Oddajmy burmistrzom władzę nad światem

12.10.2014
Dlaczego politycy częściej komplikują problemy zamiast je rozwiązywać, nie są zdolni radzić sobie z wyzwaniami natury globalnej: terroryzmem, imigracją, zmianami klimatu, czy gospodarką? - Bo myślą ideologicznie, a nie pragmatycznie. Dajmy globalną władzę burmistrzom, którzy znani są z praktycznego podejścia – nawouje Benjamin Barber, znany amerykański filozof polityki.

Benjamin Barber (CC BY-ND USC publicdiplomacy)


ObserwatorFinansowy.pl: Co jest nie tak z państwami narodowymi?

Benjamin Barber: Państwo narodowe to instytucja przestarzała. Narodziło się w XVII w. i przez kolejne stulecia dobrze spełniało swoją rolę. Aż do XX w., gdy ewidentnie zawiodło – ludzkość zbłądziła na manowce nacjonalizmów. Problem z państwem narodowym można streścić następująco: z natury bazuje ono na narodowej monokulturze oraz dąży do niezależności i suwerenności, a to stoi w sprzeczności ze wspólczesnym światem, który trapiony jest problemami globalnymi.

Mówię o gospodarce, regulacjach rynkowych, ale także o globalnym ociepleniu, terroryzmie, czy imigrantach. Nie da się tych problemów rozwiązać z pomocą państw narodowych. To nie są problemy poszczególnych państw, z którymi te poradzą sobie same. Żyjemy w świecie wewnętrznie powiązanym. Metaforą tego jest sieć internetowa. Nie ma polskiego, czy francuskiego internetu, jest world wide web – sieć o zasięgu światowym. Widzimy, że rządy sobie z problemami takiego świata nie radzą.

Mało – one nie radzą sobie ze swoimi problemami. Choćby takie Stany Zjednoczone. Ze względu na kwestie fiskalne, w zeszłym roku rządu dwukrotnie wstrzymywał swoje funkcjonowanie. Z kolei w Europie mamy problem z brakiem liderów – są albo za słabi, jak we Francji, albo zbyt mocni, jak w Rosji.

Z reguły taka diagnoza prowadzi myślicieli politycznych w kierunku postulatu utworzenia rządu światowego. Pan mówi natomiast, że to niepotrzebne i chce pan władzę nad światem oddać burmistrzom i prezydentom miast. Jest pan pewien, że to dobry pomysł?

Po pierwsze, nie odrzucam idei zarządzania globalnego. Faktem, jest jednak, że te wszystkie instytucje pokroju Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, czy ONZ nie spełniają swojej funkcji. Moja propozycja idzie właściwie w tym kierunku, żeby zamiast bytów budowanych na narodowych partykularyzmach, stworzyć instytucję zbudowaną na konkretnych osobach, które więcej łączy niż dzieli, czyli właśnie na burmistrzach miast. Zamiast mnożyć byty, zejdźmy „na dół” i weźmy władzę, która już istnieje i która jest skuteczna i dowartościujmy ją na forum globalnego parlamentu burmistrzów.

Ale co takiego jest w zarządcach miast, czego nie mają politycy?

Są pragmatykami, a nie ideologami. Polityk odkrywa w sobie filozofa, myśliciela społecznego. Myśli, że jego zadaniem jest obrona socjalizmu, albo wolnego rynku, liberalizmu, albo konserwatyzmu. W ten sposób traci umiejętność skutecznego zarządzania służbą zdrowia, edukacją, transportem publicznym itd. Burmistrzowie zaś rozwiązują konkretne problemy i z tego są rozliczani, a nie z deklaracji ideologicznych. Muszą umieć dobrze prowadzić konkretny szpital, konkretne szkoły, system kanalizacji, transportu. Stąd na poziomie miast polityka partyjna ma znacznie mniejsze znaczenie.

Fakt. Bywa, że burmistrzowie rządzą po trzy kadencję, a za każdej kadencji z ramienia innej partii, bo wyborców nie obchodzi ich proweniencja tylko skuteczność.

Zgadza się. Co więcej, burmistrzowie często w ogóle nie przynależą do żadnej partii, tak jest w Bristolu, czy Zurychu. Nie potrzeba im tego.

>>czytaj więcej o współpracy miast: Wschodzące miasta

 

Wszystko pięknie, ale na razie, to jednak politycy szczebla państwowego dzierżą władzę na świecie i nie oddadzą jej jakimś burmistrzom.

Skąd pan pochodzi?

Z Dobrzechowa, małej miejscowości na Podkarpaciu, ale osiadłem w Warszawie.

No, właśnie. Czyli jest pan warszawiakiem. Identyfikuje się pan z miejscem swojego zamieszkania. Jest pan także wyborcą, prawda? Właśnie. Ci sami ludzie głosują w wyborach powszechnych, co w wyborach do władz lokalnych. Wystarczy, by ludzie głosując w wyborach powszechnych mieli na względzie nie dobro całego kraju, bo tu znów trzeba zdać się na niepraktyczne ideologie, a dobro swojego regionu, swojego miasta. To klucz do sukcesu. 80 proc. populacji Zachodu żyje w miastach. W USA to 82 proc., we Francji 70, a w Polsce 60.  Miasta to obecnie najbardziej fundamentalna społeczność świata. Tam rodzimy się, dorastamy, zakładamy rodzimy, modlimy się, pracujemy, starzejemy się i w końcu umieramy. Interesują nas więc problemy miast.  Jeśli mamy naprawdę efektywnie rozwiązywać globalne kwestie, to musimy do władzy wynieść efektywne osoby. Parlament burmistrzów, o którym wspomniałem, byłby taką platformą dla tej władzy. Tak naprawdę to, o czym mówię to naprawa kulejącej obecnie demokracji. Władza znów będzie szła od ludu i rozwiązywała jego problemy.

Z czym konkretnie miasta radzą sobie lepiej niż państwa?

Weźmy np. imigrantów. Jak państwa radzą sobie z problemem imigrantów? Często po prostu zamykają dla nich granicę i tworzą problem nielegalnej imigracji. Natomiast na obecność nielegalnych imigrantów na swoim terytorium reagują na dwa sposoby – albo zamykają oczy i udają, że ich nie ma, albo wyłapują ich, aresztują i odsyłają do kraju pochodzenia. Oba rozwiązania są do kitu. Burmistrzowie natomiast nie mogą zamykać oczu na obecność nielegalnych imigrantów, bo ta bezpośrednio dotyczy ich wyborców. Co więc robią? Przykład Nowego Jorku, gdzie na 8 mln ludzi pół miliona to nielegalni imigranci.

Miasto widzi, że ci nielegalni to już część społeczności, że pracują, korzystają z systemu transportu miejskiego, ochrony policyjnej… Oferuje im więc wizy rezydenckie, takie tymczasowe dowody osobiste. W ten sposób równoważą się przywileje imigrantów z ich obowiązkami. Są np. objęci opieką zdrowotną, ale muszą partycypować w jej kosztach. Podobnie jest z oświatą, czy prawem pracy. Na marginesie dodam, że budowanie przyszłości świata na jego miastach eliminuje problemy takie, jak nacjonalizm, czy rasizm. Miasta mają tendencję do łączenia ludzi różnego pochodzenia i narodowości i te podziały na białych, latynosów, czy czarnych nie mają w nich takiego znaczenia i łatwiej je kontrolować niż na poziomie państw. Poza tym, gdy Berlin jako miasto rośnie, Warszawa nie maleje. Gdy rosną Niemcy, Polska maleje, co historia nieraz wykazała.

Póki co burmistrzowie jako władcy świata to wciąż abstrakcyjny projekt.

Wręcz przeciwnie. Już odbyły się trzy pilotażowe spotkania parlamentu burmistrzów. Ostatnio w Amsterdamie. Byli włodarze Los Angeles, Bostonu, Rzymu, Warszawy, Oslo… W sumie kilkunastu burmistrzów. W przyszłym roku odbędzie się pilotażowe posiedzenie parlamentu z udziałem 100 burmistrzów. Oni sami chcą ze sobą kooperować, wymieniać się ideami, rozwiązaniami, stowarzyszać się i razem pokonywać globalne wyzwania.

Jak greckie polis, które jednoczyły się przeciw wspólnym wrogom?

Tak, albo jak miasta średniowiecznego Związku Hanzeatyckiego, które łączyło to, że jako miasta portowe miały wspólne interesy. Teraz w demokratycznym procesie, przy odrobinie intelektualnego wsparcia i dzięki przemianie świadomości wyborców, burmistrzowie naprawdę mogą rządzić światem.

Przemianie świadomości? Brzmi jak Marks.

Owszem, jak Marks. To jest pewna idea, która wymaga teraz współpracy. Obywatele miast całego świata łączcie się. Marks perswadował robotnikom idee rewolucyjne, tłumaczył podział klasowy, a jeszcze dawniej John Locke wprowadził termin umowy społecznej, dzięki której budowano późniejsze demokracje. Zmiana zaczyna się od świadomości.

Będę się upierał, że ta wizja trąci naiwnością. Weźmy Unię Europejską, tu wciąż mamy państwa członkowskie, a nie miasta członkowskie, wciąż mówi się o interesach narodowych, które się ścierają, są sprzeczne, a nie wspólnych interesach miejskich, czy choćby mieszkańców.

Dopóki tak będzie, większość problemów globalnych nie zostanie rozwiązana, a pojawiają się nowe. Znów do łask wraca nacjonalizm – w Grecji, we Francji, w Niemczech. Na szczęście Bruksela zdaje sobie sprawę z roli miast w kształtowaniu przyszłego świata.

Jak w praktyce miałoby wyglądać działanie globalnego parlamentu burmistrzów?

Jak wspomniałem chodzi o wymianę konkretnych idei, analizę rozwiązań stosowanych w danych miastach, wspólny namysł, które z nich są najskuteczniejsze. W efekcie dobre praktyki rządzenia szybciej rozprzestrzeniałyby się na cały świat.

Pewnie jako krytykowi „neoliberalizmu” nie spodoba się Panu to, co powiem, ale Pańskie koncepcje mają dużo wspólnego z anarchokapitalizmem, czyli z przekonaniem, że władza powinna spontanicznie formować się „od dołu”, że małe jest lepsze, że konkurencja, w tym wypadku konkurencja między miastami, wpływa pozytywnie na rozwój społeczeństwa…

Poniekąd faktycznie jest tak, jak pan mówi i zgadzam się, co do wartości oddolnej władzy będącej blisko ludzi. Problem z anarchokapitalistami jest taki, że niestety postulowany przez nich „system” nie rozwiąże problemów w skali makro, a tylko odda pole korporacjom. Dlatego ja nie proponuję likwidacji państw i zastąpienia ich burmistrzami, czy globalnym związkiem miast. Widzę parlament burmistrzów i państwa narodowe jako instytucje komplementarne. Dam konkretny przykład.

Jakiś czas temu amerykański kongres przyjął minimalne normy dotyczące emisji CO2 przez nowe samochody. Normy te obowiązują w całym kraju. Kalifornia jednak uznała je za zbyt łagodne i zaostrzyła je na poziomie stanowym. Tyle, że… 70 proc. nowych aut sprzedawanych jest właśnie w Kalifornii. Efekt jest taki, że producentom nie opłaca sie produkować 30 proc. aut spełniających niższe normy i 70 proc. spełniających wyższe. Wszystkie nowe auta w USA spełniają więc normy kalifornijskie mimo, że na poziomie federalnym nie ma takich nakazów. To piękny przykład jak jedno miasto, czy region może wpływać na inne.

To wymowny przykład, ale jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której np. 30 proc. miast w parlamencie burmistrzów nie chce przyjąć rozwiązań dotyczących jakiegoś globalnego problemu. Zostańmy przy zmianach klimatycznych. Te miasta protestują i mówią, że nie będą kooperować. Kto wtedy miałby przymusić je do kooperacji i pod groźbą jakich sankcji?

Zakłada pan, że globalny parlament powinien mieć jakiś rodzaj monopolu na użycie siły. Niekoniecznie!

Nie. Zakładam, że globalny parlament mógłby – jak wiele parlamentów – być po prostu globalnym gadu-gadu.

Wie pan, chodzi o stworzenie miękkiej, a nie twardej władzy. Wiadomo, że nie każde rozwiązanie zaproponowane na forum takiego parlamentu znajdzie poklask wśród wszystkich burmistrzów. Ale przecież, jak w przykładzie Kalifornii, chodzi o to, by dobre praktyki rozprzestrzeniały się samoczynnie. Jeśli 30 proc. burmistrzów powie: nie będziemy ograniczać emisji CO2, to ok! To oznacza, że 70 proc. burmistrzów będzie ją ograniczać, a że obecnie aż 80 proc. wszystkich emisji CO2 ma swoje źródło w miastach, to te 70 proc. obniżą emisje globalnie o ponad połowę. To naprawdę niezły wynik, prawda? Zresztą pamiętajmy, że to obywatele miast rządzą, a burmistrzowie ich tylko reprezentują. Jeśli będą podejmować złe decyzje, spotka ich kara ze strony wyborców. A znacznie łatwiej znaleźć lepszego burmistrza niż lepszego premiera, czy prezydenta.

Łatwiej?

Oczywiście. Państwa potrzebują wielkich charyzmatycznych osobowości. Liderów takich, jak Churchill, czy Roosevelt, albo – w wypadku totalitaryzmów – jak Putin. Bo inaczej wszystko się rozleci. Tymczasem miasta nie potrzebują bohaterów, a zwykłych ludzi. Burmistrzowie to zwykli ludzie, niczym wręcz się od reszty nie wyróżniają i… w tym tkwi ich siła. Patrzą na świat oczami zwykłych ludzi, rozwiązują zwykłe problemy. Jak powiedziałem, są pragmatykami. Wiadomo, że czasami trafiają się burmistrzowie niezwykli, jak burmistrz Palermo Leoluca Orlando, który rozwalił tamtejszą mafię. A było to wyjątkowe, bo zanim został burmistrzem był prokuratorem w procesach mafijnych, grożono mu śmiercią i inny na jego miejscu by pewnie wyjechał. On został i wziął udział w wyborach na burmistrza.

Czy sądzi Pan, że do globalnego parlamentu burmistrzów dołączą zarządcy miast chińskich? To przecież obecnie największe aglomeracje świata.

Dlaczego nie? Mam cichą nadzieję, że prodemokratyczne protesty z Hongkongu rozleją się na inne miasta Chin. Według mnie prawdziwa zmiana polityczna w tym kraju może nastąpić właśnie dzięki miastom, a nie dzięki wprowadzeniu wielopratyjności.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Benjamin Barber – amerykański politolog i filozof polityczny, autor beststellerów, m.in. „Dżihad kontra McŚwiat” oraz „Skonsumowani.” Obecnie zaangażowany w promowanie idei stworzenia globalnego parlamentu burmistrzów miast. Jego najnowsza książka nosi tytuł „Gdyby burmistrzowie rządzili światem”. Rozmowa odbyła się w czasie Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie. 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły