Skandal bankowy może przyspieszyć reformy w Wietnamie

13.09.2012
Poważne spadki na giełdach, kolejki pod bankami i gwałtowne wycofywanie kredytów, interwencja banku centralnego w obronie systemu finansowego, apele Komisji Papierów Wartościowych, by „nie panikować” - oto efekty skandalu, jaki wybuchł w sierpniu Wietnamie.

(CC By-NC-SA budiputra)


Zaczęło się od zatrzymania 48-letniego Nguyen Duc Kiena, jednego z założycieli i współudziałowców największego banku prywatnego w tym kraju Asia Commercial Bank (ACB). Jako powód enigmatycznie podano: „nielegalną działalność biznesową”. Cztery dni później aresztowano 47-letniego Ly Xuan Haia, związanego z ACB przez ostatnie 15 lat. Jemu z kolei zarzucono „świadomą działalność na szkodę [banku], która może przynieść poważne konsekwencje”. W odpowiedzi na te zatrzymania zrezygnował też dyrektor generalny w ACB Thanh Nien.

Toksyczne długi, niepewni klienci

Wiadomości zaskoczyły opinię publiczna i sektor finansowy. Giełdy w ciągu tygodnia straciły ponad 5,5 mld dolarów, klienci ACB w panice rzucili się na okienka i wybierali do 200 mln dolarów dziennie, na co pod koniec tygodnia zareagował bank centralny wspierając system bankowy sumą 600 mln dolarów i dając do zrozumienia, że być może nie jest to wcale ostatnia tego typu operacja. W grę wchodzi bowiem stabilność systemu finansowego państwa oraz jego bankowości, w tym łącznie 42 banków prywatnych funkcjonujących w Wietnamie, z których o części powszechnie wiadomo, że mają w depozytach „toksyczne długi”.

Na razie władze są wstrzemięźliwe w komentarzach, a prasa w komunistycznym państwie nie jest wolna, więc milczy, ograniczając się do podawania faktów. Skazani jesteśmy na domysły i komentarze obcych ekspertów lub też bankowców w Wietnamie wypowiadających się anonimowo dla obcych agencji prasowych. Wyłaniają się z nich dwie wersje wydarzeń. Jedna, znajdująca więcej zwolenników, mówi, że to nie jest przypadek, a zamieszanie i areszty w ACB należy utożsamiać z atakiem ze strony władz państwa na nabierający coraz większego rozpędu i usamodzielniający się prywatny sektor bankowy, o którym już dawno mówiły, że „wymaga gruntownego sprawdzenia” oraz reform.

Druga, rzadziej przytaczana, ale kto wie, czy nie bliższa prawdy, mówi coś wręcz przeciwnego. Przypomina, że Ngyuen Duc Kien, jeden z najbogatszych ludzi w państwie, wywodzący się z równie bogatego klanu, obok udziałów w ACB miał też pakiety w trzech firmach inwestycyjnych oraz kompanii kontrolującej wietnamską pierwszą ligę piłkarską. Z kolei dyrektor Than Nien uchodził za osobę blisko związaną z premierem Nguyen Tan Dungiem, sprawującym urząd już od 2006 roku. Innymi słowy, jedni spekulują, że nastąpiło uderzenie w bogatych i uprzywilejowanych, a drudzy przewidują nawet kryzys polityczny, a nie tylko bankowy i w ślad za nim, być może, gospodarczy.

O konsekwencjach trudno jeszcze dziś mówić, choć ten kryzys zdaje się być znacznie poważniejszy od wszystkich go poprzedzających. O wietnamskim sektorze bankowym już od dawna mówiono, w kraju i za granicą, że jest „delikatny”, „wrażliwy”, a nawet „słaby”. W dokumentach Banku Centralnego już od pewnego czasu przewijały się postulaty, by wprowadzić do całego sektora więcej przejrzystości, wzmocnić jego nadzór oraz ukrócić nagminne praktyki spekulacyjne. Innymi słowy, nad całym sektorem już dawno wisiał wymóg przeprowadzenia koniecznych reform.

Co charakterystyczne, teraz, gdy wybuchł skandal w ACB, o reformach przestano mówić, puszczając natomiast w obieg sygnały, że mamy do czynienia z odosobnionym przypadkiem, że nie będzie to miało dalszych implikacji, a „banki nie mają zasadniczych problemów”. Ujmując inaczej, zanim wrócimy do reform, trzeba uspokoić rynki, a przede wszystkim konsumentów. Najpierw trzeba usunąć tłumy szturmujące okienka, a spadki na giełdzie wyhamować i potem dopiero zająć się reformami, których – jak się wydaje – Wietnam teraz nie uniknie.

Rynek nie do końca zdrowy

Pozornie jest bardzo dobrze. Zainicjowane już w grudniu 1986 r., na wzór reform gospodarczych Deng Xiaopinga w sąsiednich Chinach, pojęcie „odnowy” (doi moi) przyniosło ze sobą, podobne do chińskich, reformy rynkowe, otwarcie na świat oraz – z czasem – szybki wzrost gospodarczy. W dekadzie przed wybuchem kryzysu na światowych rynkach, czyli przed 2008 r. Wietnam, choć formalnie pozostał państwem komunistycznym, legitymował się rocznym wzrostem PKB rzędu 7 proc., a z kryzysem też sobie nieźle poradził, jeśli za drugi kwartał tego roku, jak właśnie podano, może poszczycić się wzrostem w wysokości 4,7 proc. W efekcie, są nawet specjaliści, którzy zaczęli zaliczać Wietnam do grona „wschodzących rynków”, o których teraz tak głośno jako o najdynamiczniejszych gospodarkach świata.

Problem w tym, że szybki wzrost, znów podobnie jak w Chinach, przyniósł ze sobą szereg problemów i bolączek, z którymi kraj radzi sobie o wiele gorzej. Jedna z newralgicznych, choć rzadko na wewnętrznej arenie omawiana, lecz społecznie bolesna i odczuwalna, to nic innego, jak uwłaszczenie nomenklatury oraz gwałtowne rozwarstwienie. Uderzenie w ACB i uprzywilejowanych jest, być może, bolesnym i dramatycznym, choć koniecznym, pierwszym krokiem na trudnej drodze zmian w tej dziedzinie. Czy do tego dojdzie, trudno przewidzieć, bowiem kraj co pewien czas był wstrząsany korupcyjnymi skandalami wokół państwowo-rynkowych konglomeratów, spółek i firm (szacuje się, że nadal dają one ok. 40 proc. PKB) To problem, wydaje się, endemiczny tej gospodarki i przyjętego, na wzór chiński, modelu rozwojowego.

Inne, też endemiczne, problemy, to brak poczucia stabilności, zbyt gwałtowne i nieprzejrzyste przepływy kapitałowe, niespodziewane dewaluacje waluty – donga, a także ciągła presja inflacyjna. W okresie 1996-2012 przeciętny poziom inflacji był wysoki i wynosił 7,4 proc., a szczególnie wysoko – do ponad 28 proc. – skoczył w trudnym 2008 roku. Potem się powoli uspokajało, ale w lipcu tego roku inflacja nadal wynosiła 5,4 proc., więc pozostawała wysoka.

Brak stabilności finansowej oraz waluty – co oczywiste – pociąga za sobą ubożenie niektórych warstw – i jeszcze bardziej rozwarstwia społeczeństwo, które jednak w zdecydowanej większości jest biedne (CIA szacuje przeciętne dochody na głowę mieszkańca mierzone w sile nabywczej – PPP- na zaledwie 3400 dolarów), a tylko niektórzy są bogaci i bardzo bogaci. Współczynnik Gini, bodaj najlepszy miernik społecznego rozwarstwienia, nie przekracza w Wietnamie progu 0,4 uważanego za granicę społecznych niepokojów, chociaż chwilami już się do niej zbliża.

Tym samym, to nie tyle rozwarstwienie biednego na ogół społeczeństwa, ile konieczność dalszego szybkiego rozwoju jest zadaniem nadrzędnym państwa. Takie też cele stawia się w publikowanych rządowych planach, pięcioletnim na lata 2011-2015, jak też długofalowych. W opublikowanym ostatnio „Raporcie o rozwoju Wietnamu 2012” (Vietnam Development Report 2012) pisze się wprost, że w przedziale 2011-2020 najważniejszym zadaniem i celem państwa jest wzmocnienie gospodarki rynkowej i ukształtowanie szerokiej klasy średniej. Ponadto w obecnej pięciolatce jako najważniejsze cele wymieniono kolejno: stabilizację gospodarki, budowę infrastruktury „na światowym poziomie”, tworzenie dobrze wykwalifikowanej siły roboczej oraz „wzmocnienie instytucji wspierających rynek”.

Konieczne dalsze reformy

Jak widać, rynek, tyle że „gdy trzeba, sterowany przez państwo” znajduje się nadal wśród priorytetów, chociaż nadrzędnym zadaniem jest „stabilizacja w gospodarce”, a to z tego powodu, że omawiane na wstępie trudności i turbulencje w sektorze bankowym nie są bynajmniej jedynym problemem, z jakim przychodzi się zmagać władzom w Hanoi. Mówi się wprost o „strukturalnych problemach”, które doprowadziły nawet do ucieczki stąd obcych kapitałów, które teraz ponownie chce się przyciągnąć do siebie. Obok, często dwucyfrowej inflacji, do tych „strukturalnych problemów” zalicza się jeszcze: degradację środowiska naturalnego, wzrost oparty na surowcach i taniej sile roboczej, a nie efektywności i wydajności pracy, zbyt słaby i powolny przepływ informacji gospodarczych oraz zbyt małe zróżnicowanie produkcji na eksport, w którym dominują surowce, a nade wszystko bawełna, tekstylia i ropa naftowa.

W ocenach zawartych w „Raporcie o rozwoju” stawia się tezę, że „aktualne trudności gospodarcze biorą się z niepełnego przejścia do gospodarki rynkowej”. Czy to ma oznaczać choć częściowe dalsze wyjście państwa z tej gospodarki, czy też usunięcie z niej osób nadmiernie uprzywilejowanych poprzez powiązania między władzą a ekonomią, nie jest do końca jasne. Dopiero dalszy rozwój wypadków wokół afery związanej z bankiem ACB powinien nam dać odpowiedź na to kluczowe pytanie.

Świadomość, że dalsze reformy są niezbędne jest powszechna, tak we władzach, jak w  społeczeństwie. Dotychczasowy szybki wzrost był budowany na gospodarce ekstensywnej, bogatych i tanich zasobach (surowców i siły roboczej), prowadził do zbyt dużego rozwarstwienia, a zarazem – co chyba najważniejsze – był kosztowny. Jak podnieść wydajność pracy i ukształtować nową mentalność społeczeństwa, odpowiedzialnego za pracę, ale też własne zasoby, to są dylematy, nad którymi głowią się teraz wietnamskie elity i tamtejsze think-tanki.

Czy proces ten pociągnie za sobą, jak spekulują niektórzy, konieczność wymiany premiera? Wietnam – inaczej niż Chiny – nie wypracował sobie systemu rotacji kadr na najwyższych stanowiskach w państwie, trudno więc to dziś przewidzieć. W każdym razie wywodzący się z armii premier Ngyuen Than Dung już od dawna w wielu kręgach uchodził za „hamulcowego reform”.

W takim kontekście wiele wskazuje na to, iż uspokajające sygnały wietnamskiego banku centralnego, powielane przez tamtejsze radio i telewizję, zgodnie z  którymi „nic się nie stało” z racji skandalu wokół ACB nijak się mają do rzeczywistości. Wydaje się, że może być wprost przeciwnie: właśnie ten skandal może okazać się katharsis przed nową fazą koniecznych reform. Tak czy tak, dalsze losy ACB i osób zatrzymanych lub zwolnionych osób z jego kierownictwa będą papierkiem lakmusowym intencji obecnych władz – czy chcą reform, jak sugerują eksperci, czy też będą próbować zamieść sprawę pod dywan.

Tym razem skala problemu, ze względu na duże znaczenie i popularność głównego z zatrzymanych, Ngyuen Duc Kiena i jego klanu, zdaje się jednak daleko wykraczać – skalą i rangą – poza poprzednie skandale korupcyjne. Więc jednak w Wietnamie chyba rysuje się zmiana na horyzoncie.

Bogdan Góralczyk


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test