Nie byłoby wzrostu gospodarczego bez kapitału zagranicznego

28.02.2012
Rozwój Polski jest od 20 lat uzależniony od dopływu kapitału z zewnątrz – na inwestycje greeenfield, na prywatyzację, a także od funduszy unijnych. Bez kapitału zagranicznego nie byłby możliwy szybki rozwój kraju. Obecne doświadczenia z nim są o wiele lepsze niż w latach 70-tych, kiedy po kapitale zostały nam długi, zamiast kwitnącego przemysłu.
Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte (Fot. Deloitte)

Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte (Fot. Deloitte)

Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte (Fot. Deloitte)

– Napływ kapitału, z którym mamy do czynienia od roku 1989 tworzy potencjał eksportowy, ale uzależnienie od tego dopływu, to najsłabszy punkt polskiej gospodarki. To jej  jedyny poważny słaby punkt – uważa Marek Belka, prezes NBP.

Jego zdaniem nie jest to jednak duże uzależnienie. Zwłaszcza, gdy porównujemy obecną sytuację do stanu z lat 70.

– Pomysł w latach 70-tych był taki:  zainwestujemy, wytworzymy potencjał eksportowy i eksportem spłacimy te kredyty – mówi Belka.

Tamta gospodarka nie była jednak w stanie wytworzyć takiego potencjału, więc szansy na spłacenie pożyczonych miliardów nie było. Pod koniec lat osiemdziesiątych polski eksport  wynosił 4-5 mld dolarów rocznie.  A dziś eksport liczony w dolarach wart jest 600 mld. Nawet jeśli obecne dolary są warte trzy razy mniej, niż dwadzieścia pięć lat temu, to nadal jest to 200 mld.

Deficyt na razie niegroźny

W Polsce miarą uzależnienia od zewnętrznego kapitału jest deficyt na rachunku obrotów bieżących. w 2011 roku deficyt wyniósł 4,1 PKB. We poprzednich latach bywał większy. Czy to dużo?

– Przed kryzysem – mówi Marek Belka – wydawało się, że to nie jest wiele, ale teraz  agencje ratingowe patrzą na te dane z niepokojem. Charakterystyczne jest jednak, że te 5 proc. jest finansowane mniej więcej w połowie napływem funduszy unijnych.

Charakterystyczne i pozytywne jest, że połowę deficytu finansuje napływ funduszy unijnych. Według Marka Belki tak długo, jak one będą do Polski napływać, co potrwa jeszcze z 15 lat, bo możemy liczyć jeszcze na dwie perspektywy budżetowe, uzależnienie od napływu kapitału, w połowie rekompensowane  unijnymi pieniędzmi, groźne nie jest.

Gdyby strumień unijnych pieniędzy znacząco się zmniejszył, mielibyśmy gwałtowny spadek tempa wzrostu gospodarczego, a wtedy znacząco zmalałby import. Deficyt byłby więc wtedy niższy niż te 5 proc. , spadłby być może do 3,5 proc. Ale w takich czasach, jak obecnie, lepiej nie mieć deficytu na rachunku obrotów bieżących  – podsumowuje prof. Belka.

Polska uzależniona od dopływu kapitału

Ekspercki głos w sprawie roli kapitału zagranicznego brzmi podobnie.

– Polska na pewno w bliższej przyszłości będzie mieć deficyt oszczędności , on może być nawet trwały i wtedy stale będziemy uzależnieni od dopływu kapitału. Małe zasoby oszczędności w polskiej gospodarce i wysoki poziom konsumpcji  powodują  konieczność finansowania rozwoju z udziałem kapitału zagranicznego. Chyba, że wzrost wyhamuje, potrzeby inwestycyjne spadną i wtedy krajowy kapitał wystarczy lub zagranicznego  będzie potrzeba mniej niż obecnie – uważa Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte.

Zdaniem Antczaka może się też okazać, że Polska stanie się krajem na tyle szybko się rozwijającym, że zaczniemy eksportować kapitał.

– Ale to są hipotezy, więc lepiej przyjmować wariant mniej optymistyczny, zakładający trwałe uzależnienie  od dopływu kapitału. A to znaczy, że będziemy stale poddawani szokom związanym z przepływem kapitału zagranicznego – mówi.

Do Polski wpływają różne rodzaje kapitału. Po pierwsze na bezpośrednie inwestycje , można je nazwać produkcyjnymi. To jest około jednej trzeciej całości. Najwięcej takiego kapitału przychodzi z Niemiec i są ważne pieniądze, bo w dużym stopniu są to inwestycje w mniejsze przedsiębiorstwa.  A to jest najlepsza forma inwestowania, bo tworzy najwięcej miejsc pracy, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach

Po drugie jest kapitał portfelowy, który ma około  40 proc.  udział w całości – na zakup akcji,  obligacji i bonów skarbowych.  Wiele w polskie papiery inwestują banki europejskie. Kapitał portfelowy to jest główna słabość polskiej gospodarki , bo jest kapryśny, łatwo przychodzi, ale może łatwo wyjść.

Trzeci rodzaj to inne inwestycje, np. banków matek w polskie banki córki, z których to pieniędzy są m.in. finansowane walutowe kredyty hipoteczne.

Kapitał długoterminowy, który napływał do Polski, był w znacznej mierze  związany z prywatyzacją. Prywatyzacja w Polsce kończy się , więc może się okazać, że napływ tego rodzaju kapitału będzie znacznie mniejszy. Ale może też być tak, że skorzystamy na przenoszeniu produkcji z zachodnich peryferiów Europy do wschodnich.  Ale już teraz napływa do nas więcej kapitału krótkoterminowego czyli portfelowego niż długoterminowego – mówi Rafał Antczak.

W ciągu ostatnich czterech lat, gdy patrzy się na przepływy kapitału, widać, że doświadczyliśmy już  pełnego cyklu – silny napływ do 2007 roku, rocznie około 30 mld euro, a potem odpływ na podobną skalę. Teraz zaczyna się druga faza napływu.  Taki cykl trwa mniej więcej dwa lata, ale może się skrócić. Te cykle pokazują, że Polska jest krajem w sam raz dla takiego kapitału. Jest to na tyle niegłęboki rynek, że duzi gracze mogą na nim spekulować. Jest równocześnie dość duży, żeby zarobić i na tyle mały, że podatny na wahania oraz na tyle ryzykowny, że marża zysku jest zadowalająca. Jest także bezbronny i można na nim robić co się chce, czego przykładem były opcje walutowe.  Te same banki, które sprzedawały opcje, grały na kursie walutowym złotego. Z tego powinniśmy wyciągnąć wnioski – przypomina prezes Antczak.

Co możemy na to poradzić?

Zmienność na świecie jest coraz większa, poprzez różnego rodzaju lewarowanie przepływy kapitału rosną, a kryzysy zdarzają się coraz częściej.  Jeżeli rynki finansowe stają się znacznie głębsze, to spekulacja z nimi przegrywa. A gdy rynek staje się płytszy lub zostają wymyślone nowe dźwignie, to znowu trzeba go pogłębić.  Pogłębienie rynku w Europie nastąpiło po wprowadzeniu euro, pospadały spready na obligacjach zmienność zmalała i część kapitału krótkoterminowego poszła gdzie indziej, On teraz na rynek europejski wraca. Kolejnym pogłębieniem europejskiego rynku będzie wprowadzenie euro obligacji – mówi Rafał Antczak.

Według niego jeżeli nie będziemy w strefie euro, to nadal będziemy narażeni na przypływy i odpływy kapitału. Powinniśmy bardzo dokładnie przeanalizować nie tylko korzyści z wejście do strefy euro, ale także koszty bycia poza nią.

Co możemy zrobić będąc krajem na peryferiach, poza strefą euro, narażonym na odpływy kapitału i związanym umowami o otwartości rynku kapitałowego?

Rafał Antczak proponuje pogłębianie rynku kapitałowego np. poprzez połączenie GPW z rynkiem towarowym, co sprawi, że powstanie nowy rynek zatrzymujący kapitał. Gdy będzie on uciekać od akcji, to będzie miał do dyspozycji instrumenty pochodne  na rynku surowców – energii, gazu, węgla, miedzi, produktów rolnych.

Proponuje też, aby na zakończenie tygodnia, po zamknięciu giełdy,  informować, na poziomie zagregowanym oczywiście – jakie pozycje na rynku zajmują poszczególne grupy inwestorów.  Czy krótkoterminowi inwestorzy zagraniczni i krajowi mają pozycję długą czy krótką i jaka jest ich proporcja. Każdy w piątek mógłby porównać,  co inwestorzy krajowi, a zwłaszcza zagraniczni mówili i co robili, do czego starali się przekonać w swoich raportach.  To pozwoliłoby ograniczyć asymetrię informacji, bo takie analizy  robią duże banki inwestycyjne, a mali inwestorzy nie są w stanie. Duże banki inwestycyjne nie grają miedzy sobą, one ustawiają resztę rynku wobec siebie, a taka informacja byłaby próbą wyrównania szans.

Źle tak czy siak

Obecna sytuacja jest dla Polski niebezpieczna. Po szoku kryzysowym  powstanie pewnie rynek euroobligacji . To będzie dla Polski zła informacja, bo spadnie zapotrzebowanie na nasze obligacje, co oznacza że będziemy musieli płacić nie 6 proc. za dziesięciolatki, ale np. 8 czyli pożyczać drożej. To jest scenariusz pozytywny, bo w negatywnym strefa euro będzie długo jeszcze przechodzić turbulencje, co oznacza że zmienność na rynku będzie jeszcze większa niż teraz i będą decydować czynniki fundamentalne – mówi Rafał Antczak.

Do pewnego momentu my się nimi bronimy, ale dynamika naszego PKB w najbliższych latach nie będzie większa niż w zeszłym roku, tylko mniejsza.  W tę stronę zmierzamy polityką fiskalną poprzez podwyżki podatków. Jeżeli dojdziemy poziomem opodatkowania do średniego poziomu unijnego liczonego procentowym udziałem podatków w PKB, a idziemy w tym kierunku,  to utracimy konkurencyjność podatkową  i nie będziemy krajem, który może się szybciej rozwijać.

A to oznacza, że – według prezesa Antczaka – będziemy oscylować wokół poziomu 50 proc. długu w stosunku do PKB, a jeżeli będą jakieś zawirowania np. w sektorze bankowym, to zadłużenie może szybko wzrosnąć o 10 punktów. A w krajach rozwijających się bezpieczny poziom zadłużenia to raczej 40 niż 50 proc,. PKB.

W obu przypadkach – eskalacji kryzysu oraz stabilizacji m.in. dzięki euro obligacjom – nasze ryzyko rośnie, więc jedyne co możemy robić to zmniejszać poziom zadłużenia względem PKB lub jak najszybciej wejść do strefy euro uciekając przed wyższymi kosztami pożyczania pieniądza. Rafał Antczak ocenia, że po wejściu do euro mogą one być niższe o 200 pkt bazowych, co daje w ciągu roku 10 mld zł tylko na kosztach odsetkowych w sektorze publicznym i drugie tyle w prywatnym. Nie licząc niższych kosztów transakcyjnych , ryzyka kursowego itp. Ale czas zawirowań w strefie euro nie zachęca do spieszenia się do niej nadmiernie.

(Opr. DG)

(Opr. DG)

O roli kapitału w rozwoju gospodarki Polski Marek Belka, prezes NBP, rozmawiał na spotkaniu  z dziennikarzami internetowego Studia Opinii 9 lutego 2012 r.

(Opr. DG)
BIZ

Tagi


Artykuły powiązane