Ślepa wiara we wskaźniki może być zgubna

Ziemia została stworzona 5770 lat temu o godz. 6 rano. Precyzja tego stwierdzenia budzi rozbawienie. Pokazuje jak niewiarygodne jest ścisłe wnioskowanie z opacznie rozumianych przesłanek. Reuven Brenner z Uniwersytetu McGill opowiada, kiedy, dlaczego i z jakim skutkiem podobnych błędów dokonują ekonomiści.
Ślepa wiara we wskaźniki może być zgubna

(CC By NC SA nsikander28)

Obserwator Finansowy: Jak wiarygodne są statystyczne wskaźniki inflacji, takie jak indeks cen konsumpcyjnych?

Reuven Brenner: To zależy od tego, kto je czyta i czy bierze pod uwagę zmiany w otoczeniu instytucjonalnym i regulacyjnym, które na te statystyki wpływają. Oto niedawny przykład tego, jak dramatyczne skutki może mieć błąd w czytaniu indeksów cen. Koszty związane z mieszkaniem są ważnym składnikiem (ok. 30 proc. wagi) wchodzącym w skład indeksów cen.Do indeksu wlicza się nie ceny mieszkań, które przed kryzysem rosły, tylko czynsze (lub mówiąc precyzyjnie – ekwiwalenty czynszów), których poziom się nie zmieniał.

Ceny mieszkań rosły, bo ludzie spodziewali się wzrostu wartości nieruchomości i woleli płacić ratę kredytu hipotecznego niż czynsz. Stąd indeksy cen nie pokazywały tego, co pokazywać powinny.

I nikt tego nie zauważył?

Większość polityków i ekonomistów nie zauważyła, że rozmaite ustawy, regulacje i instytucje, takie jak Freddie Mac i Fannie Mae, które zarówno bezpośrednio jak i pośrednio subsydiowały zakup mieszkań, dramatycznie zmieniły naturę tej klasy aktywów i znaczenie „wskaźników inflacji”. Poza tym ci ekonomiści i politycy też mieli swoje racje. Uzasadniali stosowność wprowadzenia tych subsydiów, twierdząc, że jeśli ludzie posiadają na własność mieszkania, to zaczynają mieć więcej do stracenia, wzmacniają się więzi społeczne, a kapitał, jaki gromadzą, może stać się zabezpieczeniem dla kredytu na założenie firmy.

Te spostrzeżenia były trafne tak długo, jak długo pojęcia „własność” i „kapitał” utrzymywały swoje znaczenie. Ale polityka rządu wspierająca posiadanie mieszkań na własność doprowadziła do tego, że to znaczenie straciły.
Skończyło się na tym, że ludzie przed kryzysem na papierze byli „właścicielami” domów, ale ich kapitał [wkład własny i spłacona część hipoteki – przyp. KN] był minimalny. A bez kapitału, nie tylko nie ma żadnych korzyści z posiadania domu na własność, ale jest jeszcze gorzej: kiedy rosły stopy procentowe i właściciele nie mogli spłacić kredytu, tracili miejsce do mieszkania.

Większość ekonomistów i polityków nie zdawała sobie sprawy, że te ustawy i instytucje zaburzają kalkulacje indeksów cen dokonywanych przez biura statystyczne.

Jakie były skutki tego przeoczenia?

Takie obliczenia wskaźników inflacji doprowadziły Fed do błędnej konkluzji, że nie ma nadmiernej ekspansji kredytowej pomimo drastycznej zwyżki cen nieruchomości. Na dodatek Greenspan wyłączył z indeksu ceny żywności i energii, stwierdzając, że będzie kierował się wskaźnikiem inflacji bazowej, i zlekceważył wpływ deprecjacji dolara. Czy więc Fed pozwalał na zbyt szybki rozwój akcji kredytowej?

Oczywiście, że tak – i spadek wartości dolara, i wzrost ceny złota świadczyły o tym, że coś jest nie w porządku, mimo że tradycyjne statystyczne miary inflacji nie wysyłały żadnych sygnałów alarmowych. Fed dużo wcześniej przestał zwracać uwagę na sygnały wysłane przez ceny złota, mimo że Greenspan okazjonalnie niejednoznacznie wspominał, że nadal się im przygląda.

Fed został zmylony przez zaburzone wartości wskaźnika cen konsumpcyjnych. Na dodatek, za przyczyną  ustawy Humphreya-Hawkinsa, amerykański bank centralny musi brać pod uwagę jeszcze inny agregat – stopę bezrobocia. To jest teoria, która zakłada, że istnieje stabilny związek między stopą inflacji a stopą bezrobocia – mimo licznych dowodów, że takiego związku nie ma. Nie można się dziwić, że Rezerwie Federalnej, która operuje w kategoriach takich niejasnych wielkości bez zważania na zmieniające się uwarunkowania instytucjonalne i regulacyjne, nie udało się utrzymać wartości dolara, zapobiec inflacji i kryzysowi na rynkach finansowych.

Czy próba zmierzenia i skorygowania błędu wynikającego ze zmian na rynku mieszkaniowym miałaby sens?

Nie. Bo taka próba znów zamyka nas w kręgu języka, pojęć i teorii, które przesłaniają istotę rzeczy. Ludzie często budują linie Maginota, próbując wygrać poprzednią wojnę. Znów wprowadzamy korekty do jakiegoś statystycznego agregatu, który niewiele mówi o zmieniającej się rzeczywistości gospodarczej.

Kilka lat temu Rezerwa Federalna nie dostrzegła, że rozwój sektora parabankowego doprowadził  do wielkiej ekspansji kredytowej. Przypuśćmy, że dzisiaj Fed zgodziłby się, aby w inny sposób brać pod uwagę czynnik mieszkaniowy. Ale załóżmy dalej, że Rezerwa Federalna nadal lekceważy ceny złota, surowców, deprecjację dolara względem innych walut (i wyłącza wpływ tej deprecjacji ze stopy „inflacji”, którą się kieruje). Czy to doprowadzi do lepszej polityki Fedu? Nie.

Prowadzono zresztą gorące spory o to, czy banki centralne powinny brać pod uwagę ceny różnych aktywów i kierować się nimi przy podejmowaniu decyzji. W tej debacie nie podniesiono zasadniczego argumentu, że agregaty statystyczne przestają być wiarygodne, kiedy następują drastyczne zmiany w prawie, regulacjach czy otoczeniu instytucjonalnym. Po raz kolejny wynikało to z tego, że dyskutanci ulegli złudzeniom tworzonym przez keynesowskie myślenie i język oraz zupełne lekceważenie szczegółów, takich jak wpływ zmieniających się praw i instytucji na wielkości zagregowane i ich znaczenie.

Czy można ufać wnioskom z długich serii danych, na przykład mówiących, że od czasów powstania Rezerwy Federalnej w 1913 r. dolar stracił 98 proc. wartości mierzonej indeksem cen lub względem stabilniejszych walut? Czy w długim terminie błędy w danych zagregowanych się znoszą czy kumulują?

Jaki byłby użytek z tej informacji dla kogokolwiek kto nie jest historykiem? Keynes napisał wiele niejasnych i niemądrych rzeczy, ale w jednej sprawie miał rację – w długim terminie wszyscy jesteśmy martwi. Nie jestem więc pewny, kto miałby interes w tym, aby odpowiadać na tego typu pytanie – a jeśli nawet by miał – to co z tego wynika?

Jeśli szara strefa w jakimś kraju to 25 proc. albo 50 proc. gospodarki, po co sobie zawracać głowę stopą bezrobocia i tempem wzrostu? Istnienie tak wielkiej szarej strefy powinno zwrócić uwagę polityków i ekonomistów, że coś nie tak jest z podatkami i regulacjami, bo skłaniają one ludzi do krycia się przed fiskusem. Należałoby się zastanowić, na ile ludzie ufają swojemu rządowi, że będzie rozsądnie wydawał pieniądze i nie da się skorumpować. To byłby punkt wyjścia dla konkretnych propozycji rozwiązań. Ale długookresowe agregaty?

Inflacja w Stanach Zjednoczonych mierzona wskaźnikiem CPI wynosi mniej niż 1 proc. Czy świadczy to o tym, że obecnie Fed prowadzi dobrą politykę monetarną?

Nie, Fed dalej trzyma się teorii, które doprowadziły nas do obecnego stanu. Wielka ilość pieniądza została wtłoczona do gospodarki, ale to nie przekłada się jeszcze na akcję kredytową. To pozwoliło jedynie wesprzeć banki i przemysł samochodowy, czego być może lepiej było nie robić. Jednocześnie wiele nowych i innowacyjnych firm nie miało dostępu do kapitału, co można było dostrzec w rozszerzonym spreadzie między 5- i 10-letnimi obligacjami skarbowymi a obligacjami finansującymi rozwój nowych firm.

Fed pożycza bankom tanio pieniądze, za które one kupują obligacje skarbowe i w ten sposób odrabiają straty, które poniosły w kryzysie. W tej chwili nie mamy do czynienia z normalnym systemem bankowym, to raczej quasi-rządowa agencja, która służy finansowaniu deficytu budżetowego. Amerykański system bankowy pod tym względem stał się trochę podobny do chińskiego, gdzie tylko przedsiębiorstwa państwowe dostają finansowanie. W Stanach Zjednoczonych są to banki, przemysł samochodowy, wybrane firmy związane z budową infrastruktury.

Wydaje się, że Fed prowadzi politykę monetarną, podczas gdy jest to polityka fiskalna w przebraniu. Rezerwa Federalna tanio pożycza pieniądze bankom, które te pożyczają z powrotem rządowi. Nie jest jasne, jak długo będzie trwała ta zabawa, ale skutki będą opłakane – już teraz są widoczne w dewaluacji dolara.

Dewaluacji dolara? Dolar jest bardzo mocny.

W ciągu ostatnich miesięcy względem euro – być  może. Ale nie w stosunku do innych walut, takich jak jen czy frank szwajcarski, na przestrzeni kilku lat. Teraz Stany Zjednoczone mają trochę szczęścia, że Grecja, Hiszpania i Portugalia popełniają wielkie błędy w polityce gospodarczej, co na chwilę zatrzymało spadek wartości dolara względem euro. Stany Zjednoczone miały swój kryzys subprime, a teraz Europa ma rządy subprime, które wcześniej miały dostęp do zbyt taniego finansowania.

Nie wiem, jak długo będzie trwała ta szczęśliwa passa dolara. Ale nie jest mądrze zbyt długo polegać na błędach innych. Na dodatek mamy postępującą rewolucję demograficzną – starsi ludzie rezygnują z konsumpcji i oszczędzają więcej na przyszłe rachunki za opiekę i lekarstwa. I to pod jeszcze jednym względem zaburza tradycyjne wskaźniki inflacji, które nie wysyłają odpowiednich sygnałów. Dzieje się tak, ponieważ zmienia się otoczenie gospodarcze.

Biorąc pod uwagę wspomniane zniekształcenia, czy zagregowane wskaźniki, takie jak stopa inflacji, publikowane przez urzędy statystyczne mówią nam cokolwiek istotnego?

Tak – że zdyskredytowane teorie mają długie życie. Mówią nam, że potrzeba bardzo dużo czasu, aby pozbyć się błędnych pojęć, kiedy już zaczną dominować w debacie publicznej. Jest to szczególnie trudne, zwłaszcza kiedy te pojęcia są używane w modelach, które sugerują, że politycy i ekonomiści akademiccy – bez żadnego doświadczenia w biznesie – są w stanie efektywnie alokować kapitał i regulować ceny.

Jestem przekonany, że Polska i – szerzej – Wschodnia Europa powinny być w stanie widzieć ostrzej kłamstwa kryjące się we mgle keynesowskich teorii, ponieważ one mogą być użyte jako uzasadnienie centralnego planowania. To jest zatem problem szerszy i dotyczy nie tylko wskaźników cen, ale także innych danych zagregowanych i pojęć, które zakładają ludziom klapki na oczy.

Rozmawiał Krzysztof Nędzyński

Reuven Brenner jest profesorem na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu McGill w Montrealu. Napisał m.in. „Force of Finance – Triumph of Capital Markets”, „A World of Chance”.

The Earth was created 5770 years ago at 6.00 PM, Reuven Brenner [English]

(CC By NC SA nsikander28)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Najwierniejsza przyjaciółka dolara

Kategoria: Analizy
Działania Fed w dobie COVID-19 wzbudzają uznanie. Będący ich efektem wzrost sumy bilansowej Fed rodzi obawy o kondycję dolara USA. Nie wszyscy jednak podzielają ten sceptycyzm. Rzecz w tym, że za dolarem przemawia nie tylko ekonomia.
Najwierniejsza przyjaciółka dolara

Fed a ceny ropy naftowej

Kategoria: Trendy gospodarcze
Procesy strukturalne w gospodarce światowej sprawiły, że wiele krajów zwiększyło swoją odporność na wzrost cen ropy. Jednak przezwyciężanie pandemii może zmniejszyć odporność gospodarek na zmiany cen tego surowca.
Fed a ceny ropy naftowej