Euro było złym pomysłem, ale na odwrót za późno

20.06.2013
Mają rację ci, którzy twierdzą, że stworzenie wspólnej europejskiej waluty miało przede wszystkim motywację polityczną. Z perspektywy czasu - euro, w kształcie, w jakim je wprowadzono, było błędem – przekonuje prof. Joshua Aizenman, ekonomista z Uniwersytetu Kalifornijskiego.

Prof. Joshua Aizenman


Obserwator Finansowy: W latach 90., przed wprowadzeniem euro, Europa radziła sobie gospodarczo nie gorzej niż po jego wprowadzeniu. PKB państw Unii Europejskiej rosło nawet szybciej. Wnioski, które dyktuje zdrowy rozsądek, są dwa: Europa może istnieć i rozwijać się bez euro, a sam euroeksperyment jest nieudany. Czy jest Pan kolejnym ekonomistą, który powie mi, że to rozumowanie uproszczone?

Prof. Joshua Aizenman: Zgadzam się ze zdrowym rozsądkiem w tym wypadku. Uważam, że wprowadzenie euro, motywowane przede wszystkim czynnikiem politycznym, było katastrofalnym w skutkach błędem. Nie zważono wszystkich za i przeciw. Taki rachunek pozwoliłby zawczasu ocenić, że potencjalne ekonomiczne korzyści ze stworzenia unii walutowej w UE są niczym przy potencjalnym ryzyku.

Czy więc nie jest tak, że Unia Europejska zabrnęła już tak daleko z euro, tyle miliardów z kieszeni własnych podatników wydała już na jego ratowanie, że decydentom po prostu brakuje teraz odwagi, by powiedzieć: to był głupi pomysł, czas zlikwidować unię walutową i wrócić do normalności?

Nie do końca. Ale proszę mnie dobrze zrozumieć. To, że wprowadzenie euro było błędem, nie oznacza, że należy się teraz z euro wycofywać. Nie należy. To także byłoby błędem – ze względu na koszty takiego ruchu. Byłyby one ogromne. Myślę, że unia walutowa to coś, co potencjalnie może przynosić wielkie korzyści i da się naprawić, ale będzie wymagało to wiele pracy i determinacji.

Czyli euro to nie jest bezwględnie ślepy zaułek?

Nie.

Ok. Rozumiem: projekt całkowicie polityczny, jakim było i jest euro, nałożył takie koszty na gospodarki Europy, że bardziej opłaca się przekształcić go w projekt także ekonomicznie uzasadniony niż z niego rezygnować?

Zgadza się. To, że coś zostało źle zaprojektowane i nie działa nie oznacza, że nie można tego przeprojektować tak, by działało. W USA mamy unię walutowądziała. Nie grozi nam jej rozpad. Dolar trzyma się mocno.

W USA unia walutowa wykuwała się przez 200 lat.

Zgadza się. Żeby działała sprawnie potrzeba było wielu przemian, które często odbywały się w bardzo burzliwy sposób i stworzenia wielu instytucji. Nawet wojna secesyjna jest elementem historii unii walutowej o nazwie dolar. Europie zabrakło tej świadomości, gdy euro tworzyła. Zapomniano, że unia walutowa musi mieć podbudowę w rzeczywistości, w historii, nie może być królikiem wyciągniętym z kapelusza. Słowem: wprowadzano euro rewolucyjnie, a nie ewolucyjnie. Wątpliwości zostały zagłuszone przez głosy entuzjastyczne. I rzeczywiście – ten niezwykły entuzjazm, utwierdzony szybkim wzrostem kursu waluty, napędzał euro przez długi czas.

Mówi się, że największym błędem przy tworzeniu strefy euro było włączenie do niej krajów o zupełnie nieprzystających do siebie warunkach ekonomicznych. To słuszna diagnoza?

To, że kraje mają różne problemy strukturalne, czy że są na różnym etapie rozwoju ekonomicznego, nie uniemożliwia im funkcjonowania w obrębie jednej strefy walutowej. Proszę spojrzeć raz jeszcze na Stany Zjednoczone. Mamy 50 stanów. Weźmy okres od 1997 r. do 2011 r. W tym czasie PKB per capita w najszybciej rozwijających się stanach wzrosło o 54 proc., w tych zaś, które rozwijały się najwolniej – o 0 proc. To pozwala porównać sytuację w USA do sytuacji w krajach bloku euro. USA miałyby te same problemy, co te kraje, gdyby dolar nie był dojrzałą unią, ze zintegrowanym systemem podatkowym, unią bankową, czy dużą mobilnością siły roboczej. W przypadku euro nie ma ani unii fiskalnej, ani bankowej, ani tej mobilności.

Czyli można się było spodziewać problemów z euro jeszcze przed jego utworzeniem?

Oczywiście. Mnóstwo ekonomistów wytykało w latach 90. wady tego projektu. Realizacja czarnego scenariusza była tylko kwestią czasu. Zaskakujące jest nie to, że euro jest w kryzysie, ale to, że ten miesiąc miodowy trwał tak długo.

I jaka jest odpowiedź na pytanie, dlaczego tak długo trwał?

Prosta. Gdyby nie Europejski Bank Centralny zasilający płynność systemu i jego desperacki wręcz upór w ratowaniu euro, ta waluta byłaby już przeszłością. Euro upadłoby w wyniku powszechnego runu na banki.

Politycy podkreślają, że euro nie ponosi całkowitej winy za kryzys, z którym boryka się Europa. Że chodzi tu także o nieodpowiedzialność i nieuczciwość niektórych państw, jak np. Grecja, które z własnej winy popadły w finansowe tarapaty.

Grecja to osobny przypadek. Ale spójrzmy na przykład na Irlandię i Hiszpanię. Gdy przed paroma laty wybuchał globalny kryzys, państwa te były w znacznie lepszej sytuacji, jeżeli chodzi o finanse publiczne niż stany Illinois i Kalifornia, a jednak Illinois i California nie cierpią w wyniku kryzysów bankowych, a Irlandia i Hiszpania – owszem. Należy oczywiście walczyć z nadużyciami, zaprowadzać dyscyplinę fiskalną, zwiększać szczelność i efektywność systemu podatkowego, to oczywiście pomoże, ale – jeszcze raz podkreślę – kłopotom w Unii Europejskiej winny jest niedopracowany projekt euro.

Wraz ze wspólną walutą i bankiem centralnym należało doprowadzić do ścisłej integracji fiskalnej, a także znacznie zaostrzyć regulacje sektora bankowego i finansowego. Tymczasem Europa wyszła z założenia, że euro to projekt zbyt duży i zamaszysty, żeby sie zawalić i niczego takiego nie potrzeba, a w każdym razie – nie natychmiast.

Przyznam, że według mnie to dość odważne mówić europejskim podatnikom: przyjaciele, euro było błędem, ale żeby ratować euro, musimy jeszcze bardziej się integrować, jeszcze więcej władzy musicie przekazać politykom w Brukseli, jeszcze więcej suwerenności im oddać…

Lekarstwa bywają gorzkie. Proszę pamiętać, że unia bankowa w USA, która narodziła się w wyniku Wielkiego Kryzysu lat 30. XX w. po 150 latach systemowych wahań i kryzysów, teraz zapewnia stabilność dolarowi. Dawniej procesy gospodarcze przebiegały jednak znacznie wolniej.

Pocieszenie jest takie, że niepewność co do euro nie będzie trwała wiecznie. Euro będzie uratowane, albo nie i rzeczywistość wyda w tej sprawie ostateczny werdykt raczej szybciej niż później. Jak napisałem w jednym ze swoich artykułów: wspólczesne unie walutowe, w tym euro, będą reformowane szybciej niż dawne, bądź też będą szybciej upadać. Sprawne rozwiązanie kwestii euro leży w interesie krajów północy UE, głównie Niemiec, które są wierzycielami zadłużonych krajów strefy euro. Będą one miały prawdziwie silną motywację, by wykoncypować skuteczne lekarstwo na kryzys.

Dlaczego?

Im większa ich ekspozycja na ryzyko płynące ze strony Grecji, Hiszpanii, czy Włoch, tym większe potencjalne koszty rozbicia strefy euro. Zauważmy, że jednymi z największych zwolenników stworzenia unia bankowej są właśnie Niemcy. Koszty stworzenia takiej unii, a także koszty wprowadzenie dodatkowych regulacji to ok. 1-2 proc. PKB. To są koszty akceptowalne bardziej niż np. proponowana czasami mutualizacja długów krajów pogrążonych w kryzysie. Mutualizacja, która – dodajmy – być może wcale nie rozwiązałaby problemów.

Rozumiem, że Pana zdaniem projekt euro nie upadnie?

Dopóki politycy chcą go ratować – nie.

Prof. Joshua Aizenman od 12 lat wykłada na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Cruz. Specjalizuje się w ekonomii międzynarodowej z naciskiem na unie walutowe, politykę finansową oraz kraje rozwiajające się. W dniach 24 – 26 czerwca 2013 r. będzie gościem III Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test