Lekcja budowania

27.03.2013
Pierwsza fala dużych infrastrukturalnych inwestycji prowadzonych z unijnym wsparciem finansowym pogrążyła polskie grupy budowlane. Tylko ci, którzy podźwigną się z upadku i wyciągną wnioski z popełnionych w ostatnich latach błędów, mają szanse na uczestnictwo w inwestycjach finansowanych z unijnego budżetu na lata 2014-2020.
Podniesienie płacy minimalnej może doprowadzić do rozrostu szarej strefy w branży budowlanej. (CC BY-NC-ND dagnyg)

(CC BY-NC-ND dagnyg)

(CC BY-NC-ND dagnyg)

Mija rok od czasu, gdy problemy budujących drogi i autostrady, a także stadiony dużych grup budowlanych wyszły na światło dzienne. Ich kłopoty finansowe pociągnęły w dół setki podwykonawców, z których wielu upadło. Przez 12 miesięcy sytuacja w branży nie uległa jednak poprawie.

Wielkie bum

Od w latach 2004-2011 produkcja budowlana w Polsce wzrosła o ponad 100 proc. – wylicza firma doradcza Ernst & Young. W całym ubiegłym roku – według danych GUS – spadła o 1 proc., a w grudniu 2012 roku w porównaniu z tym samym miesiącem 2011 roku produkcja budowlano-montażowa była o niemal 25 proc. niższa. Spadki i to głębokie oczekiwane są w tym i 2014 roku. Dariusz Blocher, prezes Budimeksu prognozuje, że w tym roku produkcja budowlano-montażowa obniży się o 16-18 proc., a wzrost zacznie się w 2015 roku.

E&Y spodziewa się, że pieniądze jakie w nowym budżecie Unii dostaniemy z Funduszu Spójności na inwestycje infrastrukturalne – według ministra transportu Sławomira Nowaka, w latach 2014-2020 tylko na budowę dróg i autostrad będzie w sumie 70 mld zł – na rynku, w postaci kontraktów pojawią się za 18 do 24 miesięcy.

– Zapowiada się wiele inwestycji w systemie „projektuj i buduj”, więc znaczące przychody z ich realizacji pojawią się dopiero w 2015 roku – oczekuje prezes Blocher.

– Wskaźniki koniunktury w branży budowlanej są dziś na historycznym dnie – mówi Sebastian Łyczba z E&Y i dodaje, że boom budowlany ostatnich lat nie przyniósł polskim firmom takich efektów jak związany z wejściem do Unii Europejskiej boom budowlany na rynku hiszpańskim.

– W Hiszpanii powstały silne firmy, które zbudowały swoją pozycję w Europie. Nasze mają kłopoty – mówi.

Jaskrawym przykładem problemów firm budowlanych jest stale rosnący poziom zagrożonych kredytów. W III kwartale 2011 roku stanowiły one ok. 9 proc. ogółu kredytów udzielonych firmom budowlanym. W końcu III kwartału, 2012 roku – według danych NBP – było to już 15,5 proc. Eksperci banku centralnego nie wykluczają, że w kolejnych kwartałach odsetek ten będzie rósł.

– Firmy budowlane mogą mieć trudności z uzyskaniem oraz rolowaniem kredytów bankowych ze względu na zaostrzone kryteria względem tej branży – oceniają autorzy wydanego w końcu 2012 roku przez NBP raportu o stabilności sektora bankowego i dodają, że w III kwartale ubiegłego roku banki odmówiły udzielenia kredytu 43 proc. wnioskujących o to firm budowlanych.

Drugi przykład, to zatory płatnicze.

– Publicznie znane roszczenia branży to ok. 4 mld zł – ocenia Sebastian Łyczba i dodaje, że dziś problemem numer jeden w branży jest płynność finansowa. Według autorów wydawanego dwa razy do roku raportu o stabilności sektora bankowego, „można oczekiwać, że problemy z płynnością firm realizujących publiczne projekty infrastrukturalne będą się utrzymywać”.

Kłopoty z płynnością finansową duszą firmy z branży, zarówno te mniejsze, które są podwykonawcami i nie otrzymały wynagrodzenia za wykonane usługi, jak i te duże – jak znajdująca się w upadłości likwidacyjnej Hydrobudowa Polska – które nie są w stanie obsłużyć swoich zobowiązań. W 2012 roku – według danych firmy Coface – zbankrutowało 218 firm budowlanych (w 2011 roku – 143, a w 2010 – 98). Ten rok może być pod tym względem jeszcze gorszy niż ubiegły.

>>video: Bankowców martwią problemy w budownictwie

Diagnoza i recepta

W ocenie ekspertów, przyczyny bardzo złej kondycji finansowej branży budowlanej leżą zarówno po stronie samych firm i ich zarządów, jak i otoczenia biznesowego.

Według firmy doradczej Ernst & Young, zarządy spółek budowlanych chcąc zdobyć kontrakty podejmowały w ostatnich latach nadmierne ryzyko. Składane przez firmy oferty nie uwzględniały ewentualnego wzrostu cen materiałów budowlanych, a także nie miały rezerw na nieprzewidziane prace. I E&Y i same firmy budowlane zwracają uwagę, że w latach 2011-2012 silnie wzrosły ceny niektórych materiałów budowlanych, w tym np. wykorzystywanego do budowy dróg asfaltu i kruszywa.

– Zarządy liczyły na elastyczność zamawiającego. Na to, że uda się renegocjować kontrakty. Tej elastyczności nie było – ocenia Sebastian Łyczba.

Część wykonawców decydowała się wówczas na odstąpienie od umowy i płacenie kar, a inne brnęły w straty.

Według Sebastiana Łyczby po stronie firm był jeszcze jeden znaczący problem: żadna z nich nie miała doświadczenia w zarządzaniu dużą liczbą dużych kontraktów.

Z kolei po stronie zamawiających – według ekspertów z E&Y – błędem było trzymanie się przy wyborze najlepszej oferty kryterium najniższej ceny i nie uwzględnianie choćby doświadczenia i referencji wykonawców. W ocenie Sebastiana Łyczby, nie najlepszej jakości była też dokumentacja techniczna przygotowywana przez zamawiających.

W czasie, gdy jedne firmy budowlane zmierzają ku upadłości, majątkiem innych zarządza syndyk, a spora część pozostałych liżąc rany prowadzi procesy restrukturyzacji (niektórzy – jak rada nadzorcza Polimeksu – szukają winnych), eksperci poszukają recept na to, na jakich zasadach powinna przebiegać nowa fala dużych inwestycji, by i tym razem nie branża nie znalazła się na dnie.

E&Y zaleca m.in. rozłożenie w czasie dużych kontraktów infrastrukturalnych. Ich kumulacja powoduje z jednej strony ostrą konkurencję między wykonawcami, a z drugiej sprzyja wzrostowi cen materiałów budowlanych. Sebastian Łyczba, że zamawiający powinni zrezygnować z stosowanego obecnie kryterium najniższej ceny na rzecz przetargów prowadzonych zgodnie z metodologią FIDIC opracowaną przez Międzynarodową Federację Inżynierów Konsultantów (przewiduje możliwość preselekcji oferentów, a także równomierne rozdzielenie między umawiającymi się stronami zagrożeń i odpowiedzialności) oraz umożliwić waloryzację kontraktów w sytuacji nieprzewidzianych projektem dodatkowych prac oraz wzrostu cen surowców i materiałów. Po stronie wykonawców konieczne jest przede wszystkim prawidłowe ocenianie ryzyka i wliczanie go w proponowaną w ofertach cenę.

Mądry Polak po szkodzie? Oby

Osobną sprawą jest to, czy firmy budowlane wezmą sobie do serca wnioski ekspertów.

W ogłoszonym przez Główną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad przetargu na „kontynuację projektowania i przebudowy drogi S8 na odcinku węzeł Powązkowska – węzeł Modlińska w Warszawie wraz z przebudową Mostu Grota-Roweckiego” najkorzystniejsza oferta opiewa na 544 mln zł, a budżet przetargu zamawiający określił na niemal 933 mln zł. Inne oferty były albo zbliżone do kwoty przewidzianej przez zamawiającego albo wyższe. Można się zastanawiać czy GDDKiA przeszacowała wartość prac, czy też konsorcjum, które złożyło najniższą ofertę chcąc wygrać przetarg podjęło zbyt duże ryzyko.

>>czytaj też: Procesy inwestycyjne – przykłady ze świata

Z kolei w ogłoszonym przez PGE przetargu na budowę bloku energetycznego opalanego węglem brunatnym o mocy 430-450 MW w Elektrowni Turów złożono dwie oferty wiążące. Obie były niemal dwa razy wyższe niż budżet inwestora, który został określony na ok. 2,5 mld zł. Tu zainteresowani zapewniają, że w swych ofertach uwzględnili ryzyka, koszty i niewielką marżę.

Na razie trudno jest też liczyć na to, że zamawiający, w tym zwłaszcza GDDKiA, odstąpią od wyboru najkorzystniejszej oferty w oparciu o kryterium najniższej ceny. Lech Witecki, szef GDDKiA zapowiedział, że w ciągu najbliższych siedmiu lat raczej nie zrezygnuje z kryterium najniższej ceny, gdyż jest ono najbardziej wiarygodne i minimalizuje prawdopodobieństwo podejrzeń o zmowy cenowe. GDDKiA proponuje natomiast wykonawcom zaliczkowanie prac i waloryzację kontraktów.

OF


Tagi


Artykuły powiązane