Kapitalizm do remontu

01.01.2020
Zaczęło się w epoce Oświecenia i w czasie pierwszej rewolucji przemysłowej. Uwierzyliśmy, że człowiek – za pomocą maszyn i wynalazków – podbije naturę. Wygląda na to, że się udało. Tyle tylko, że skutki już są – opłakane. A mogą być jeszcze gorsze, bo nadal są podsycane ideologią opartego na zysku kapitalizmu, a więc kapitału i rynku bez granic, gdzie nawet biosfera stała się już zakładnikiem wielkich korporacji.


Tymczasem elity praktycznie całego świata nadal za cel nadrzędny stawiają sobie wzrost, ekspansję i rozwój konsumpcji, stawiają na ilość, podczas gdy granice i możliwości naszej planety w wielu wymiarach dochodzą kresu.

Obłęd zysku

Dopóki jeszcze poza tą filozofią były „rynki wschodzące”, z Chinami, Indiami czy Indonezją, a więc najludniejszymi krajami świata, jakoś sobie radziliśmy. Ale kiedy i one, czego trudno im zabronić, rozpoczęły bój o „amerykański styl życia” (i konsumpcji), to niemal natychmiast na porządku dziennym stanęły debaty o granice wzrostu i rozwoju.

Szybko nałożyły się na nie rozważania o tzw. wyzwaniach globalnych, od zmian klimatycznych i zagrożeń ekologicznych poczynając. Natomiast ostatnio dołączyła do tego świeża tematyka – dotycząca konieczności dokonania zmian paradygmatu w ramach nauk ekonomicznych oraz pojmowania kapitalizmu jako siły napędzającej całą światową gospodarkę. Lista tych, którzy tematyką się zajęli jest długa, a jeden z ostatnich, ciekawych, choć dyskusyjnych głosów, Branko Milanovicia, był tu niedawno omawiany w Obserwatorze Finansowym.

Znamienne, że głosy te pojawiają się również i u nas, czego dowodem obrady ostatniego X Kongresu Ekonomistów Polskich (28 – 29 listopada 2019 r.), kilka referatów na nich wygłoszonych, jak też wypowiedź prezes Towarzystwa Ekonomistów Polskich, prof. Elżbiety Mączyńskiej, znamiennie zatytułowana: „Gospodarka rynkowa podgryza własne korzenie”. Jej przesłanie jest proste: wolny rynek jest zdolny do wszystkiego, także do tego, by nas naciągać, a przy tym jest to nagi, dziki wzrost, pozbawiony empatii dla postępu społecznego czy ekologii. Dlatego teraz „fundamenty kapitalizmu kruszeją”.

Czy aby na pewno? Chcąc odpowiedzieć na to pytanie, warto sięgnąć do tomu profesora z Uniwersytetu Warszawskiego Tadeusza Klementewicza, który ekonomistą co prawda nie jest, ale w świeżo wydanym tomie „Kapitalizm na rozdrożu” z dużą werwą i siłą polemiczną stara się rozprawić z ciągle obowiązującym dogmatem neoliberalnym (który noblista Joseph Stiglitz od dawna nazywa „fundamentalizmem rynkowym”, co potwierdza Mączyńska), nadal dominującym na światowych rynkach oraz w UE. Sedno tych rozważań znalazło się w podtytule: „Obłęd zysku czy odpowiedzialny rozwój”.

Klementewicz nie zostawia żadnych złudzeń, że utrzymywanie dotychczasowej trajektorii rozwoju opartej na żądzy zysku i filozofii wysokiego wzrostu to nic innego, jak droga do globalnej katastrofy, której znamiona już napotykamy. Bowiem, zdaniem autora, „brak przeciwwagi dla kapitału… zrodził różne patologie: niepewność zatrudnienia, nierówności społeczne, niską jakość usług publicznych, anomię, egoistyczne strategie życiowe, brak solidarnego współdziałania, upadek debaty publicznej, ogłupiającą popkulturę”.

Potem zaś dodaje on, że te nierówności i patologie występują nie tylko wewnątrz poszczególnych społeczeństw, ale też narastają pomiędzy nimi, dzieląc nas na państwa, a nawet kontynenty uprzywilejowane, jak też zdegradowane (jak Afryka). Mamy więc problemy i u siebie, i mamy je na scenie globalnej.

Pułapka Meadowsa

U nas – i nie tylko u nas – jest tak, że „przestrzeń publiczną zastąpiło centrum handlowe, marketing ideologię, a obraz słowo”. Zdominowały nas wielkie korporacje z promowaną przez nie mentalnością „ciężka praca za dobrą płacę”, a tylko ta ostatnia jest synonimem prestiżu: wpływów, znaczenia, korzyści. Tyle tylko, że odbywa się to straszliwym kosztem: zrywanych więzi międzyludzkich i zerwanym kontaktem z przyrodą. Wpadliśmy w zapętlenie i pułapkę niepohamowanej konsumpcji.

Jeszcze gorszy obraz wyłania się w perspektywie szerszej, międzynarodowej i globalnej. Albowiem „postęp techniki posłużył do degradacji środowiska naturalnego (zanieczyszczenie powietrza, oceanów i gleby), żywności (antybiotyki, chemikalia), klimatu (emisja dwutlenku węgla)”. Innymi słowy, wbrew założeniom twórców Oświecenia, człowiek wcale nie uczynił Ziemi sobie poddaną, lecz ją rujnuje, jeśli już nie zrujnował.

Stąd też grozi nam, w ocenie autora, nie tyle głośna kiedyś, a potem zdezaktualizowana teoria Malthuasa, mówiąca o przeludnieniu, lecz raczej „pułapka Meadowsa”, a więc jednego z głównych autorów głośnego kiedyś raportu „Granice wzrostu”. Tu autor powołuje się na renomowane czasopismo „Nature”, według danych którego „od 1500 r. znikło z Ziemi, z powodu rozwoju rolnictwa i nadmiernej eksploatacji, aż 75 proc. gatunków. Granice wydolności biosfery przekroczone zostały a latach 80. XX w. Według <Global Footprint Network> na Ziemi jest dostępnych 123 mld hektarów aktywnych biologicznie. Na człowieka przypada 1,7 hektara. Blisko już do powstania tzw. tipping point, czyli raptownej zmiany parametrów ziemskiego ekosystemu”.

Takich, na ogół mało przyjemnych, a często przerażających danych autor zebrał w tomie znacznie więcej, A to wszystko po to, żeby postawić tezę kluczową swej pracy: kapitalizm znalazł się w fazie interregnum – strukturalnego bądź systemowego kryzysu. Utrzymywanie dotychczasowej ścieżki, to droga do pełnej katastrofy. Najwyższy czas krzyczeć nie tylko o zmianach klimatycznych, co robią młodzi z Gretą Thunberg na czele, lecz wszcząć debatę nad alternatywnymi ścieżkami rozwoju, bo dotychczasowa – choć niemal uniwersalna – zdaje się prowadzić ludzkość na manowce (T. Klementewicz określa ją mianem „księżycowej”).

Materializm to nie bogactwo

Czym, wobec tego, proponuje autor zastąpić ten powszechny dziś na świecie „turbokapitalizm” (jak zdefiniował go kiedyś Edward Luttwak)? Tak jak autor jest znakomity w warstwie diagnostycznej, tak dużo uboższy w prognostycznej. Postulowane przez niego rozwiązania są różnego rodzaju, są też – co oczywiste – o wiele bardziej dyskusyjne, a w niektórych kręgach wprost nie do przyjęcia, jako albo nazbyt lewicowe, albo zbyt daleko idące. T. Klementewicz proponuje na przykład, by „oczyścić własną świadomość ze złogów europocentryzmu, okcydentalizmu, integryzmu islamskiego, <prawd> różnych religii, <naturalnych> kategorii własnej kultury”.

No cóż, wielkie tu materii pomieszanie, a postulaty skądinąd słuszne, jak odejście od europocentryzmu (raczej nieuniknione) zderza się z tendencjami dokładnie odwrotnymi, bowiem i Chiny, i Indie, dwie stare cywilizacje są teraz w fazie odrodzenia i wzrostu, więc będą raczej budowały własną tożsamość, a nie z niej rezygnowały, jak chciałby autor.

Łatwiejszy do akceptacji jest postulat inny, by przebudować naszą świadomość na proekologiczną, który to proces – jak słusznie sugeruje autor – „powinien się zacząć już w szkole”. Wszystko wskazuje na to, że teraz, w dobie rosnących szklanych i metalowych wieżowców, betonowych wiaduktów i mostów, asfaltowych tras i stale narastających inwestycji trzeba rzeczywiście powrócić do korzeni, do harmonijnego współistnienia z przyrodą, ciągle poddawaną przez nas coraz większej presji.

To już nie może być postulat wyłącznie Partii Zielonych czy ugrupowań ekologów, to powinien w coraz większym stopniu być główny nurt, jeśli chcemy dostosować się do cytowanej przez Klementewicza formuły Ericha Fromma: „człowiek wolny nie dąży do posiadania bogactw, lecz dąży do bogactwa życia”.

A co w wymiarze stricte ekonomicznym? Czy postulowana przez autora formuła „zamiast logiki zysku pojawia się arytmetyka potrzeb społecznych” okaże się wystarczająca? Czy forsowane przez niego idee solidaryzmu społecznego nie popchną nas przypadkiem na tory już sprawdzone i skompromitowane w ramach „realnego socjalizmu”? Krytyka kapitalizmu zorientowanego na zysk, a w ostatnich dekadach jeszcze bardziej wynaturzonego, gdzie pogoń za wzrostem i dochodem zamieniła się w prawdziwe wyścigi Formuły I, jest jak najbardziej słuszna i – co więcej – potwierdzana niepokojącymi danymi i zjawiskami. Zdominowały nas nierówności, a przy tym ani klimat, ani przyroda nie są wolne od naszej nadmiernej ekspansji i najwyższy czas zastanowić się nad tym, jak z obecnej ścieżki zejść. Czy miałaby to być na przykład inteligentne (i zielone przy tym) miasta, jak proponują na ścieżce tak szybkiej teraz urbanizacji z jednej strony Szwajcarzy, a z drugiej Chińczycy?

Czy nie należałoby przypadkiem wspierać nie tylko rozwój alternatywnych źródeł energii i zarazem odchodzenia od surowców spalanych i kopalin, ale też jeszcze szybciej tworzyć wydzielone pasy i obszary zielone? Czy nie należałoby odejść od prawdziwego Bożka, jakim stał się „wzrost PKB”, na rzecz zrównoważonego rozwoju?

Ratować planetę

Jako remedium Klementewicz proponuje odejście od koncepcji słabego państwa i sektora publicznego, powrót do „welfare state” i między wierszami, choć nie wprost, opowiada się za wzmocnieniem jego interwencjonizmu. Mając na uwadze zauważalny – i udowodniony statystycznie – drastyczny wręcz wzrost rozpiętości dochodowych i idące w ślad za tym bunty klasy średniej oraz młodego pokolenia skazanego na status prekariuszy, są to postulaty słuszne.

Pociągają jednak za sobą, w sposób niemal natychmiastowy, newralgiczną kwestię podziału ról pomiędzy państwo i rynek oraz wzmocnienie tego pierwszego, albowiem rynek nie okazał się wcale takim magicznym środkiem i sprawiedliwym rozjemcą właśnie w kwestii usług publicznych i świadczeń socjalnych, które pozostały poza jego polem oddziaływania i zainteresowania.

Jakaś korekta istniejącego kapitalizmu w jego mocno prorynkowym, neoliberalnym wydaniu wydaje się być coraz bardziej konieczna i nieodzowna. Tyle tylko, że ilu autorów, tyle pomysłów jak to zrobić.

Tadeusz Klementewicz ze swą niewątpliwie potrzebną książką wchodzi w nurt naprawdę ważnych teraz rozważań. Daje nam pracę bardzo ciekawą i dającą do myślenia w opisie i w diagnozie współczesności, jednakże wydaje się być o wiele mniej przekonujący, a na pewno dyskusyjny, co do postulowanych przez siebie rozwiązań. Natomiast prognoz wręcz unika. Naturalnie poza tymi, które kryją się za jego analityką i zebranymi danymi, jakże często wskazującymi na katastroficzną wprost przyszłość naszego gatunku i całego życia na Ziemi. O ile nie zmienimy swego podejścia i myślenia.

Co się stanie? Nikt nie wie. Dostępne dane, jak też rozwijająca się międzynarodowa debata nad przyszłością kapitalizmu dowodzą jednak, że autor trafił w sedno. To już nie akumulacja kapitału i kult wzrostu nade wszystko mają znaleźć się w centrum naszego zainteresowania, lecz np. nierówności, podział ról między państwo i rynek, zasoby dóbr publicznych i ich jakość, a także ekologia i klimat powinny stanąć na początku naszej agendy.

Te kwestie nie powinny już raczej podlegać dyskusji, choć u nas podlegają i są – jeszcze? – podważane. Kiedy zrozumiemy, że trzymanie się obecnej ścieżki rozwojowej może być groźne? Kiedy dokonamy korekty istniejącego kapitalizmu, jeśli dostrzegamy, że nie jest pozbawiony wad i usterek?


Tagi


Artykuły powiązane