Wojna domowa o ziemię

21.11.2014
Grunty są w Chinach tak drogie, że lokalne władze odbierają je rolnikom nawet siłą. Do rozwiązania problemu potrzebna byłaby rzeczywista reforma rolna, jednak o prywatyzacji w Państwie Środka wciąż lepiej nie mówić głośno. Dlatego Pekin oddał ją w ręce samorządom (czytaj: aparatczykom).

Stare budowle w miastach idą pod młotek, bo zajmują zbyt cenne nieruchomości. (fot. A.Kaliński)


Oto przykład z ostatnich tygodni. W starciach mieszkańców (głównie rolników) z wyposażonymi w sprzęt do tłumienia zamieszek ochroniarzami na budowie centrum magazynowo-logistycznego we wsi Fuyou koło Kunmingu (to czteromilionowe miasto jest stolicą prowincji Junnan) zginęło osiem osób, a kilkadziesiąt zostało rannych. Jak twierdzą świadkowie, miejscowa policja zwlekała z interwencją i przybyła, kiedy było już po wszystkim. Jak podał „Chungcheng Evening News”, podczas realizacji projektu zlekceważono zastrzeżenia paru tysięcy rolników gospodarujących na okolicznych żyznych gruntach. Obawiają się oni, że odwodnienie centrum spowoduje podtapianie pobliskich gospodarstw w czasie intensywnych deszczy, jednak poszło przede wszystkim o niskie odszkodowania za zabraną ziemię.

Rolnicy na wspólnym

Podobnych (choć może nie aż tak krwawych) starć na tle rekwizycji gruntów zdarza się w Chinach tysiące rocznie. Powody: spory o ziemię, łamanie prawa przy jej sprzedaży przez władze samorządowe i nieliczenie się z lokalną ludnością. Konflikty tego typu zaczynają w Państwie Środka narastać i to – paradoksalnie – w czasie, gdy tyle się teraz w Chinach mówi o praworządności i walce z korupcją, a Pekin zapowiedział niedawno zwiększenie praw rolników indywidualnych przy obrocie ziemią. Tyle że reformatorskie deklaracje to jedno, a praktyka to co innego. Wiele transakcji odbywa się nielegalnie i poza wszelką kontrolą.

Formalnie grunty w miastach należą do państwa, a ziemia rolna jest własnością tzw. kolektywu, czyli de facto dysponują nią lokalni urzędnicy partyjni. W miastach ziemię oddaje się w 50-letnie użytkowanie i można nią dość swobodnie obracać. Z gruntami pod uprawy sprawa jest bardziej złożona, bo lokalne prawo (bywa, że nawet niespisane) jest tak nieprzejrzyste, że można je interpretować, jak komu wygodnie. Do tego przepisy wykonawcze nie nadążają za zmianami rynkowymi, a kultura prawna w Chinach raczkuje. Słowem, kto silniejszy, ten ma rację. A że tylko 10–13 proc. gruntów w Chinach nadaje się pod uprawy, to spory o grunty skupiają jak w soczewce wszystkie te bolączki.

Cicha prywatyzacja

Ponieważ prywatyzacja ziemi w komunistycznych Chinach to nadal problem delikatny politycznie i ideologicznie, zepchnięto go na szczebel samorządów. Mnożą się więc apele (m.in. chińskich ekonomistów) o prawdziwą, a nie pozorowaną reformę rolną i urynkowienie obrotu ziemią, ponieważ obecny stan hamuje rozwój kraju i rodzi coraz więcej konfliktów. Przyjęto, że działka rolna przejmowana przez lokalne samorządy na cele komercyjne powinna kosztować 30–150 razy tyle co roczny czynsz za jej dzierżawę. Wynosi on około 500 juanów (około 250 zł) za 1 Mu (666,7 mkw.) ziemi uprawnej. Cena powinna zatem oscylować w granicach między 15–75 tys. juanów w zależności od cen rynkowych w danym regionie. To jednak tylko teoria, bowiem powszechną praktyką jest ustalanie wysokiej ceny za przejmowaną ziemię, tyle że do kieszeni rolników trafia równowartość zaledwie kilkuset dolarów. Resztę zgarniają lokalni notable, często powiązani z deweloperami. Budzi to wściekłość i kończące się zamieszkami protesty rolników.

Gdy lokalne władze średniego szczebla potrzebują gruntów pod inwestycje, negocjują cenę z władzami danej wsi, czyli kolektywem, a nie z indywidualnymi rolnikami.  „Faktyczną rekwizycję nazywając zakupem” – pisze „China Daily”. Rolnicy uważają, że skoro samorządy chcą nabywać ziemię dla celów komercyjnych, to powinny negocjować cenę według zasad rynkowych. Lokalni decydenci nie godzą się na to, bo po pierwsze musieliby płacić za ziemię o wiele więcej, a po drugie uważają, że rolnicy nie są dla nich partnerami do negocjacji. Nakładają się na to oskarżenia pod adresem urzędników o łapownictwo, gdyż nikt takich transakcji nie kontroluje.

Gdy rolnicy manifestują swe oburzenie, władze uciekają się do gróźb, szafując argumentem interesu publicznego i argumentując, że na przejętej działce powstanie coś, na czym skorzystają wszyscy. Lokalni kacykowie czują się bezkarni i nikomu nie pozwalają na wgląd w dokumenty dotyczące transakcji, na opornych chłopów nasyłają zbirów albo uciekają się do nielegalnych aresztów.

Donoszą o tym chińskie media (bo Pekin uznał, że miarka się przebrała). Ostrzegają nawet, że wskutek masowości wystąpień i coraz liczniejszych ofiar ten narastający problem z ekonomicznego może się zmienić w konflikt społeczny o daleko idących skutkach politycznych.

Domy jak gwoździe

To właśnie w Chinach powstało określenie „dom gwóźdź”. Nazywa się tak tkwiący niczym gwóźdź na środku gruzowiska powstałego po wyburzeniu okolicznych zabudowań jeden stary dom, w którym bez prądu i wody pomieszkuje ktoś, kto nie zgodził się na rozbiórkę, bo np. uznał, że oferowana rekompensata jest zbyt niska, lub nie chce przyjąć przyznanego gdzieś na peryferiach lokalu zastępczego. Nawet w samym Pekinie można spotkać otoczone wysokimi blokami pojedyncze chylące się ku upadkowi domy, których lokatorzy nie zamierzają ustąpić deweloperowi. Ponieważ często dochodziło do siłowych rozbiórek pod osłoną nocy, a finał bywał dramatyczny, władze i deweloperzy wolą teraz wziąć na przeczekanie idących w zaparte mieszkańców „domów gwoździ” niż narazić się na to, że sprawa trafi prasy albo internetu, co psuje reputację.

Dang Guoying, ekspert z Instytutu Rozwoju Wsi Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, twierdzi na portalu china.gov.cn, że tylko najwyżsi decydenci państwa mogą „powstrzymać siłę samorządów (…) w stosowaniu starych i brudnych tricków”. Postuluje, by wyraźnie rozróżnić między tym, co faktycznie jest interesem publicznym, a tym, co przedsięwzięciem komercyjnym. Do takich należy np. wznoszenie wielkich obiektów handlowych czy apartamentowców. Najlepszym rozwiązaniem byłaby zasadnicza i kompleksowa zmiana prawa oraz systemu sądownictwa, aby nie trzeba było uciekać się do przemocy. Ekspert dodaje, że umowy użytkowania ziemi powinny mieć charakter długotrwały i to do rolników, a nie do urzędników, miałby należeć decydujący głos w sprawie sprzedaży i ceny gruntów. To oni muszą mieć prawo powiedzenia „nie” władzom lokalnym, jeśli nie chcą się rozstać ze swą ziemią na użytek komercyjny – zaznacza.

Nie brak jednak także odmiennych głosów. Mówi się, że należy postępować ostrożnie, bowiem problem dotyka wielu partykularnych interesów, a wzmocnienie pozycji rolników w sporze o ziemię może zahamować rozwój gospodarczy i urbanizację Chin.

Wiele nowych chińskich miast, obecnie już paromilionowych, pobudowano dosłownie w szczerym polu i zewsząd nadal otaczają je wsie. Ponieważ miasta rozrastają się błyskawicznie, potrzeba terenów pod nowe inwestycje, czyli ziemi, na której wciąż gospodarują rolnicy. Problem dotyczy również miast o długiej historii, które szybko się modernizują, jak Pekin. W samym jego centrum z nowoczesnymi gmachami zaprojektowanymi przez światowej sławy architektów sąsiadują całe kwartały hutongów, czyli historycznej zabudowy. Mieszka, a raczej gnieździ się w nich kilka milionów ludzi. Część takiej zabudowy postanowiono zachować jako pamiątkę dziedzictwa historycznego. Resztę systematycznie się wyburza, bowiem ziemia jest warta jest zbyt wiele, by pamiętające czasy cesarstwa domki z szarej cegły mogły oprzeć się boomowi inwestycyjnemu w Chinach.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły