Drogie śmieci

25.05.2018
W dziesiątkach polskich miast i gmin gwałtownie drożeje wywóz śmieci. To wynik polityki UE i reformy systemu gospodarki odpadami z 2013 r., która ułatwiła monopolizowanie lokalnych rynków.


Od paru miesięcy polskie samorządy masowo podnoszą opłaty za wywóz odpadów, czyli tzw. opłaty śmieciowe. Często ta podwyżka jest drastyczna, o 30-60 proc. Zdarzyło się, że nawet o 250 proc.

W gminie Krzywcza na Podkarpaciu od 1 lutego miesięczna stawka za wywóz śmieci posortowanych skoczyła z 3,8 zł do 10,5 zł za osobę, a za nieposortowane z 8 do 21 zł. To 250-proc. wzrost. Garść innych przykładów:

  • W gminie Laskowa koło Limanowej na początku tego roku opłaty za wywóz śmieci wzrosły o 100 proc.
  • W Gliwicach od kwietnia – o 20 proc. za odpady posortowane, a o 150 proc. za nieposortowane.
  • W niedalekich Rydułtowach na Śląsku od października 2017 r. za tę usługę płaci się o 50 proc. więcej (12 zł od osoby miesięcznie zamiast 8 zł).
  • W Tarnobrzegu stawka za śmieci „zbierane selektywnie” wzrosła w 2018 r. o 50 proc. (z 6 do 9 zł miesięcznie za osobę), a za zmieszane o 30 proc. (z 10 na 13 zł).
  • W Gdowie w Małopolsce, w gminie Łęczyca oraz w dolnośląskiej, wiejskiej gminie Mietków ceny za wywóz odpadów skoczyły ostatnio o 40 proc.
  • W Różanie na Mazowszu stawki wzrosły niedawno z 5 do 8 zł od osoby za odpady segregowane i z 8 do 14 zł za niesegregowane.
  • Od lipca tego roku stawki za odbiór śmieci w 17 podpoznańskich gminach, zrzeszonych w międzygminnym związku „Selekt” (to m.in. Puszczykowo i Kościan) zwiększą się o 30 proc.
  • Od kwietnia w czterech sąsiadujących ze sobą gminach na Kujawach: Strzelce Krajeńskie, Dobiegniew, Stare Kurowo i Zwierzyn opłaty za odbiór śmieci posortowanych wzrosły z 12,3 zł miesięcznie od osoby do 16 zł, a nieposortowanych z 18 na 20 zł

Podwyżki staną się powszechne. Na razie wiele samorządów jeszcze odwleka je w czasie ze względu na jesienne wybory samorządowe. Niektóre miasta i gminy robią to, unieważniając przetargi na wywóz śmieci i ogłaszając nowe. Decyzję tłumaczą tym, że oferty znacznie przekraczają środki przeznaczane na ten cel w lokalnym budżecie. Inne po prostu dopłacają do wywozu odpadów z budżetu gminy, choć nie ma pewności, czy jest to legalne (przepisy tego jednoznacznie nie określają).

Jeszcze inną metodę zastosowała Warszawa, wykorzystując pewien kruczek prawny, wydłużając do końca roku umowy firmom dotychczas wywożącym śmieci ze stolicy.

Dlaczego jest drożej

Polskie samorządy zlecają wywóz odpadów na ogół na 2-3 lata. Wykonawców wybierają w przetargach. Niestety, w ostatnich przetargach oferty są wyższe, często drastycznie, niż w poprzednich, sprzed kilku lat. Firmy tłumaczą to przede wszystkim:

  • spadkiem cen surowców wtórnych, który wynika głównie z faktu, że ich import bardzo ograniczyły Chiny;
  • wzrostem wydatków na płace, m.in. w związku z podniesieniem minimalnego wynagrodzenia;
  • wzrostem innych kosztów, wynikającym z ostatnich zmian przepisów, które mają na celu zwiększenie poziomu recyklingu. Te zmiany to m.in. wprowadzenie (w 2017 roku) obowiązku stosowania osobnych pojemników na plastik i papier oraz wrzucania do oddzielnego pojemnika odpadów organicznych, np. resztek jedzenia czy zepsutej żywności.

Gminy na dostosowanie się mają czas najpóźniej do połowy 2021 r. Organizując przetargi na wywóz śmieci, już teraz proszą jednak firmy o to, żeby uwzględniły te zmiany w swych ofertach.

Jeszcze bardziej brzemienny w skutkach jest rosnący skokowo podatek ekologiczny od składowania odpadów na wysypiskach, mający zniechęcać do wywożenia śmieci, a motywować do recyklingu. W przypadku tzw. odpadów zmieszanych jeszcze w 2007 r. wynosił 16 zł tonę. Rok później wzrósł do 75 zł za tonę, dalej rósł stopniowo. Do zeszłego roku wynosił 121 zł za tonę. Od tego roku jednak wynosi 140 zł, w przyszłym wzrośnie do 170 zł, a w 2020 r. aż do 270 zł za tonę.

Firmy, kalkulując swoje oferty, wliczają w nie wszystkie wymienione wyżej podwyżki kosztów, także te spodziewane w najbliższych latach.

Zmiany przepisów o ochronie środowiska, powodujące tak duże zwiększenie kosztów wywozu śmieci, w tym gwałtowny wzrost podatku za składowanie odpadów, to efekt obowiązków narzuconych przez UE. Europejska wspólnota ma ambicję być światowym liderem ekologicznym. W związku z tym unijne dyrektywy dotyczące odpadów są bardzo restrykcyjne i tak skonstruowane, żeby minimalizować ilość śmieci trafiających na wysypiska i maksymalizować odzyskiwanie z nich surowców wtórnych (recykling).

Gospodarka o obiegu zamkniętym – pomysł KE na zalew odpadów

Poziom recyklingu w krajach członkowskich do 2020 r. ma wynosić 50 proc. (czyli aż połowa śmieci ma być odzyskiwana w postaci surowców wtórnych), a do 2035 r. – 65 proc. Jeśli tych progów nie osiągniemy, grożą nam bardzo wysokie kary i odebranie funduszy UE na gospodarkę odpadami.

Unijna polityka ekologiczna i wynikające z niej koszty to nie jedyna przyczyna dużych podwyżek opłat za wywóz śmieci. Druga wynika z naszych wewnętrznych regulacji. Wprowadzenie reformy systemu gospodarki odpadami w 2013 r. znacząco ograniczyło konkurencję na tym rynku.

Przed tą reformą każdy – właściciel domku jednorodzinnego, wspólnota czy spółdzielnia mieszkaniowa, oraz firma – sam decydował, komu zlecić wywóz odpadów. Nie było też specjalnych ograniczeń dla firm, które chciały zajmować się przetwarzaniem odpadów (m.in. ich recyklingiem), ich składowaniem i utylizacją.

Jednak wielu ekspertów, samorządowców, ale i firm z branży krytykowało ten stan rzeczy. Twierdziło, że mnóstwo osób, by oszczędzić na wywozie śmieci, „utylizowało” je w całości lub część z nich na własną rękę. Wywożąc do lasu czy paląc w piecu. W branży zaś panowała wolna amerykanka. Wielu klientów, zlecając wywóz śmieci, kierowało się jedynie ceną tej usługi. Najtańsze były zaś często te firmy, które pozbywały się odpadów nielegalnie (np. na dzikich wysypiskach, których według GUS było w naszym kraju wówczas aż 2,5 tys.) albo wywoziły je tam, gdzie było najtaniej, czyli na prymitywne składowiska, niespełniające ówczesnych norm ochrony środowiska i zatruwające okolicę.

Wynikający z wymogów UE obowiązek zwiększania poziomu recyklingu przerzucono na samorządy. Te z kolei żaliły się, że przy takim modelu gospodarki odpadami, jaki mieliśmy do 2013 r., nie będą w stanie tego obowiązku wypełnić. Poziom recyklingu był wówczas w Polsce bardzo niewielki i wolno rósł, bo firmom wywożącym odpady i zajmującym się ich przetwarzaniem oraz utylizacją recykling nie bardzo się opłacał.

Reforma systemu gospodarki odpadami sprzed pięciu lat polegała głównie na przekazaniu tzw. władztwa nad odpadami gminom, na przejęciu przez nie organizacji wywozu, przetwarzania i utylizacji śmieci. Wszyscy musieli rozwiązać swe dotychczasowe umowy na wywóz śmieci, bo odtąd miały go zlecać gminy (zajmującym się tym firmom) – z całego ich terenu, w imieniu wszystkich mieszkańców i firm. W praktyce miało wyglądać to tak, że gmina ogłasza przetarg na wywóz odpadów od wszystkich mieszkańców i firm. Zaś koszty wynagrodzenia dla firm wywożących śmieci gminy pokrywają z tzw. opłaty śmieciowej, nałożonej na mieszkańców i firmy.

Zmieniły się też zasady dla firm, zajmujących się przetwarzaniem, składowaniem i utylizacją odpadów komunalnych, czyli dla właścicieli ich składowisk, spalarni, instalacji do segregacji śmieci i odzysku surowców wtórnych. Wprowadzono dużo większe wymogi dla tych obiektów, a zwłaszcza dla wysypisk śmieci. To sprawiło, że spora ich część, szczególnie tych najtańszych, musiała zostać zamknięta.

Mimo argumentów za takimi zmianami nie brakowało ich krytyków (podchodziły do nich sceptycznie m.in. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Krajowa Izba Gospodarcza). Ostrzegali oni m.in., że taki system doprowadzi do likwidacji wielu małych firm, zajmujących się wywozem odpadów, a to z kolei do dużego ograniczenia konkurencji na tym rynku i prób jego monopolizacji przez największych graczy. A gdy już go zmonopolizują – do dyktowania cen za wywóz odpadów, a więc ich nadmiernego wzrostu. Jak do tego miało dojść? Przetargi na obsługę całej gminy lub jej części były bardzo łakomym kąskiem dla dużych firm, bo oznaczały przejmowanie lokalnego rynku hurtem. Już nie trzeba było się bić o każdego klienta z osobna, ale wygrywając jeden przetarg, obsługiwało się ich tysiące.

Gminy miały organizować raz na kilka lat jeden przetarg na wywóz odpadów z całego ich terenu, lub – jeśli są wielkie – podzielić swój obszar na kilka części i dla każdej ogłosić osobny przetarg. Już wtedy łatwo było sobie wyobrazić, że największe szanse na wygraną w tych przetargach będą mieć firmy duże. Małe i średnie albo w ogóle do konkursu nie staną, bo nie będą w stanie obsłużyć tak dużego zlecenia, albo przegrają. Zanim zbankrutują lub zmienią branżę, pozbędą się baz i sprzętu. Na wielu lokalnych rynkach niemal przestanie istnieć konkurencja. Do następnego przetargu w wielu przypadkach stanie tylko jedna firma – ta, która wygrała poprzedni. I będzie dyktować cenę.

Niestety, ówczesne przestrogi zaczynają się dziś urzeczywistniać. Wiele mniejszych firm wypadło z rynku, a najwięksi gracze umocnili się na nim (dla przykładu: niemiecki Remondis wygrał „śmieciowe” przetargi w ponad 200 gminach). Kolejne przetargi wygrywają bardzo często te same firmy, w wielu z nich brakuje realnej konkurencji, a oferty szybują w górę.

Dobrym przykładem tego trendu są Starachowice, które już 15 lat temu same zmieniły swój system gospodarki odpadami na taki, który wprowadziła reforma z 2013 r. Organizowane przez to miasto przetargi na wywóz śmieci wygrała trzy razy pod rząd ta sama firma – Almax, należąca do koncernu Toensmeier. W czwartym przetargu wystartowała tylko ona. W latach 2003-2011 wynagrodzenie dla Almaksu wzrosło niemal czterokrotnie (z 1,67 do 6,42 zł miesięcznie za jednego mieszkańca), a opłata za wywóz śmieci prawie o150 proc. (z 2,6 do 6,42 zł). Nota bene ta sama firma, tylko już pod inną nazwą (Toensmeier Wschód), wywozi odpady ze Starachowic po dziś dzień.

W całym kraju, w pierwszych przetargach po wprowadzeniu reformy, czyli w 2013 r., jeszcze nie było najgorzej. Konkurencja okazała się spora, a wiele firm, szczególnie tych dużych, było gotowych zbić swą marżę do zera lub nawet dołożyć do kontraktu – byle utrzymać się na danym rynku lub zdobyć nowe rynki lokalne. Jednak w kolejnych przetargach, szczególnie od zeszłego roku, sytuacja zaczęła dramatycznie się pogarszać. Przyczynił się do tego też fakt, że w wyniku reformy z 2013 r. konkurencja zmniejszyła się również na rynku przetwarzania, składowania i utylizacji odpadów, a w ślad za tym zwiększyły się ceny za te usługi, w niektórych przypadkach nawet o 30 proc.

Samorządy mają dziś narzędzie, które pozwala im się bronić przed cenowym dyktatem ze strony firm wywożących i przetwarzających śmieci. Za przykładem m.in. Niemiec wprowadzono w Polsce tzw. in-house: gminy nie muszą organizować przetargów na wywóz i zagospodarowanie śmieci – mogą to zadanie zlecić własnej spółce (wyłączając odpady odbierane od firm i instytucji). W ten sposób jednak zastępujemy monopol prywatny monopolem publicznym.

Poza tym w wielu gminach trzeba by takie komunalne firmy tworzyć od zera (w bardzo wielu przypadkach dlatego, że dane miasto wcześniej taką firmę sprywatyzowało), co nie jest łatwe i wiąże się z dużym ryzykiem. Tak czy owak polskie miasta i gminy na razie rzadko sięgają po to narzędzie.

Reforma systemu gospodarki odpadami sprzed kilku lat nie spełniła większości pokładanych w niej nadziei. W lasach śmieci nie ubyło i wciąż jest mnóstwo nielegalnych składowisk odpadów, bo dla części firm wywożących śmieci, to sposób na obniżenie kosztów. Poziom recyklingu nadal jest w Polsce na niskim poziomie: według danych Ministerstwa Środowiska to obecnie tylko 26 proc. Bardzo nam jeszcze daleko do poziomu 50 proc., który według unijnych przepisów musimy osiągnąć już za dwa lata.

To nie jest jednak wina tylko złych regulacji, albo tylko złych firm, jak pewnie chcielibyśmy myśleć. To także konsekwencja obywatelskiego zaniechania. W domach jednorodzinnych to odbiorcy śmieci kontrolują, czy mieszkańcy posesji właściwie podzielili odpady i naprawdę potrafią odmówić przyjęcia worków z niewłaściwie posegregowaną zawartością. Do segregowania odpadów bardzo trudno nakłonić zaś mieszkańców bloków i kamienic. Im się często zwyczajnie nie chce, a sprawdzić, czy ktoś je rzeczywiście segreguje czy nie ma jak.

To dlatego Ministerstwo Środowiska proponuje kolejne remedia, mające na celu zwiększenie recyklingu. Teraz chce na przykład – wzorując się na zachodniej Europie – wprowadzić tzw. opłatę opakowaniową. Czyli, żeby do ceny każdego produktu doliczać podatek za jego opakowanie, a wpływy z tego podatku przeznaczać na organizację i funkcjonowanie systemu recyklingu. Poziom odzysku zapewne to zwiększy, ale nie zmniejszy jego kosztów, przerzucanych na przeciętnego Kowalskiego.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test