• Maciej Bukowski

Liczba pracujących imigrantów zależy od podjęcia reformy rynku pracy

12.04.2017
Bez zmian na rynku pracy liczba pracujących w Polsce spadnie o 20 proc. do 2050 r. Efekt ten łagodzić będzie tylko coraz lepsze wykształcenie Polaków. By ubytek zrekompensować należałoby przyjmować aż 100 tys. imigrantów rocznie. Reformy, jak w Niemczech czy Szwecji, pozwolą zmniejszyć liczbę do 30 tys.

(CC By NC ss&ss)


Dyskusji nad polityką migracyjną nie można odłożyć – nawet na nieodległą przyszłość. Te liczby pokazują, że rozstrzygnięć potrzebujemy już dziś. Mamy do wyboru cztery drogi.

Pierwsza: pozostajemy społeczeństwem zamkniętym na imigrację i reformy licząc, że firmy zdołają wypełnić narastającą w błyskawicznym tempie lukę w podaży pracy lepszą organizacją produkcji, większymi inwestycjami w maszyny i urządzenia oraz – wobec kurczącej się liczby konsumentów w kraju – ekspansją eksportową. W tym wariancie liczymy więc głównie na szczęście, akceptując znaczne trudności jakie – wobec erozji bazy podatkowej – będą miały polskie finanse publiczne w sprostaniu rosnącym oczekiwaniom społecznym w sferze emerytalnej, ochrony zdrowia, kultury, edukacji itp.

Druga: w tym wariancie także nie chcemy reformować naszego systemu emerytalnego i rynku pracy, lecz otwieramy się na bardzo dużą imigrację osiedleńczą. W tym scenariuszu musimy się liczyć z tym, że w 2050 roku ok. 15 proc. mieszkańców Polski to albo imigranci (3,5 mln osób) albo ich dzieci (ok. 700 tys. osób). Jest to scenariusz podobny do tego jaki Europa Zachodnia realizowała w ostatnich kilku dekadach.

Głównym wyzwaniem jest integracja dużej rzeszy imigrantów z polskim społeczeństwem i uniknięcie napięć jakie zwykle się z tego typu procesami wiążą. Imigracja tej skali nie mogłaby być selektywna (np. zawężona do wysokiej klasy specjalistów czy wybranych krajów). Byłaby znacznie bardziej powszechna, co w warunkach europejskich oznacza także dużą liczbę imigrantów relatywnie gorzej wykształconych, a przez to wnoszących mniej do gospodarki niż pracownicy krajowi. Z drugiej strony brak reform zabezpieczenia społecznego byłby w tym scenariuszu mniej dotkliwy niż w scenariuszu pierwszym, odsuwając największe napięcia w finansach publicznych poza horyzont roku 2050.

Trzecia: w tym wariancie wdrażamy agendę reformatorską podobną do tej, jaką w latach 1990 – 2000 przeprowadziły kraje Europy północnej (m.in. Szwecja i Niemcy). Podnosimy więc ponownie wiek emerytalny kobiet, znacząco ograniczamy lub likwidujemy specjalne systemy emerytalne (górnicy, policjanci, żołnierze itp.), popularyzujemy elastyczne formy zatrudnienia, zachęcając jednocześnie pracodawców i pracowników z grup najsłabiej związanych z rynkiem pracy (osób młodych 15-24, kobiet o wykształceniu podstawowym i średnim, osób 55+) do podejmowania pracy na część etatu.

Reformujemy także sposób działania urzędów pracy, które zaczynają powszechnie wspierać migracje wewnętrzne i zatrudnienie bezrobotnych nie tylko na swoim obszarze działania. To wymaga jednoczesnego rozwoju rynku mieszkaniowego w 5-6 największych aglomeracjach, który będzie sprzyjał mobilności pracowników. Z tym wiążą się także inwestycje w infrastrukturę miejską i transportową łączącą z największymi ośrodkami miasta mniejsze. Jednocześnie w wariancie tym otwieramy się na imigrację, jednak znacznie mniejszą niż poprzednio (30 tys. osób rocznie), kształtując ją ściśle pod kątem wybranych deficytów lokalnego rynku pracy (osoby lepiej wykształcone, wybrane kraje źródłowe itp.).

W tym scenariuszu w roku 2050 liczba imigrantów nie przekracza 1 mln osób, a razem z ich dziećmi – 1,5 mln. Są to także ludzie którzy przeciętnie rzecz biorąc nie odstają od populacji rodzimej pod kątem poziomu wykształcenia czy produktywności pracy. Wyzwania integracyjne nadal występują, są jednak wyraźnie mniejsze niż w scenariuszu poprzednim, zaś presja zmian demograficznuych na sektor finansów publicznych nie jest duża.

Czwarta: ostatnim wariantem jest wariant reformatorski ale bez otwartości na imigrację spoza obszaru UE. W tym wariancie polski rynek pracy zaczyna się kurczyć dopiero po 2030 roku, co daje firmom więcej czasu na adaptację do nowych warunków, jednak nie rozwiązuje napięć w finansach publicznych w długim okresie. Jest on bardziej wymagający dla polskich firm, które nieuchronnie zderzą się z deficytami kompetencyjnymi na lokalnym rynku pracy oraz będą silniej zależne od ekspansji eksportowej.

Warto podkreślić, że popularyzacja edukacji wyższej upodabnia już dziś polski rynek pracy bardziej do irlandzkiego, norweskiego, szwedzkiego, duńskiego i holenderskiego, niż np. do niemieckiego, gdzie większą rolę odgrywa wykształcenie zawodowe. To powoduje, że na polskie firmy przemysłowe już dziś zaczyna działać presja uczenia nowych pracowników kompetencji niezbędnych do pracy produkcyjnej. W rozważanym wariancie będzie ona narastała, a wobec braku otwartości na imigrację będzie trudna do zrównoważenia źródłami zewnętrznymi.

Napięcia na rynku pracy można jednak będzie łagodzić poprzez reformy – rezerwuarem zatrudnienia dla polskiego przemysłu i wysokoproduktywnych usług wciąż jest m.in. rolnictwo. Przenoszenie się pracowników z mniej do bardziej produktywnych sektorów wymaga większej konkurencyjności między firmami, a więc także unikania regulacji ograniczających konkurencję i mobilność zawodową w wybranych branżach (np. 500+ w gotówce, a nie w postaci ulgi w PIT/ZUS, instrumenty Wspólnej Polityki Rolnej, regulacyjne utrudnianie konsolidacji ziemi rolnej, ograniczenia w sprzedaży leków itp.). Jedną z niezbędnych reform łagodzących brak otwartości na imigrację jest dokończenie prywatyzacji spółek skarbu państwa. Państwo występujące w roli właściciela jest stronniczym regulatorem i źródłem makroekonomicznie istotnych luk w produktywności pracy w takich branżach jak energetyka, górnictwo węgla kamiennego, czy sektor finansowy.

Na koniec chciałbym podkreślić, że nacisk, jaki kładę na konieczność zmian regulacyjnych nie jest przypadkowy. Nasza gospodarka nie jest jeszcze w punkcie, w którym głównym źródłem rozwoju firm jest innowacyjność rozumiana jako przesuwanie światowej granicy technologicznej w poszczególnych gałęziach gospodarki światowej. Dla większości polskich przedsiębiorstw, nie tylko dziś, ale i za 20 lat, najważniejszym źródłem wzrostu pozostanie imitacja wzorców zewnętrznych. Im skuteczniejszy będzie ten proces, tym szybciej będzie rosła produktywność pracy i płace.

Nie wystarczy jednak, aby tylko mały fragment gospodarki się zmieniał, np. wybrane firmy z obszaru nowych technologii parły do przodu. Wtedy tylko pewne grupy pracowników na tym zyskają. Pozostali niekoniecznie. Aby było inaczej produktywność musi rosnąć powszechnie, a więc zmiany organizacyjne i technologiczne muszą dotyczyć większości firm i wszystkich sektorów polskiej gospodarki.

Ważnym elementem tej układanki reform musi być także sprawny rynek kapitałowy czy – szerzej – finansowy. To bowiem najlepszy mechanizm selekcjonujący firmy o największym potencjale wzrostu i umożliwiający realokację zasobów do najbardziej wydajnych części gospodarki. Niestety, zaczęliśmy w tej dziedzinie oddawać pole innym.

Systematyczny przegląd regulacji rynków produktów, sektora finansowego i giełdy, oraz rynku pracy, a także imitowanie tych rozwiązań z innych państw OECD, które najlepiej podnoszą ich konkurencyjność międzynarodową powinny stać się obowiązkowymi elementami polskiej polityki gospodarczej, niezależnie od tego czy będziemy gotowi na przyjęcie większej liczby imigrantów czy nie.

Dr Maciej Bukowski jest wykładowcą Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz prezesem think-tanku WiseEuropa. Tekst jest zapisem wystąpienia podczas panelu poświęconego rynkowi pracy na spotkaniu zorganizowanym przez fundację Przyjazny Kraj. Część z poruszanych tez ma źródło w raporcie WiseEuropa.

(oprac. MP, KM)


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test