Obserwator Finansowy logo

Węgierskie poletko doświadczalne

03.11.2012
Święto narodowe 23 października, w rocznicę wybuchu Rewolucji 1956 r., Węgrzy obchodzili podzieleni. Przed gmachem parlamentu premier Orbán powtarzał przed sympatykami swoje ulubione tezy: „Zachód jest w kryzysie, chce dyktować nam warunki”. W tym samym czasie w innym punkcie miasta trwała demonstracja antyrządowa. Być może zmieni ona rzeczywistość.

Gordon Bajnai, nowy - stary lider opozycji (CC By-NC-ND Valsts kanceleja)


Dotychczas rządzący Fidesz (Partia Obywatelska) po walnym zwycięstwie w 2010 r. nie miał żadnego programowego przeciwnika. Wydaje się, że pojawiła się ona dopiero teraz. Na masowym wiecu wystąpił bowiem poprzednik Orbána na fotelu premiera, Gordon Bajnai (ur. 1968), który po odejściu najpierw zajął się rodziną, potem wykładał w USA, a po powrocie do kraju założył fundację „Ojczyzna i postęp”. Zebrał w niej grono wybitnych ekspertów, głównie ekonomistów i socjologów, którzy zaczęli publikować coraz bardziej alarmujące ekspertyzy nt. aktualnej sytuacji kraju.

Po przyjęciu nowej Konstytucji, która weszła w życie z dniem 1 stycznia tego roku, jedną z nich sygnował sam Bajnai, stawiając dramatyczne tezy: „Rozbita demokracja, gospodarka zmierzająca do niewypłacalności państwa, pęknięte społeczeństwo i Węgry wychodzące z Europy – oto okropny inwentarz półtora roku tych rządów. Ten kurs, którym idzie obecnie kraj wymaga radykalnej zmiany – i to natychmiast”.

Powrót eksperta

Ponieważ taka zmiana nie nastąpiła, opozycja pozostała rozproszkowania i bezradna programowo, Bajnai postanowił wejść ponownie do polityki i – co podkreśla – stać się „zawodowym politykiem”, bowiem dotychczas był tylko „wynajmowanym ekspertem”. Najpierw, od wiosny 2008 r., był ministrem gospodarki w rządzie Ferenca Gyurcsányego, a następnie przez rok „premierem rządu eksperckiego”, podobnie jak Marek Belka w Polsce.

Obydwie powyższe funkcje Bajnai pełnił jako bezpartyjny ekspert i dobrze się zapisał – tak w krajowej opinii publicznej, jak na międzynarodowych salonach. Tyle, że niewiele mógł zmienić. Węgrzy mieli dość rządów socjalistów (i liberałów) i, nie zważając na zasługi w postaci porządkowania budżetu w wykonaniu Bajnaiego, dali „zielone światło” Fideszowi.

Z czym Gordon Bajnai wraca? Co proponuje Węgrom? Po pierwsze, jeszcze bardziej dramatycznie niż w początkach roku ocenia sytuację w kraju; uważa, że pod obecnymi rządami, które „przetrąciły kręgosłup węgierskiej demokracji”, kraj stacza się w dół, tak w wymiarze gospodarczym, jak innych. Dlatego – mówił 23 października – „musimy prosić świat o wybaczenie za ten gabinet”. Chociaż jest gospodarczym ekspertem, to nie gospodarkę stawia jednak jako najważniejszy priorytet. Ocenia: „Ten rząd obiecał wyborcom bezpieczeństwo, spokój i rozwój. Tymczasem teraz w kraju widzimy wszędzie strach, brak nadziei i pauperyzację”.

>>więcej: Polityka Orbana to przepis na coraz większe kłopoty Węgier

W te same tony uderza znany liberalny publicysta László Lengyel na łamach opozycyjnego dziennika „Népszabadság”. Powołując się na znany na Węgrzech wiersz poety Dezső Kosztolányiego pisze: „W moim pokoleniu: niewielu chodzi z podniesioną głową i wysprostowanym kręgosłupem. Wśród tysiąca problemów ten jest najgroźniejszy: łamanie ludziom charakterów i zastraszenie”.

Wychodząc z tej oceny, Lengyel dokonuje wnikliwej analizy sytuacji węgierskiej opozycji i dochodzi do wniosku: jedyną osobą, która może ją zjednoczyć jest nikt inny, jak tylko Gordon Bajnai, dobrze zapisany w ludzkiej pamięci, nieskorumpowany, na dodatek nie związany z żadną partią.

Obalenie reżimu, zmiana epoki

Jak widać, były premier podjął tę rękawicę i wszedł do polityki. Wołał z mównicy, przy aplauzie tłumów: „Ten gabinet, to rząd klęski. Ten rząd musi odejść!”. Wyjaśnił jednak, zarówno zebranym, jak później całej opinii publicznej w kilku wywiadach i tekstach już po 23 października, że „sama zmiana rządu to za mało”, potrzebne są „zmiana całego reżimu” (rezsimváltás), a przy okazji „zmiana epoki” (korszakváltás).

Wyjaśnia w ślad za tym, że stawką jest nie tylko obalenie obecnego gabinetu i zwycięstwo wyborcze, ale zmiana filozofii rządzenia i realiów w kraju. Nie mogą one być podobne do tych, jakie istniały na Węgrzech w latach 1990-2010, a szczególnie w okresie po 2002 r., gdy rządziła koalicja socjalistów i liberałów, bo przecież społeczeństwo gwałtownie przeciwko niej zaprotestowało, dając przyzwolenie na nieograniczone rządy Fideszu rozporządzającego kwalifikowaną większością.

Ale tym bardziej, zdaniem Bajnaia, nie można zgodzić się na obecne rządy, które Węgrów dzielą i prowadzą w ślepy zaułek. Kraj już znalazł się w recesji, a „tworzące miejsca pracy pieniądze właśnie z Węgier uciekają”; „nie ma ani nowych kredytów, ani kapitałów”. Fidesz korzysta, czy czerpie dywidendy z tych decyzji i inwestycji, które zostały podjęte i zainicjowane jeszcze przed jego dojściem do władzy, czyli przede wszystkim, dających dochody z eksportu, montowni samochodów audi, mercedes i opel.

Sekowany przez obecnego premiera obcy kapitał zaczyna uciekać, uważa Bajnai, podobnie jak drobni i więksi ciułacze uciekają z węgierskich banków, też sekowanych przez obecne władze za to, że „nie są w węgierskich rękach”.

– Tę spiralę pikowania – mówi Bajnai portalowi internetowemu Index.hu – wywołała dyletancka polityka gospodarcza obecnego gabinetu.

To podstawowa przyczyna, wyjaśnia następnie, że zdecydował się przestać być widzem i niezależnym analitykiem, lecz wziąć ponownie odpowiedzialność za kraj i wejść na wielką scenę.

W obu poprzednich okresach, po 2002 i po 2010 r. jedną z największych bolączek była korupcja, która na dodatek „pod obecnymi rządami stała się narzędziem w rękach państwa”. Ponadto Partia Obywatelska rozmontowała system równowagi i kontroli, podporządkowując wszystko egzekutywie, a w niej premierowi. Stąd nie ma bardziej palącego zadania, niż „powrót do państwa prawa”, które po 2010 r. zostało na Węgrzech podważone do tego stopnia, że nawet trybunały i sądy oraz Prezydent Republiki „są z jednej paczki”.

Dwie logiki

Innymi słowy, zanim nowa siła zajmie się gospodarką, co już Bajnai zlecił swoim ekspertom z fundacji, chce zrobić wszystko, by zebrać jak najwięcej głosów i mieć w przyszłym parlamencie, po wyborach wiosną 2014 r. znaczącą większość, najlepiej kwalifikowaną 2/3. To dałoby szansę odwrócić decyzje podejmowane teraz przez Fidesz, który tak właśnie przyjmował nowe ustawy, by można je było nowelizować lub zmieniać tylko taką większością.

Co zrobić, by sięgnąć po tę niewyobrażalną wręcz dzisiaj większość? Przecież Fidesz nadal jest popularny, o czym świadczą tłumy słuchające natchnionego premiera Orbána, rysującego apokaliptyczne wizje upadku Zachodu i straszącego ludzi „obcymi”. Wydaje się, że Bajnai podjął drugą przełomową decyzję, obok tej o ponownym wkroczeniu do polityki.

Właśnie 23 października ogłosił powołanie społecznego ruchu „Wspólnie do 2014” (Együtt 2014), na który składają się: jego fundacja „Ojczyzna i postęp”, wywodząca się z ruchu związkowego (wręcz ze związków formacji mundurowych) „Solidarność” (jawnie nawiązująca do polskiej Solidarności) oraz zwołana niegdyś na Facebooku, w proteście przeciwko łamaniu zasad państwa prawa, organizacja masowa o nazwie „Mila” (Milion, ale tylu zwolenników jeszcze ona nie ma). To ta ostatnia zorganizowała 23 października wiec, na którym wystąpił Bajnai w nowej roli.

Formacja „Wspólnie do 2014” jest otwarta – podkreśla jej pomysłodawca. I dodaje w ostatnich wywiadach, że – po pierwsze – nie wyobraża sobie jej działalności bez wsparcia ze strony Węgierskiej Partii Socjalistycznej (WPS), mocno ostatnio poobijanej, ale pozostającej jednak znaczącą siłą w społeczeństwie (sam Bajnai ocenia liczbę jej zwolenników na 1,2 mln), a po drugie, chętnie widzi w tym ruchu wszystkie inne siły opozycyjne, takie jak węgierska „partia zielonych” o nazwie Możliwa Jest Inna Polityka, czy grupa F. Gyurcsányego, która wyłamała się z WPS i występuje w parlamencie pod nazwą Partii Demokratycznej.

Więcej, apeluje Bajnai i to jest główne jego obecne przesłanie: chcąc pokonać „zabetonowany u władzy Fidesz”, dokonać „zmiany systemu”, jak też stylu rządzenia, trzeba „skierować się ku centrum”, budować jak najszerszą, pozapartyjną koalicję sił centrowych, wzmacniać środek, uciekać od sił skrajnych i ekstremizmów, a przy okazji „nie budować na zemście”.

Jak mówi w wywiadzie dla „Népszbadság”: „Chcemy normalnych Węgier, na terenie których urośnie silne centrum. To dlatego powołaliśmy ruch Wspólnie ku 2014”.

Czy ta nowa koncepcja, rzeczywiście ciekawa, bo odchodząca od dominującej dotychczas na węgierskiej scenie politycznej logiki i architektury partyjnej, jest możliwa do przeprowadzenia? Bajnai, który zawsze w dotychczasowej publicznej działalności dawał się poznać jako osoba wyważona, trzeźwa i twardo stąpająca po ziemi, wyraźnie mówi, że to „projekt zakrojony na wiele miesięcy”.

Nie dodaje tylko, bo to niewygodne, że ostateczny sukces jego przedsięwzięcia i tak w dużej mierze będzie zależał – od polityków, szczególnie tych z szeregów najsilniejszej partii opozycyjnej – WPS. Tymczasem dotychczasowe wypowiedzi i zachowania jej młodego szefa (ur. 1974), Attili Mesterházyego, są wobec nowego przedsięwzięcia co najmniej wstrzemięźliwe.

Jak na tę inicjatywę zareaguje Fidesz? Na razie oceniła tylko, że ruch Bajnaiego narodził się „przedwcześnie”, próbując ją bagatelizować. Ponieważ styl jego rządów jest znany – i trudno spodziewać się większych zmian w tej dziedzinie, rodzi się jeszcze inne pytanie: jak Fidesz będzie mobilizował swych nadal licznych wyborców w świetle wyzwania ze strony ruchu „Wspólnie do 2014”?

Węgry, gdzie do niedawna wszystko wydawało się być poukładane, oczywiście zgodnie z wolą Viktora Orbána i jego Fideszu, nagle stają się niezmiernie ciekawym poletkiem doświadczalnym, na którym logika partyjna i autorytarne zapędy odgórne zderzą się z oddolną logiką pozapartyjnego ruchu masowego zmierzającego ku centrum.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły