Autor: Jacek Ramotowski

Dziennikarz zajmujący się rynkami finansowymi, zwłaszcza systemem bankowym.

Inflacja i deflacja idą ręka w rękę na naszą zgubę

Deflacja jest jednym z największych zagrożeń w strefie euro i może utrudnić zażegnanie kryzysu. By go zakończyć, państwa strefy powinny utworzyć fundusz reasekuracyjny, który pozwoliłby na transfery prowzrostowe, studził oczekiwania deflacyjne, przekonał agencje ratingowe, że strefa euro to całość – mówi prof. Jan Krzysztof Solarz ze Społecznej Akademii Nauk.
Inflacja i deflacja idą ręka w rękę na naszą zgubę

Prof. Jan Krzysztof Solarz

ObserwatorFinansowy.pl: Europejski Bank Centralny jest coraz bardziej zaniepokojony procesami deflacyjnymi w strefie euro. Co to jest deflacja?

Jan K. Solarz: Deflacja to spadek ogólnego indeksu cen towarów i usług oraz aktywów finansowych i nieruchomości mieszkalnych poniżej zera. EBC zaniepokojony deflacją obniża stopy procentowe, a polityka niskich stóp procentowych tworzy właśnie oczekiwania deflacyjne. Do tej pory przyjmowano uproszczenie poznawcze, że deflacja to inflacja ze znakiem ujemnym. To całkowicie nieprawdziwy opis deflacji.

Dlaczego?

Walkę z inflacją oprzyrządowano bardzo przyzwoicie w badania sondażowe na próbach reprezentacyjnych, dopracowano się technologii precyzyjnego pomiaru, pośrednio przez ukryte ceny instrumentów finansowych, choć z inflacją nikt nie walczy poza bankiem centralnym. W gruncie rzeczy nie ma wielu interesariuszy w walce z inflacją, bo inflacja to miejsca pracy, inflacja to zyski, inflacja to pewność planowania finansowego. Nie znamy natomiast mechanizmów powstawania oczekiwań deflacyjnych.

Można je jakoś rozpoznać?

Od niedawna do pomiaru inflacji wchodzi wartość nieruchomości. Spadek cen nieruchomości mieszkalnych to najważniejszy wskaźnik deflacji. Powody, dla których spadają ceny nieruchomości, to między innymi brak dynamizmu gospodarczego, także bezrobocie, gdy przekracza punkt krytyczny. Nieruchomości stanowią 80 proc. majątku rodzinnego, 80 proc. ich oszczędności. Są najważniejszym elementem, który buduje perspektywy inwestycyjne, łącznie z perspektywami dzietności.

Sytuacja na rynku nieruchomości, niesprzedane mieszkania, pustostany to wynik oczekiwań deflacyjnych, bo gdyby było inaczej, ktoś zainwestowałby w te nieruchomości. Na dodatek globalizacja tworzy 11-letni globalny cykl cen nieruchomości, które są inwestycją, a nie tylko sposobem zaspakajania potrzeb mieszkaniowych. Wobec tego cykle finansowe są dłuższe od cyklów koniunktury gospodarczej i inaczej się rozkładają. Dlatego siedmioletni cykl gospodarczy – przydatny do badania inflacji – jest mało przydatny do mierzenia jedenastoletniego cyklu na rynku nieruchomości, czy 12-15-letniego cyklu finansowego. Te narzędzia nie pasują do siebie. Badacze inflacji badają ją dobrze, ale ich narzędzia nie pasują do badania deflacji.

Kto jest winny deflacji?

Historycznie na pewno ta część operacji bankowych, które nie były regulowane. Banki inwestycyjne robiły sekurytyzację i dostarczały tańszego pieniądza korporacjom, co w efekcie powodowało, że świat się rozwijał bardzo dynamicznie. Ale gdy bankowość równoległa obniża cenę pieniądza, to najprawdopodobniej doprowadza do deflacji. Bo obniża ją dzięki arbitrażowi prawnemu, szukaniu luk czy też transakcjom repo.

Kiedy na co dzień mamy oczekiwania deflacyjne?

Gdy idziemy do sklepu z elektroniką użytkową. Cena nie może być wyższa niż zapłaciliśmy poprzednim razem. Telewizor musi być tańszy, laptop tańszy, ipod tańszy. To jest rynek poddany całkowicie oczekiwaniom deflacyjnym. Jednym z najlepszych mierników deflacji jest wzrost udziału gotówki w aktywach finansowych gospodarstw domowych. Oczekiwania deflacyjne wiążą się z preferencjami w posługiwaniu się gotówką. W warunkach deflacji gospodarstwa domowe, małe i średnie przedsiębiorstwa wybierają transakcje gotówkowe. Mierzyłbym zatem oczekiwania deflacyjne preferencjami dla gotówki w strukturze płynnych aktywów tych podmiotów, czyli w finansowaniu codzienności.

Ale nasze badania inflacji pokazują, że ludzie oczekują jednak wzrostu cen, a nie ich spadku.

W grubych krańcach rozkładów oczekiwań inflacyjnych mieszczą się oczekiwania deflacyjne. Na dzień dzisiejszy są one pomijane jako mało prawdopodobne. Tak, oczekiwania deflacyjne w Polsce są mało prawdopodobne, ale bardzo brzemienne w negatywne skutki.

Równocześnie z oczekiwaniami deflacyjnymi mogą występować oczekiwania inflacyjne, tak jak równocześnie może następować wzrost bezrobocia i wzrost zatrudnienia. Wtedy mamy do czynienia z biflacją, czyli równoczesnym występowaniem oczekiwań inflacyjnych i deflacyjnych. Podobnie procesy dochodów i strat są równoczesne, ale mają odmienną logikę. Myślenia w kategoriach biflacji jest bardzo ważne, bo na tym polega złożoność współczesnego świata.

Oczekiwania inflacyjne powodują efekt drugiej rundy, czyli presję na wzrost płac. A oczekiwania deflacyjne?

Dyskusję o tym, co zrobić, żeby obniżyć koszty pracy. To droga do nikąd, zarówno w sytuacji Polski, jak i Unii Europejskiej. Żadne próby zbijania kosztów nie doprowadzą ich do poziomów, jakie oferowane są w Azji. To droga, która niszczy kreatywność. Oczekiwania deflacyjne zwiększają stopę oszczędzania ponad możliwości ich sensownego inwestowania w kraju. Jedynym wyjściem staję się nadwyżka eksportowa. Dobrym przykładem tej sytuacji są aktualnie Niemcy.

Deflacja zatem to zło. Większe niż inflacja?

Deflacja powoduje, że wpływy podatkowe są mniejsze i strukturalnie będą mniejsze. Bo te segmenty, gdzie rządzi inflacja, uciekają w stronę nieformalnej gospodarki. Mamy wzrost nieformalnej gospodarki, która napędza się inflacją i równocześnie sytuację, kiedy nie ma dochodów budżetowych. Równocześnie w warunkach polityki zerowych stóp procentowych, stosowanej by walczyć z deflacją, jak było to w Japonii, nie można sobie pozwolić na to, by nie zwiększać długu publicznego. A więc wszelkie pomysły dyscyplinujące finanse publiczne są – wobec oczekiwań deflacyjnych – same w sobie sprzeczne.

Co można zrobić by osłabić oczekiwania deflacyjne?

W Polsce wiele kredytów hipotecznych zostało udzielonych we frankach szwajcarskich. Frank szwajcarski został powiązany na miękkim holu z kursem euro. Oznacza to, że jeśliby BGK oferował kredytobiorcom kredytów mieszkaniowych we frankach szwajcarskich opcje na kurs euro do złotego np. 4,50 zł za euro, to byłby silny sygnał, że oczekiwania deflacyjne trzeba zmienić na oczekiwania inflacyjne. Kurs parytetowy złotego do euro znakomicie by osłabił oczekiwania deflacyjne, dlatego że można by założyć premię inflacyjną przy określeniu kursu opcji pokazującej preferowany kurs zamiany złotego na euro. Przy okazji kredytobiorcy mogą dojść do wniosku, że jednak lepiej jest zarabiać w euro i brać kredyt w euro.

Uważa pan, że możliwe jest powiązanie złotego z euro?

Nie widzę żadnego powodu, dla którego budżet sektora finansów publicznych w Polsce nie miałby być wyrażany w euro. Na początku najbardziej logiczne byłoby wprowadzenie budżetu środków europejskich w euro. Ale przy wprowadzeniu bezgotówkowych świadczeń cały sektor opieki społecznej, finansów publicznych, finansów samorządowych mógłby być wyrażany w euro. Słowem, możemy przejść na euro bez decyzji klasy politycznej, a ci, którzy będą chcieli walczyć o rozumianą na XIX-wieczną modłę suwerenność Polski zostaną na placu boju. Jedyny, choć znaczący problem polega na tym, że euro w naszym prawie nie ma statusu pieniądza i prawo podatkowe najprawdopodobniej nie pozwoliłoby pobierać podatku w euro.

Chce pan wprowadzić euro tylnymi drzwiami?

Mówię o pewnej woli politycznej, żeby robić to, co się da, tam, gdzie pozwala na to obowiązujący system prawny, zamiast czekać na zmianę układu politycznego, który pozwoli zmienić Konstytucję, a co może nigdy nie nastąpić. Wprowadzając euro stopniowo, rozszerzając obszary rozliczeń w euro może doszlibyśmy do sytuacji, w której w Polsce byłoby euro, a nie byłoby zapisane w Konstytucji.

Ale jak określić parytet?

Dochodzenie do niego powinno następować poprzez uczący się system. Są robione badania dla eksporterów, ale nie są robione badania dla świadczeniobiorców czy emerytów. Warto sprawdzić, jaki kurs jest stosowany w rozliczeniach miedzy sąsiadami przy naszej zachodniej granicy. On jest na pewno o wiele bardziej trafny niż wymyślony zza biurka.

Nie lepiej poczekać, aż wyjaśni się sytuacja w strefie euro?

Działając, zamiast czekać, moglibyśmy wprowadzić kurs, który uważamy za ekonomicznie uzasadniony i dający nam szansę na łagodne lądowanie. W przeciwnym wypadku może się okazać, że odkładanie wejścia do strefy euro spowoduje, iż zapłacimy koszty globalnych kryzysów, bo operacje carry-trade trwają, a jeśli się spekuluje złotym na skalę podobną jak realem brazylijskim, stanowi to zagrożenie dla kraju.

Wierzy pan, że strefa euro przetrwa?

Śmiertelność wśród takich innowacji, jak unia gospodarcza czy walutowa, jest bardzo duża. Dlatego jestem zaniepokojony, gdyż w takich warunkach udawanie, że jest się za unią, i nierobienie niczego świadczy, iż jest się przeciwko unii. Z naszych działań na razie nic nie wynika poza „wyciskaniem Brukselki”.

Zachowujemy się jako kraj zdeklarowanie peryferyjny?

Jeszcze gorzej, bo zachowujemy się w myśl PRL-owskiego ideału: zarabiać w walutach i wydawać w Polsce. Chcemy dostać od Unii twardy pieniądz, a potem wydawać miękki pieniądz i żyć z tego jak długo się da, bo nie za bardzo wierzymy, że takie państwo jak Europa w ogóle będzie istnieć. Intelektualnie nie dojrzeliśmy do tego, że mamy podwójne obywatelstwo. Mija 20 lat od wprowadzenia obywatelstwa UE i fakt ten wstydliwie się przemilcza, zamiast budować wokół niego ruch proeuropejski.

Jak przywrócić stabilność strefie euro?

Za kryzys w równym stopniu są winne kraje nadwyżkowe, jak Niemcy, jak również deficytowe, jak Grecja. Dla trwałości Unii powinno to zostać zbilansowane. Agencje ratingowe muszą mieć model całej Unii, a nie poszczególnych krajów i ich ryzyka. Dlatego Unia potrzebuje funduszu reasekuracyjnego. Byłbym zwolennikiem, żeby stworzyć ten fundusz niezależnie od budżetu, dający możliwość redystrybucji na poziomie około 3 proc. PKB, z czego 1,1 proc. PKB stanowiłby budżet.

Taki fundusz miałby być bazooką kończącą kryzys?

Dawałby możliwość tworzenia programów rozwojowych, a nie tylko sprzątania po kryzysie, a to wpływałoby na osłabienie oczekiwań deflacyjnych. Koncepcja uporządkowanej likwidacji i upadłości banków, resolution, jest bardzo dobra, jednak ukrywa źródła oczekiwań inflacyjnych i deflacyjnych. Daje duże możliwości korupcji i niedemokratycznych zachowań. Pomysł w postaci budżetu reasekuracyjnego jest bardziej demokratyczny i bardziej oparty o koncepcję obywatelstwa Unii Europejskiej, gdyż obywatele Unii mają prawo mieć zagwarantowane bezpieczeństwo finansowe.

To bardziej czyste rozwiązanie niż płacenie prywatnych długów przez prywatny sektor, ale przy gwarancji sektora publicznego. Wielkość funduszu rzędu 2 proc. PKB byłaby wystarczająca, żeby uspokoić agencje ratingowe, iż w strefie euro nie dojdzie do kryzysu systemowego, i żeby zaczęły uwzględniać jej istnienie jako całości.

Rozmawiał: Jacek Ramotowski

OF

Prof. Jan Krzysztof Solarz

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Inflacyjna fatamorgana konsumentów

Kategoria: Analizy
W czasach, gdy wiele banków centralnych prowadzi politykę pieniężną w oparciu o stopy bliskie zera lub ujemne, wzrasta rola oczekiwań nie tylko w odniesieniu do przyszłych stóp procentowych, ale również inflacji. Bankierzy centralni chcą wpływać na oczekiwania inflacyjne konsumentów.
Inflacyjna fatamorgana konsumentów

Złoty pływa 19 lat

Kategoria: Analizy
Od 1990 roku Polska zaadoptowała niemalże wszystkie możliwe reżimy kursowe, przechodząc drogę od kursu sztywnego do w pełni płynnego. Wstąpienie Polski do UE przyniosło istotne umocnienie polskiej waluty, które jednak nie zaszkodziło gospodarce i polskiemu eksportowi.
Złoty pływa 19 lat

Konsekwencje niepewności dla modelowania makroekonomicznego

Kategoria: Makroekonomia
Niepewność w gospodarce sprawia, że przeszłość przenika do ukierunkowanych wyłącznie na przyszłość modeli. Przykładem są prognozy inflacyjne, które opierają się na przeszłej inflacji.
Konsekwencje niepewności dla modelowania makroekonomicznego