opr. DG)

– Aby uatrakcyjnić strefy i dostosować je do nowych trendów w inwestycjach bezpośrednich, oprócz samego przedłużenia ich funkcjonowania, warto byłoby rozważyć także rozszerzenie dopuszczalnych przedmiotów działalności o m.in. usługi pomocnicze do usług finansowych i ubezpieczeniowych – podpowiada Łukasz Karpiesiuk.

>czytaj więcej: Jakie zagraniczne projekty dziś się liczą

Autorka jest dziennikarką Pulsu Biznesu


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test