Śmierć dolara według Jamesa Rickardsa

01.08.2014
„The Death of Money” to kolejna książka Jamesa Rickardsa, eksperta wielu federalnych agencji USA, w tym CIA, po „Wojnach walutowych”, które wyszły w 2011 r. i zostały przetłumaczone w Polsce w 2012 r. Najnowsza książka rysuje groźbę światowej wojny walutowej, która będzie konsekwencją nieposkromionej kreacji pieniądza w największych gospodarkach świata.

(CC By NC SA Marsmett Tallahassee)


Inne kraje nastawione na eksport, zwłaszcza emerging markets muszą po prostu bronić się dewaluacją przed napływem kapitału i aprecjacją własnej waluty. To byłaby III wojna walutowa po pierwszej z lat międzywojennych i drugiej po zamknięciu „złotego okna” przez Nixona i wielkich ruchów walut w latach 70. I 80. XXw.

Śmierć pieniądza, pisze Rickards, to upadek dolara jako światowej waluty rezerwowej i w rezultacie upadek całego międzynarodowego systemu walutowego. W posłowiu Rickards pisze, że w swojej poprzedniej książce (wojny walutowe) zarysował groźbę upadku dolara, ale tylko jako warunkowy, możliwy scenariusz. Teraz, w „Śmierci pieniądza” jest przekonany, że upadek zaufania do dolara już następuje i jest nieodwracalny. Co więcej, jest jeszcze czas na światowe porozumienie co do nowego systemu – Bretton Woods II, ale szanse polityczne są małe. Dolara nie da się uratować kolejnymi QE. Gospodarka amerykańska znajduje się już obecnie w fazie długotrwałej recesji i oddłużania i ta faza zapowiada się na długo.

Są trzy możliwe scenariusze przyszłego systemu: powrót do standardu złota, zastąpienie dolara nowymi SDR-ami, ale opartymi (częściowo) na zlocie i najgorszy: upadek nieuporządkowany, z rozruchami ulicznymi,  możliwym wprowadzeniem rządów autokratycznych, masowymi bankructwami nie tylko w systemie bankowym, załamaniem się handlu.

W pieniądzu Fiat Money podstawowy problem polega na utracie zaufania do dolara. Ten proces już się zaczął.

Rickards w swojej analizie sytuacji amerykańskiej gospodarki i dolara odwołuje się do podejścia „complexity”, które przeciwstawia dotychczasowym narzędziom i miernikom oceny sytuacji w świecie finansowym, np. ryzyka. Dotychczasowe narzędzia analityczne, jakkolwiek wydawałoby się bardzo precyzyjne, mierzą zawsze ważne, ale tylko pojedyncze cechy. Widzą poszczególne drzewa, ale nie widzą lasu. Complexity zakłada, że zjawiska i procesy są wzajemnie powiązane, dlatego pojedynczy miernik, nawet precyzyjny, czy analiza przyczynowa nie daje pełnego obrazu. Odwołuje się tutaj do dwóch analogii, lawiny i fazy przejścia, np. w procesie gotowania wody do stanu wrzenia i zamiany wody w parę.

Analizując proces powstawania lawiny, krok po kroku, mamy kolejne narastanie grupowania się poszczególnych płatków śniegu. Gdzieś, po kolejnym dodaniu kolejnych płatków, następuje efekt lawiny, ale nigdy nie będziemy w stanie ustalić tego momentu. Natomiast możemy ustalić fazy rosnącego zagrożenia i w końcu fazę bardzo wysokiego zagrożenia gdzie prawdopodobieństwo ruszenia lawiny jest bardzo wysokie. A więc problem nie leży w identyfikacji „ostatniej przyczyny”, ale identyfikacji poszczególnych faz.

Wysoce złożone systemy mogą przechodzić od jednego stanu do drugiego, w którym nowy stan powoduje zupełnie nowy układ powiązań. Takie przejścia są nieodwracalne. Lawina jest właśnie takim nowym stanem, z którego nie ma powrotu do stanu poprzedniego. Otóż dla zrozumienia stanu i tendencji wysoce skomplikowanych systemów, jakim jest współczesny system finansowy, bardzo ważna jest identyfikacja „fazy przejściowej” kiedy dany złożony system przechodzi od jednego stanu do drugiego zanim w tym drugim zachowa się już w odmienny sposób.

Ekonomiści, budując modele, umieją opisać zachowanie się i zależności gospodarki w stanie pierwotnym i w nowym, ale ich wiedza ma zastosowanie dopiero gdy nowy stan już powstanie. A więc post factum. To wynika z upodobania do modeli, a model przedstawia zawsze zachowanie systemu w stanie czystym. Natomiast nie potrafimy i zazwyczaj nie rozumiemy w pełni fazy przejściowej – kiedy gospodarka nie działa już zgodnie z pierwszym modelem, a jednocześnie nie ma pełnych właściwości stanu końcowego. Jest szereg analogii dla stanu przejścia – od sytuacji kiedy woda w czajniku już zaczyna się gotować, ale jeszcze nie zamieniła się w parę aż do sytuacji przed połączeniem się dwóch mas pierwiastków radioaktywnych i reakcją jądrową.

Otóż według Rickardsa gospodarka amerykańska po kryzysie znajduje się właśnie w fazie przejściowej, niestabilnej. Balansuje między sprzecznymi tendencjami : grozi jej zarówno długotrwała deflacja, jak i duża inflacja w wyniku kontynuacji QE i utraty kontroli nad agregatem pieniądza. Dlatego niekonwencjonalne narzędzia polityki monetarnej, QE, ZIRP (co Mohamed El-Erian określa jako „nowa normalność”) już nie działają. Udowodnienie tego zabiera w książce dużo miejsca i jest bardzo interesujące, ale tutaj ten wątek pomijam koncentrując się na zarysowaniu możliwych stanów końcowych po upadku dolara i dróg dojścia.

Emisja dodatkowego pieniądza – 4 krotne zwiększenie bilansu FED-u – jest już nie do cofnięcia. Światowy system pieniężny, w obecnej niestabilnej fazie,  waha się miedzy tendencją do deflacji i inflacji. Główną strategią banków centralnych (USA, Japonia, Wielka Brytania, EBC) jest jak na razie próba wywołania inflacji, ale małej i kontrolowanej. To nierealne do wywołania inflacji trzeba zakotwiczyć oczekiwania inflacyjne, a na raz rozdmuchaną łatwo stracić kontrolę. W tym sensie, mimo wielu prognoz, inflacji nie ma, ale potencjalnie grozi w przyszłości.

Krytyka niefunkcjonalności obecnego systemu finansowego i pieniężnego jest zresztą szeroko opisana przez innych autorów. Tutaj relacjonuję wątek tytułowy książki – upadku dolara. Rickards zwraca uwagę, że obecne kłopoty dolara nie są żadnym ewenementem. Dolar, po utracie kotwicy złota przechodził co pewien czas okresy upadku zaufania. Na początku książki przypomina – mało znaną w Polsce – sytuację w USA z końca lat 70. XXw. kiedy inflacja w USA sięgała kilkunastu procent, a turystom amerykańskim w Europie odmawiano przyjęcia dolarów i kiedy zaufanie do dolara spadło tak nisko, że prezydent Carter musiał ratować budżet emisją obligacji we frankach szwajcarskich,  bo dolarowe nie były akceptowane.

Gospodarka USA wyszła jednak z tej sytuacji po końskiej kuracji ówczesnego szefa FED-u Paula Volckera, który podniósł na krótko stopę procentową do 19 proc. i zdusił inflację już od 1982 r. Zabieg ten jest jednak obecnie nie do powtórzenia, gospodarka amerykańska i dolar przekroczyły punkt „of no return”, do którego nie ma już powrotu. Obecny dolar jako waluta wyłącznie papierowa opiera się tylko na zaufaniu. I to zaufanie zostało potężnie nadwyrężone przez kryzys i zachowania banków, ocenę inwestorów na rynkach światowych, ukrytą wojnę z Chinami i Rosją, przez próby manipulacji rynkiem złota przez banki centralne, a nawet przez różne eksperymenty z pieniądzem wirtualnym (bitcoin).

Jedna światowa waluta – SDR-y

Nie jest przypadkiem, że SDR został stworzony po raz pierwszy w 1969 r., kiedy zaufanie do dolara zostało naruszone. Państwa zaczęły wymieniać dolary na złoto i konieczne stało się dostarczenie rynkom światowym nowej, wiarygodnej płynności. SDR był wtedy oparty na kwotach wpłacanych przez członków MFW w walutach i złocie (początkowo SDR = 0,888671 grama złota). Potem jeszcze kilkakrotnie, właśnie gdy zaufanie do dolara spadło, następowały kolejne emisje, ostatnia i największa w 2009 r., ale od 1973 r. SDR ma już pokrycie tylko w koszyku walut (obecnie: dolar, funt, jen, euro). Chiny domagają się przebudowania tego koszyka i włączenia juana i zarazem zwiększenia udziału w głosowaniach w MFW, ale USA ciągle oponują. Na razie USA zachowują ciągle możliwość weta w głosowaniu w MFW, co daje im praktycznie dominująca pozycję.

MFW zdaje sobie sprawę, że system obecny z dominacją dolara ma słabości i mają długofalowe ambicje wprowadzenia SDR-u jako światowej waluty,  w miejsce dolara. Optują za tym Chiny. W 2011 r. ukazał się raport MFW proponujący długofalowy plan wprowadzenia SDR jako światowej waluty. Mogłaby ona być podstawą emisji obligacji, które byłyby najbardziej pewnym zabezpieczeniem światowych rezerw w bankach centralnych, a w przyszłości mogłyby się nią posługiwać w finansowaniu także wielkie międzynarodowe korporacje. Ten światowy rynek obligacji denominowanych w SDR zastąpiłby rynek obligacji rządu USA.

Czy taki system byłby możliwy do wprowadzenia? Przede wszystkim musiałoby dojść do poważnego kryzysu w skali światowej który uświadomiłby konieczność budowy nowego systemu. Musiałoby dojść do porozumienia głównych aktorów na scenie światowej: USA, EBC (strefa euro), Japonii, Chin, światowej konferencji i porozumienia, jak kiedyś przy Bretton Woods. Ci głowni aktorzy powołaliby podstawową jednostkę pieniężną – SDR oparty na dolarze.

Taki system miałby dwa poziomy. Poziom pierwszy to SDR, zdefiniowany przez parytet złota. Drugi poziom to waluty narodowe, z których każda byłaby zdefiniowana jako część SDR, np. 1 SDR=1 euro, = 1, 5 dolar, etc. Członkowie porozumienia zobowiązaliby się do swobodnej wymiany SDR na złoto i swoich walut na SDR. Jak w czasie obowiązywania porozumienia z Bretton Woods musiałyby być zachowane stałe kursy walut uczestniczących w SDR-ach.

Przejście na takie stałe kursy przypominałoby mechanizm euro. Aby utrzymać zaufanie do SDR równoległe istniałby wolny rynek złota. Ograniczenia w emisji nowych SDR-ów, ze względu na utrzymania pokrycia powodowałoby, że SDR byłby walutą ograniczoną w emisji. W rezultacie SDR byłby poszukiwaną walutą nie tylko na rynkach finansowych i np. globalny rynek towarowy byłby wyceniany w SDR. Przyjmując pokrycie najważniejszych walut świata na poziomie 50 proc. cena SDR pokrytego w tym stopniu złotem wynosiłaby 9 tys. dolarów.

Scenariusz SDR-ów jako światowego pieniądza z „kotwicą” jest bardzo trudny technicznie, ma jednak jeden poważny plus polityczny: umożliwia poparcie Chin (a także Rosji i innych krajów emerging markets) poprzez włączenie waluty chińskiej do SDR-ów i przyspieszenie jej wymienialności. Równocześnie poważnym minusem jest niechęć USA, które – jak na razie – robią wszystko, aby przedłużyć dominacje dolara jako światowej waluty i korzystać z „exorbitant priviledge”, jak to przed laty stwierdził prezydent Charles de Gaulle.

Powrót do kotwicy złota

Czy powrót do standardu złota jest alternatywą? Złoto (w przeciwieństwie do pieniądza papierowego, Fiat Money) ma w pełni wszystkie trzy podstawowe cechy pieniądza: jest miernikiem wartości (dalej używanym), może służyć za środek płatności i wreszcie zachowuje wartość w czasie: nie jest ani zwykłym surowcem, ani derywatem, nie jest jak obecny pieniądz długiem i nie jest typową inwestycją, ponieważ nie przynosi zysku. To pieniądz, który jest podstawą aż do dzisiaj całej nabudowanej na niej konstrukcji..

Rickards zaczyna od rozprawienia się z narosłymi mitami na temat złota. Przede wszystkim złoto, pomimo wojny ze złotem, którą toczyły banki centralne od dawna (jeszcze pod koniec lat 60. XX w.) nigdy aż do dzisiaj nie zostało kompletnie usunięte z obecnego systemu pieniężnego. Pomijając rynek prywatny tylko w latach 2004-2013 rezerwy złota w bankach centralnych wzrosły z 1,tys.ton do 3, 6 tys. ton, to jest o 217 proc.. I banki centralne dalej zwiększają zapasy złota – jedne po cichu inne wprost, a jeszcze inne ściągając złoto do macierzystych krajów (było kilkanaście takich sytuacji w ostatnich latach).

Gold standard działał bardzo dobrze w latach 1870-1914. W okresie międzywojennym przyjęto system dolarowo-złoty (gold-exchange standard). Jak pisze Rickards nie był on, jak potocznie się zakłada, powodem Wielkiej Depresji. Przyczyniły się do niej błędy w stosowaniu tego standardu – próba utrzymania nierealnego kursu dolara i funta do złota, System Bretton Woods działał długo sprawnie zanim USA nie zaczęły w drugiej połowie lat 60,  korzystać na duża skalę z finansowania deficytu handlowego i fiskalnego kreacją dolara. Po upadku Bretton Woods międzynarodowy system walutowy opiera się na pieniądzu bez pokrycia, uruchomił rosnące zadłużenie i powoduje notoryczne kryzysy walutowe.

Potocznym mitem jest zarzut, że złota jest za mało by mógł być podstawą pieniądza. To bzdura, pisze Rickards, problemem jest tylko cena złota, która w wyniku wojny banków centralnych ze złotem była od lat manipulowana i sztucznie zaniżana. Banki centralne nadal mają złoto w swoich bilansach, ale nie chcąc legitymizować ceny złota na rynku, przyjmują sztucznie zaniżoną jego cenę – 42,22 dolary/uncję (ostatnia dewaluacja z 1973 r.) i po takiej sztucznie niskiej cenie złoto ciągle figuruje w bilansach banków centralnych.

Po co ta fikcja? Rickards przedstawia prosty rachunek. Przyjmując, że całkowita Ilość złota na świecie wynosi 163 tys. ton, zapasy złota w głównych bankach centralnych (USA, EBC, Japonia, Chiny) i MFW wynoszą 31,8 tys. ton i cenę (rynkową) złota 1 500 dolarów to wartość tego złota wynosi tylko 1,7 bln dolarów. Gdyby przyjąć obecną emisję pieniądza w tych głównych bankach centralnych (M1 – 20 bln. dol., M2 – 48 bln. dol.) i pełne pokrycie dolara, to cena złota powinien wynosić 17,5 tys. dolarów za uncję. Taki kurs pokazałby tylko prawdziwą wartość już wyemitowanego pieniądza. Gold standard nałożyłby oczywiście kajdany na banki centralne i system bankowy (dlatego jest on największym wrogiem powrotu do złota). Problemem jest więc nie Ilość złota, ale jego prawdziwa cena. Trzeba zaznaczyć, że w czasach standardu złota nigdy nie było potrzeby 100 procent pokrycia, wystarczało np. 20 – 40 proc.

Wprowadzenie ponownie Gold Standard byłoby niezwykle trudne technicznie i społecznie. Przede wszystkim musiałoby dojść do ogromnego wzrostu ceny złota na wolnym rynku, co mogłoby nastąpić tylko w wyniku szybkiego wzrostu inflacji (hiperinflacji?), ucieczki od dolara i pędu do złota jako zabezpieczenia. To oznaczałoby kryzys światowy na ogromną skalę, masowe bankructwa,  spadek PKB, zmiany struktury cen surowców i podstawowych artykułów i przede wszystkim – anihilację wartości ogromnej masy aktywów finansowych.

Scenariusz byłby równoznaczny z następnym rozpatrywanym przez Rickardsa – scenariuszem kryzysu światowego na jeszcze większa skalę, niepokojów społecznych, masowych rozruchów i, być może, wprowadzenia rządów autokratycznych silnej ręki dla stabilizacji państwa.

Opisane scenariusze istnieją tylko potencjalnie, mogą zaistnieć dopiero gdy system pieniężny, znajdujący się na razie w fazie przejściowej destabilizacji,  osiągnie krytyczny punkt. Na razie ten punkt nie jest osiągnięty, ale – odwołując się do przykładu z lawiną – Rickards wskazuje na sygnały pokazujące zbliżanie się do punktu krytycznego.

Takimi sygnałami dla dolara będą:

– gwałtowna cena wzrostu złota, np. do 2 500 dolarów/uncja,

– dalsza kontynuacja gromadzenia złota przez centralne banki,

– przełamanie oporu w reformowaniu MFW, zwłaszcza włączenie juana do koszyka SDR, zwiększenie udziału w głosowaniu Chin i innych państw, a więc ustępstwa ze strony USA,

– fiasko refom systemu finansowego w USA, a więc zwycięstwo interesów sektora finansowego (co oznacza dalsze oderwanie się sfery finansowej od realnej),

– duży krach giełdowy, przez wielu przewidywany,

– znacząca redukcja QE i analogicznej polityki w Japonii (Abenomics) jeśli spowoduje widoczny powrót deflacji,

– krach bańki długów w Chinach, co zmusi władze do użycia na dużą skalę nagromadzonych rezerw walutowych i wywoła konsekwencje tego na rynku pieniężnym.

Niebezpieczeństwo, według Rickardsa, polega na tym, że zarówno scenariusz wdrożenia SDR-ów opartych na zlocie jak i – ewentualny – powrót do Gold Standard wymaga wielu technicznych przygotowań i współdziałania aby nowe rozwiązania były wdrożone w sposób zorganizowany i kontrolowany. Obawia się on, że upadek dolara idzie dużo szybciej i może nastąpić wcześniej, a więc w sposób żywiołowy ze wszystkimi tego konsekwencjami i kosztami. Po prostu, jak pisze Rickards, nie wystarczy czasu i wszystko rozegra się samorzutnie, system typu complexity sam osiągnie nową równowagę.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test