Ropa mogła dać bogactwo Wenezueli, ale ją pogrążyła

27.02.2018
Wenezuela przechodzi przez największą recesję w dziejach zachodniej półkuli. Trwający od 2014 r. spadek PKB jest już znacznie większy od tego, jakiego doznały USA w okresie Wielkiej Depresji. Przyczyny kryzysu w Wenezueli wychodzą dużo dalej poza niski poziom cen ropy.


Wiele osób dziwi się, że w Wenezueli próżno szukać śladów dawnych cywilizacji. Rdzenny mieszkaniec Wenezueli może mało budował, ale na pewno umiał walczyć o swoje. Nigdzie chyba na podbitych przez siebie ziemiach Hiszpanie nie czuli się tak niepewnie jak w Wenezueli o czym może świadczyć skromność i prostota zabudowy kolonizatorów w tym kraju. Nic dziwnego, że właśnie w tym kraju narodził się ruch wyzwoleńczy spod jarzma hiszpańskiego. O następstwach ignorowania zdania rdzennych mieszkańców przestrzegał nie kto inny jak sam Simon Bolivar. Niestety następcy Bolivara niewiele czynili sobie z jego ostrzeżeń. Zwłaszcza wtedy, kiedy doszło do podziałów zysku z tytułu eksploatacji ropy. Za skutki tego stanu rzeczy, przyszło dziś Wenezueli zapłacić bardzo wysoką cenę.

Wszelkie próby odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało i dlaczego się tak dzieje, sprowadzają się do wskazania dwóch przyczyn: korupcja i nieodpowiedzialna polityka gospodarcza, prowadzona wpierw przez nieżyjącego Hugo Chaveza, a obecnie przez Nicolasa Maduro. Sęk w tym, że tak sformułowane przyczyny rażą swoją płytkością i najprawdopodobniej nie trafiają w sedno sprawy.

Korupcja nie jest przecież fenomenem jedynie wenezuelskim. Oczywiście jej skala w Wenezueli jest zatrważająca, ale w sąsiednich krajach nie jest dużo mniejsza. Dlaczego zatem właśnie w Wenezueli wyrządziła chyba niespotykane gdzie indziej szkody? Wenezuela nie była też jedynym krajem, który na przestrzeni ostatnich 20 lat skręcił w lewo. Dlaczego zatem akurat w Wenezueli ten zwrot okazał się tak brzemienny w skutki?

Odkrycie złóż ropy naftowej i pierwsze próby jej eksploatacji przypadły na sam początek XX wieku (film). Założone tak naprawdę dopiero w 1830 r. państwo nie miało wówczas nawet 90 lat. To zdecydowanie zbyt mało, aby zakorzenić zarówno silny aparat państwowy, jak i poczucie przynależności do tego kraju. Wenezuela u progu XX w. była bardzo biednym krajem, utrzymującym się z plantacji kawy i kakao. Trudno było mówić o sprawnie działającej administracji. Tak naprawdę był to zlepek latyfundiów, na których uprawiano te dwa towary. Ówczesna nazwa kraju brzmiała Stany Zjednoczone Wenezueli, naprawdę stany te były jednak słabo zjednoczone, a już na pewno źle zarządzane. W 1902 r. europejskie potęgi wysłały swoją flotyllę wojenną w celu upomnienia się o swoje należności. Sprawa otarła się o Stały Trybunał Arbitrażowy w Hadze.

Niebawem po incydentach z lat 1902-1904 do władzy doszedł Juan Vincente Gomez, którego urzędowanie zbiegło się z odkryciem pierwszych złóż ropy. Za sprawą jego decyzji, wpierw brytyjskie, holenderskie, a potem amerykańskie koncerny, dostały niemal za bezcen koncesję do eksploatacji ropy. Oczywiście nie przeszkadzało to wąskiej grupie osób (na czele której stał sam Gomez) wzbogacić się niemal w niewyobrażalny sposób. Przeciętny Wenezuelczyk jednak nic nie miał z tytułu odkrycia ropy naftowej w jego własnym kraju.

Spłacając zobowiązania Wenezueli, Gomez zapewnił sobie przychylność swoich niedawnych wierzycieli. Tym ostatnim wręcz brutalna polityka Gomeza w samym kraju niemal w ogóle nie przeszkadzała. Sam Gomez był na tyle sprawnym zarządcą dochodów z ropy, że udało mu się przeprowadzić kraj bez wielkich wstrząsów przez okres Wielkiej Depresji z 1929 r. Mimo sukcesów gospodarczych, rodziła się niechęć wobec Gomeza za sprawą szeroko zakrojonego terroru stworzonego przez niego aparatu bezpieczeństwa. Już pod sam koniec jego rządów, a następnie za rządów jego następcy (Eleazar Lopez Contreras), rodził się ruch w kierunku demokracji. Był on bardzo karkołomny i zataczał raczej wąskie kręgi społeczeństwa. Nic więc dziwnego, że wojskowi znowu dochodzą szybko do głosu za sprawą generała Marco Pereza Jimeneza, który wcześniej wspierał transformację w kierunku pobudzenia wzrostu gospodarczego.

Stosunkowo krótki okres rządów Jimeneza (1952-1958) wywarł ogromne piętno na dalszych dziejach tego kraju. To właśnie za jego czasów Wenezuela przeżywa rozkwit, między innymi za sprawą wojny koreańskiej i będącej jej pochodną zwyżki cen ropy naftowej. Jimenez bardzo dużą wagę przywiązywał do infrastruktury i logistyki. Rozwój gospodarczy nabierał tempa, jednak równocześnie rosła niechęć do osoby samego dyktatora, głównie na średnich szczeblach armii. Raz jeszcze dał o sobie znać aparat bezpieczeństwa, mimo, że zapewniał on niespotykane w dziejach Wenezueli poczucie bezpieczeństwa jej obywatelom. Dlatego już w styczniu 1958 r. zmuszono Jimeneza do opuszczenia kraju, a Wenezuela stała się świadkiem próby zaszczepienia demokracji na dość niepodatnym dla tej formy władzy gruncie.

Próba jednak okazała się być udana, a jej uosobieniem staje się układ z Punto Fijo z 1958 r., w którym sygnatariusze zobowiązują się do wzajemnego poszanowania i dbania o podtrzymywanie wzajemnej zdobyczy, jaką była właśnie wprowadzona demokracja. Oceny tego porozumienia są bardzo skrajne. W chwili podpisywania go minęły zaledwie cztery dekady od uruchomienia pierwszych szybów naftowych. Nie będzie dużej przesady w twierdzeniu, że podpisany układ reprezentował ludzi związanych bezpośrednio lub pośrednio z procesem wydobycia ropy. Krajem rządziły wtedy na zmianę dwie partie – Accion Democratica oraz COPEI. Układ miał na celu zapewnienie wzajemnego poszanowania praw obu partii, a w rzeczywistości gwarantował im poczucie bezkarności, co prowadziło do rozkwitu korupcji na niespotykaną skalę.

Los pozostałych Wenezuelczyków niewiele się zmienił od czasów Gomeza, a i przez następne 40 lat mało kogo raczej interesował, do momentu pojawienia się na horyzoncie Hugo Chaveza.

Do pierwszego szoku naftowego sytuacja wydawała się być pod kontrolą, ale po 1973 r. wszystko zaczęło się wymykać z rąk. Tonąca wręcz w ropie naftowej Wenezuela niemal nic nie czyniła w kierunku zmniejszenia swojego uzależnienia od ropy. Całkowita nacjonalizacja sektora naftowego w 1976 (i co de facto zbiega się z uruchomieniem państwowego koncernu Petroleos de Venezuela, PdVSA) – w kraju, gdzie ciche przyzwolenie na korupcję było niemal usankcjonowane – musiało prowadzić do nieszczęścia.

Dochody ze sprzedaży ropy były tak wysokie, że były w stanie chwilowo przyćmić nie tylko problem korupcji, ale także źle prowadzonej polityki gospodarczej. Wraz ze spadkiem cen surowca dalsze tuszowanie problemów społeczno-gospodarczych stawało się coraz trudniejsze. Rosły ogromne dysproporcje społeczne, a w ślad za nimi niezadowolenie coraz większej rzeszy Wenezuelczyków. To utorowało drogę do władzy Chavezowi. Za sprawą wyborów z 1998 r., po raz pierwszy marginalizowani przez dekady mieszkańcy tego kraju dochodzą do głosu.

Chavez chciał szybo wprowadzać swoje obietnice wyborcze, sprowadzające się do redukcji pauperyzacji społeczeństwa. W kraju o utrwalonej demokracji, jakiekolwiek, zbyt daleko idące zapędy ze strony władzy, winny być korygowane przez opozycję. Ale nie w Wenezueli za czasów rządów Chaveza. Opozycja, zamiast kontrolować zapędy lewicowe Chaveza, miała plan sprowadzający się do jak najszybszego odsunięcia Chaveza od władzy. Pierwsza próba miała miejsce w kwietniu 2002 r., kiedy to doszło do inspirowanego przez opozycję (i prawdopodobnie przy wsparciu USA) zamachu stanu. Mimo, że Chavez był zmuszony do ucieczki, już po trzech dniach udało mu się przywrócić ład w kraju. Opozycja jednak nie odpuszczała i już za niespełna dziewięć miesięcy zorganizowała paraliżujący niemal całą gospodarkę strajk w koncernie naftowym PdVSA.

Chavez wyszedł z obu konfrontacji zwycięsko, jednak jego nieufność wobec USA zaczęła się szybko radykalizować. Stąd nowe sojusze – z Rosją, ale przede wszystkim Chinami. To był drastyczny zwrot w polityce tego kraju.

Z upływem czasu uśmiechnęło się do niego szczęście w postaci zwyżki cen ropy. Mimo, że był chyba najbardziej zagorzałym krytykiem układu z Punto Fijo, to popełniał niemal te same błędy, co jego poprzednicy z lat 1958-1988. Mimo szumnych zapowiedzi, uczynił naprawdę niewiele dla dywersyfikacji rodzimej gospodarki. Nie rozwinął ambitnego projektu istniejącego już tzw. funduszu na czarną godzinę  – Fondo de Inversion para la Estabilizacion Macroeconomica. Zaczął też szybko eksperymentować z dualizmem walutowym, ze wszystkimi negatywnymi skutkami tego procesu. Ale najważniejsze, że nie uczynił nic na rzecz walki z korupcją. Natomiast swoimi posunięciami często antagonizował tę część społeczeństwa, która w 1998 r. została odstawiona od rządzenia krajem, niwecząc tym samym możliwość przezwyciężenia trapiących Wenezuelę podziałów społecznych.

Dlatego Wenezuela była i wciąż jest zakładnikiem międzynarodowej koniunktury na świecie. Dopóki dostarczała 10 procent światowego wydobycia ropy, dopóty była liczącym się partnerem, któremu nie można dyktować warunków. Teraz, gdy dostarcza zaledwie 2 proc. można ją pomijać, i tak się właśnie dzieje.

Zainicjowany jeszcze przez Gomeza cichy sojusz z USA skończył się wraz rewolucją łupkową w Stanach Zjednoczonych, które postawiły na własne źródła energii. Więzi z Chinami okazały się krótkotrwałe, gdyż Pekin szybko zrozumiał, że będzie musiał do całego interesu dokładać.

Zaniedbywana przez dekady infrastruktura wydobywcza prowadzi do drastycznego spadku podaży. W efekcie rośnie cena surowca, ale nie na tyle, aby rozwiązać problemy Wenezueli. Przyczyną problemów tego kraju nie są bowiem niskie ceny ropy, ale zaniedbania sięgające jeszcze początku XX wieku.

Prof. Nick Butler z King’s College w Londynie twierdzi, że założonemu de facto z inicjatywy Wenezueli OPEC, obecny chaos w tym kraju jest na rękę.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test