Izolacja Argentyny może nabrać nowego wymiaru

08.05.2020
Niemal na pewno inwestorzy odrzucą propozycję złożoną przez młodego i ambitnego ministra gospodarki Argentyny rozłożenia płatności dla wierzycieli tego kraju. Chociaż Argentyna na przestrzeni ostatnich dwustu lat ośmiokrotnie bankrutowała, to dziewiąte bankructwo może mieć wyjątkowo negatywne skutki.
Kowalewski_Izolacja Argentyny_Martín Guzmán_ministr gospodarki_1_(©PAP_EFE)

Argentyna, Martín Guzmán, ministr gospodarki (©PAP/EFE)

Argentyna, Martín Guzmán, ministr gospodarki (©PAP/EFE)

Czy 8 maja 2020 r. przejdzie do historii Ameryki Łacińskiej jako data otwierająca ponurą kartę w dziejach tej części świata? Odpowiedź na to pytanie udzieli nam historia, my możemy jedynie pokusić się tutaj o szkic umożliwiający zrozumienie złożoności, przed jaką stoi Argentyna.

Rzadko się zdarza, aby stosunkowo młody minister (nie ukończył jeszcze 38. roku życia) i z bardzo krótkim stażem (niespełna pięć miesięcy) dwukrotnie na przestrzeni jednego tygodnia gościł na łamach Financial Times, najpierw za sprawą napisanego przez siebie tekstu, a potem za sprawą udzielonego tej gazecie wywiadu.

Martin Guzmán (bo o nim mowa) próbuje ratować swój kraj przed dziewiątym bankructwem. Ma świadomość, że szanse tego przedsięwzięcia są niewielkie, ale chce walczyć do samego końca. Dlaczego sekunduje mu akurat Financial Times, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że sam Guzmán identyfikuje się z opcją polityczną szczególnie krytykowaną przez FT.

Lepszy rydz niż nic

Zanim Martin Guzmán wszedł do świata polityki, był (i nadal pozostaje) identyfikowany z osobą byłego głównego ekonomisty Banku Światowego oraz laureata Nagrody Nobla Josepha Stiglitza. Nie każdy może pochwalić się takim dorobkiem naukowym i sam ten fakt sprawia, że Guzmán musi być ciekawym rozmówcą dla największych gazet tego świata. Bliska współpraca ze sławą ekonomii na pewno pozwala mu trzeźwo ocenić sytuację jego własnego kraju. Nawet jeszcze przed wybuchem kryzysu związanego z COVID-19 zobowiązania zagraniczne Argentyny wydawały się przewyższać moce przerobowe jej gospodarki. A wybuch epidemii stał się przysłowiowym gwoździem do trumny. Świadom rozpaczliwego położenia M. Guzmán przeszedł szybko do pracy nad ofertą, której przyjęcie przez inwestorów pozwoliłoby Argentynie na pozostanie na światowych rynkach kapitałowych. Jego oferta sprowadza się do odroczenia płatności na okres trzech lat, redukcji całego zadłużenia (szacowanego na łączną kwotę ok. 65 mld dol.) o 5,5 proc. oraz zmniejszenia odsetek o 62 proc. Innymi słowy, inwestorzy mieliby otrzymywać kupon 2,3 proc. zamiast pierwotnie planowanych siedmiu procent.

Ofertę Guzmána można sprowadzić do prostej zasady, lepszy rydz niż nic. A sam minister uważa, że w dobie zerowych (a nawet ujemnych stóp procentowych) oferowany przez niego rydz wydaje się nie do pogardzenia. Każdy, kto miał okazję przeczytać chociaż jedną książkę J. Stiglitza, będzie musiał zgodzić się z argumentacją M. Guzmána.

Czy w kraju, w którym ponad 35 proc. populacji (i 52 proc. dzieci) żyje poniżej progu ubóstwa można forsować program gospodarczy mający na celu gwarancję pierwotnie ustalonych postanowień? A więc zahaczamy o pojęcie granicy cierpliwości społeczeństwa. A zważywszy na to, że skutki pandemii wpłyną ujemnie zarówno na dochody z eksportu, jak i przede wszystkim na pozycję fiskalną kraju, to najprawdopodobniej dla jednych jest to wybór między dobrem większości obywateli a wywiązaniem się ze zobowiązań garstki inwestorów, a z kolei dla innych – jest to wybór między rzekomym populizmem a respektowaniem umów międzynarodowych. Nikt sobie nie robi dużych złudzeń, zwłaszcza, że najważniejsi wierzyciele Argentyny (BlackRock, Fidelity oraz T. Rowe) już odrzucili ofertę sporządzoną przez M. Guzmána.

Czy jednak powyższe fundusze mają świadomość konsekwencji ich odmowy?

Trudne wybory ministra

Martín Guzmán stoi przed bardzo trudnym wyborem. Otóż z jednej strony, postanowień powinno się dotrzymywać. Z drugiej strony, czy obecny rząd w świetle pandemii ma moralny obowiązek wywiązywać się ze zobowiązań podjętych przez poprzednią ekipę rządzącą? Proces obwiniania się będzie trwać w nieskończoność, a prawda jest taka, że w latach 2016 – 2017 niemal wszystkie strony wykazały się niesamowitą lekkomyślnością. Dotyczy to inwestorów, władz Argentyny oraz (po raz kolejny) Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). To prawda, że w tym czasie argentyńska giełda generowała najwyższe dochody na świecie. Uczący się odnalezienia w świecie ujemnych stóp procentowych inwestorzy bardzo szybko padali ofiarą swojej własnej pazerności i żądzy zysku. Rodzi się jednak pytanie, ilu analityków wypisujących de facto bzdury na temat świetlanych perspektyw argentyńskiej gospodarki zadało sobie trud i zapoznało się w sposób dogłębny z historią tego kraju?

Ostatni prezydent Argentyny, Mauricio Macri, na pewno opanował sztukę marketingu do perfekcji, ale to nie on sam siebie zaprosił do Davos, tylko jego tam zapraszano po to, aby promował swój kraj. Natomiast, kiedy przyszło pierwsze poważne ostrzeżenie wiosną 2018 r. co do autentycznego stanu argentyńskiej gospodarki, to MFW bardzo szybko wyłożył pieniądze, i zrobił to chyba tylko po to, aby jeszcze przez chwilę móc kontynuować bal na Titanicu. Czy zatem teraz światowa wspólnota może spoglądać w kierunku Buenos Aires i mówić Argentyno nie płacz, tylko płać! Guzmán ma poważne wątpliwości. Wielu finansistów mówi z kolei, że minister gospodarki Argentyny bawi się w filozofa i moralistę, czym jedynie stara się ukryć brak swojego doświadczenia w sprawowaniu piastowanego przez siebie urzędu. Być może, ale trudno młodemu ministrowi nie przyznać chociaż trochę racji.

Krok do bankructwa

Argentyna staje dziewiąty raz na skraju bankructwa i rodzi się pytanie, dlaczego żadna ze stron nie raczy przerwać serii tych bankructw. Próby wyjaśnienia przyczyn permanentnej niewypłacalności argentyńskich rządów przypominają gramofon odtwarzający porysowaną płytę. Innymi słowy, ta sama historia powtarza się za każdym razem. O ile, i jak już pisałem, inwestorów tłumaczy czy raczej gubi niepohamowana żądza zysku, o tyle znacznie trudniej jest wytłumaczyć postawę samej Argentyny. Dlaczego Argentyna nie jest w stanie zaprowadzić porządku na swoim własnym podwórku?

Dość karkołomna próba była przedstawiona przeze mnie w artykule Kolejne argentyńskie fiasko, gdyż wyjaśnić peronizm za pomocą jednego artykułu to tak mniej więcej jak wytłumaczyć, czym był i jest socjalizm. A jeśli chodzi o ten ostatni, to mamy zachodnioeuropejską socjaldemokrację, ale mieliśmy też i narodowy socjalizm. Nie inaczej jest z peronizmem. Za spadkobiercę ideologii głoszonej przez Juan Domingo Perona uważał się nie tylko nieżyjący już mąż obecnej wiceprezydent Argentyny, ale także i inny polityk, którego polityka gospodarcza mogłaby czasami zyskać uznanie nawet przedstawicieli szkoły chicagowskiej. Mowa oczywiście o Carlosie Menemie, którego dziedzictwo ciągle rzutuje na dzisiejszą Argentynę. A obecny rząd dowodzony przez prezydenta Alberto Fernándeza jest kolejnym rządem legitymującym się ideologią peronizmu.

Argentyna skazana na peronizm

Żeby raz jeszcze podkreślić znaczenie tej ideologii dla najnowszych dziejów Argentyny, wystarczy przypomnieć, że od momentu odzyskania demokracji przez ten kraj w 1983 r. jedynie dwóch prezydentów (rządzący w latach 1983 – 1989 Raúl Alfonsin oraz poprzednik A. Fernándeza, czyli rządzący w latach 2015 – 2019 Mauricio Macri) nie identyfikowało się z nurtem peronizmu. Innymi słowy, Argentyna jest chyba skazana na peronizm. Sęk w tym, że opisywany tutaj nurt dzieli się na umiarkowany oraz skrajny. Zagraniczne fundusze odrzucające proponowaną przez M. Guzmána umowę nie zdają sobie sprawy z tego, że ich odmowa oznacza przesunięcie się wahadła z umiarkowanego peronizmu w kierunku jego skrajnej odmiany. A konsekwencje takiego przesunięcia w postaci wystawienia Argentyny na coraz większą izolację mogą znacznie wykraczać poza obszar polityki gospodarczej. Ale po kolei.

Nie będzie przesadą twierdzenie, że cykl polityczny w Ameryce Południowej (tak – Ameryce Południowej, a nie Ameryce Łacińskiej, gdyż Meksyk – głównie za sprawą sąsiedztwa z USA – rządzi się swoimi własnymi prawami) jest podporządkowany cenom surowców. To w końcu one stanowią trzon egzystencji gospodarczej tychże krajów. Innymi słowy, spadek cen surowców zmusza większość krajów regionu do robienia umizgów do inwestorów międzynarodowych. Z kolei zwyżki cen produktów surowcowych generują niemal natychmiastowe odwrócenie się od tychże samych inwestorów, a władze krajowe zaczynają coraz chętniej odwoływać się do posunięć o charakterze wybitnie populistycznym. Dalsza analiza byłaby znacznie prostsza, gdyby opisywany peronizm można było zaszufladkować do jeszcze jednej odmiany populizmu. Niestety, takie posunięcie byłoby dowodem na brak wiedzy na temat historii Argentyny.

W cytowanym artykule starałem się wytłumaczyć, dlaczego ideologia peronizmu obejmowała swoim zasięgiem hołdującego wolnemu rynkowi Carlosa Menema oraz małżeństwo Kirchnerów, będących uosobieniem czystego populizmu. A jeśli kogoś ten wątek interesuje, to odsyłam do naprawdę dobrej, ale bardzo trudnej w odbiorze książki autorstwa Alejandro Grimsona zatytułowanej Czym jest peronizm?. Sądzę, że bez zapoznania się z treścią tej książki trudno jest rozmawiać o historii gospodarczej Argentyny.

Zdaniem Alejandro Grimsona, trudno jest odpowiedzieć na pytanie, czy podejmowane zarówno przez C. Menema, jak i małżeństwo Kirchnerów decyzje były świadomymi decyzjami. Wiele wskazuje na to, że obie strony dały się porwać dominującym w dobie ich panowania trendom. W końcu, kiedy Menem wprowadzał swoje reformy, to nawet i nad Wisłą panował konsensus intelektualny, w myśl którego dla neoliberalnego programu nie ma alternatywy. Jak się okazało dekadę później, taka alternatywa była i chyba najlepiej uosabiały je trzy osoby mające stworzyć swoistego rodzaju trójprzymierze: Prezydent Wenezueli Hugo Chavez, Prezydent Brazylii Lula oraz właśnie Nestor Kirchner. Osobę tego ostatniego należy bliżej omówić, bo bez tego będzie trudno zrozumieć bieżącą złożoną sytuację społeczną w Argentynie.

Dla wielu zwolenników peronizmu okres rządów ultraliberalnego Menema może być postrzegany jako zdrada ideałów głoszonych przez samego Juana Peróna. Co gorsze, flirt C. Menema z neoliberalizmem czynił wszystkich peronistów współodpowiedzialnymi za słynny kryzys z końca 2001 r.

Dopiero fiasko ponownego zastosowania ultraliberalnej polityki gospodarczej za czasów odżegnującego się od filozofii peronizmu Mauricio Macriego pozwoliło peronistom ponownie chodzić z podniesioną głową.

Kontrowersyjna wdowa po Kirchnerze

Fakt ten nie zmienia stanu rzeczy, że okres rządów Carlosa Menema musiał wywołać kontrreakcje wewnątrz samego peronizmu. Chodzi o powstanie nowego nurtu (albo skrzydła jak kto woli) noszącego nazwę od omawianego i nieżyjącego już prezydenta Néstora Kirchnera, czyli tzw. kirchneryzm (kirchnerismo). Ruch ten, którego najżywszym uosobieniem jest dziś oczywiście Cristina de Kirchner, wdowa po Nestorze Kirchnerze, jest kontrreakcją na to wszystko, co uczynił w latach 90. XX w. prezydent Menem. O ile ten ostatni skręcił zbyt mocno w kierunku liberalizmu, o tyle ten pierwszy – dla równowagi – skręcił w kierunku populizmu gospodarczego. Za sprawą tego skrętu, peroniści uważają, że odpokutowali za grzechy z doby rządów C. Menema i po porażce swoich przeciwników mają przyzwolenie na ponowne rządzenie swoim krajem.

Kontynuatorem polityki Kirchnera jest wspomniana już Cristina Fernández de Kirchner (CFK), osoba bardzo kontrowersyjna. Chce ona kontynuować dzieło swojego męża. Jej zdaniem winę za argentyńskie niepowodzenia gospodarcze ponoszą rynki oraz zagraniczni inwestorzy. To ich CFK chce wziąć na swój celownik.

Dlatego wielu ekspertów obawia się nawet bardziej obecności byłej pani prezydent Cristiny Fernández de Kirchner (CFK) w nowym rządzie A. Fernándeza niż kolejnej restrukturyzacji długu. Na razie CFK ma nad sobą urzędującego prezydenta A. Fernándeza, który jest orędownikiem postawy koncyliacyjnej. Jest jednak niemal pewne, że ambitna CFK będzie prędzej czy później dążyć do objęcia steru i w efekcie prowadzenia niebezpiecznej w skutkach dalszej radykalizacji polityki społecznej. CFK jest świadoma swojej silnej pozycji i na pewno nie zrezygnuje z realizacji swoich planów. Ponadto sama jej obecność w rządzie była najprawdopodobniej powodem, dla którego prezydent Brazylii Jair Bolsonaro ostentacyjne zignorował ceremonię zaprzysiężenia Alberto Fernándeza na urząd prezydencki. Trudno nie zauważyć wyraźnego ochłodzenia stosunków między dwiema najgorszymi gospodarkami Ameryki Południowej.

Dlatego odrzucenie oferty Guzmána przez czołowych nowojorskich jastrzębi wydaje się błędną decyzją. Jeśli wykończą oni młodego Martina Guzmána, to następnym partnerem do rozmów będzie właśnie CFK. A jej rządy mogą mieć ujemny wpływ na gospodarkę, którego zasięg będzie wychodzić poza Argentynę. A taki scenariusz niczego dobrego nie wróży, zwłaszcza w obliczu coraz bardziej szerzącej się na tym kontynencie pandemii.


Tagi


Artykuły powiązane