6 miesięcy dobrej prez(yd)encji

29.06.2011
Pojutrze skończy się węgierska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej. Politycy nazywają ją „wielkim sukcesem”. Na czym ten sukces polegał i czy – jak obawiają się niektórzy – nie był on raczej „warzeniem piwa”, które wypić będą musieli przejmujący prezydencję 1 lipca Polacy?

Viktor Orban, premier Węgier (z lewej na zdjęciu z Hermanem Van Rompuyem, prezydentem UE) już się żegna z prezydencją w Unii, ale jej ślad pozostanie. (CC By NC-ND President of EC)


Gdy w styczniu tego roku Węgry przejmowały od Belgii prezydencję w Radzie Unii Europejskiej, dyplomaci tego kraju z dumą wyliczali swoje priorytety. Ich deklamacje były równie górnolotne, co niekonkretne. Węgry miały „promować wzrost gospodarczy UE” (konia z rzędem temu, kto wyjaśni, co w tym kontekście znaczy słowo „promować”), „rozwijać wewnętrzną politykę unijną”, „zbliżać obywatela do UE” i „wspierać proces rozszerzania unii o nowe państwa członkowskie i kandydujące”. To wszystko okraszono krzepiąco brzmiącym hasłem „Silna Europa”.

Nadszedł czas podsumowań, jednak próżno szukać konkretów na temat tego, co Węgrzy właściwie w trakcie prezydencji zrobili. Czy rzeczywiście zostawiają Polsce „Silną Europę”?

Biurokratyczna miara sukcesu

– Węgierska prezydencja wypadła lepiej niż spodziewała się tego opinia publiczna. Tym bardziej, że startowała w kontrowersyjnych okolicznościach. Na Węgrzech przyjęto przecież w tym czasie dyskusyjną ustawę medialną, co nie przysporzyło temu państwu sympatii w Brukseli – przekonuje Agata Gostyńska, analityk z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Do sukcesów prezydencji Węgier Agata Gostyńska zalicza przede wszystkim opracowanie kompromisowego stanowiska Rady UE wobec tzw. „sześciopaku” tj. sześć projektów legislacyjnych, które mają usprawnić zarządzanie gospodarcze UE. Przyjęcie „sześciopaku” do końca czerwca ułatwiłoby przywrócenie zaufania rynków finansowych do gospodarek państw członkowskich UE.

Zdaniem Gostyńskiej Węgry sprawnie reagowały też w sytuacjach kryzysowych, np. w czasie kryzysu w Afryce Północnej (koordynowały proces ewakuacji obywateli UE z Libii), a także osiągnęły postęp w negocjacjach akcesyjnych z Chorwacją (pozostają tylko cztery otwarte rozdziały negocjacyjne).

Inni eksperci podkreślają, że za węgierskiej prezydencji doszło do przyjęcia projektów nowych regulacji rynków finansowych (np. w kwestii ograniczenia krótkiej sprzedaży) i ustaleń w kwestii europejskiej inicjatywy obywatelskiej (określono minimalna liczbę podpisów pod taką inicjatywą – milion), przyjęto też dyrektywę o transgranicznej opiece zdrowotnej, a także opracowano rekomendacje dla przyszłej Wspólnej Polityki Rolnej (w ich wyniku subsydia maja być bardziej efektywnie przyznawane), czy doprecyzowano mechanizmy implementowania dyrektywy dotyczącej genetycznie modyfikowanej żywności.

Z biurokratycznego punktu widzenia wykonano więc rzeczywiście tytaniczną pracę. Innymi słowy, węgierska prezydencja świetnie sprawdziła się jako animator biegunki legislacyjnej.

Niech to załatwią Polacy

Niestety, tym, co dla krajów „nowej unii” najważniejsze zajęto się tylko powierzchownie.

Po pierwsze wspomniany „sześciopak” reform gospodarczych miał być przyjęty jeszcze za węgierskiej prezydencji. Jeśli to się nie uda, Polacy będą mieć na samym starcie nieplanowany i dość poważny problem.

Po drugie, na czas węgierskiego przywództwa planowano przyjęcie wiążących ustaleń dotyczących wejścia Rumunii i Bułgarii do strefy Schengen. Nie udało się – to Polska będzie musiała się tym zajmować. A że będzie niełatwo, wszyscy wiedzą. W unijnych kuluarach mówi się przecież, że samo przyjęcie tych państw do UE było błędem.

Podobnie (i „po trzecie”) jest z Partnerstwem Wschodnim, czyli programem współpracy z krajami takimi jak Białoruś, Ukraina, czy Mołdawia. Unijny szczyt, mający dać mu nowy impuls, również mieli zorganizować Węgrzy. Ostatecznie odbędzie się w Warszawie w trakcie polskiej prezydencji. Ważne decyzje, w kontekście choćby kryzysu gospodarczego na Białorusi, zostały odsunięte, bo Węgrom zabrakło determinacji, by choć na chwilę odwrócić uwagę europejskich przywódców od kwestii afrykańskich i zainteresować ich wschodnimi granicami unii.

Po czwartek, fakt, że na naszą prezydencję przypadnie dopinanie na ostatni guzik kwestii związanych z Wieloletnimi Ramami Finansowymi też nie jest pocieszający. Jako państwo szefujące Radzie UE będziemy musieli tymczasowo zapomnieć o naszej racji stanu i w trakcie negocjacji reprezentować wszystkie 27 państw członkowskich. Póki co na temat szczegółów WRM niewiele wiadomo. Mówi się, że mają uwzględniać wprowadzenie centralnego unijnego podatku, zaostrzyć kwestie audytów wydatkowania środków z unijnych dotacji, a być może nawet ograniczać politykę spójności.

Ograniczenie polityki spójności, czyli osłabienie procesu wyrównywania warunków społeczno-ekonomicznych w Unii Europejskiej, jest dla Polski szkodliwe. Przynajmniej z politycznego punktu widzenia – bo z punktu widzenia teorii ekonomii projekty redystrybucji dóbr wcale nie prowadzą do pomnażania bogactwa, a do marnotrawstwa. To jednak temat na zupełnie inny artykuł.

Konkretny projekt WRM ostateczne musi być zatwierdzony do końca 2012 r., czyli w trakcie prezydencji Cypru bądź Danii. Jaki możemy mieć wpływ na to, jakie będą jego realne zapisy? Wiele wskazuje, że – przynajmniej formalnie rzecz biorąc – jedynie organizacyjny.

– Pamiętajmy, że po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego znaczenie prezydencji spadło. Nie może już ona reprezentować unii na arenie międzynarodowej. Prezydencja to jednak duże wyzwanie organizacyjne. Prezydencja musi także koordynować proces legislacyjny UE. Jeśli sprawnie wykonuje tę funkcję, zmiany w UE zachodzą szybciej – podkreśla Agata Gostyńska z PISM, studząc zbyt ostrą krytykę Madziarów.

Pewne tylko koszty

Nie jest jednak tak, że prezydencja to tylko prestiżowy obowiązek. Możemy przecież w jej trakcie wpływać nie tylko na szybkość, ale i kolejność załatwiania spraw.

– Prezydencja pozwala na „ciche” programowanie przyszłej polityki Unii Europejskiej. W jaki sposób? Nasza prezydencja przygotowywana jest z dwoma państwami, które będą pełnić prezydencję po nas, a więc z Cyprem i Danią. Jako, że my jesteśmy pierwsi w kolejce, możemy rozpocząć pożądane przez nas programy, które potem po prostu będą musiały być realizowane. Możemy wpłynąć na przykład na przyśpieszenie programy deregulacji i ograniczania unijnej biurokracji – twierdzi prof. Artur Nowak-Far, szef Katedry Prawa Europejskiego w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Dodaje, że jeśli dobrze się zaprezentujemy i udowodnimy, że nasza kadra urzędnicza jest profesjonalna i sprawna, z całą pewnością pozycja Polski w Unii Europejskiej umocni się. Z kolei profesor Krzysztof Rybiński, z zasady sceptyczny wobec unijnych projektów, przekonuje, że prezydencję można wykorzystać również do zareklamowania Polski zagranicznym inwestorom.

– Trzeba pokazać, że mamy poważną bazę naukową, ośrodki badawcze, ludzi z potencjałem. Oby tylko nie wyszło, jak zwykle i nie sprowadzono tych wszystkich imprez do kwaterowania gości w ekskluzywnych hotelach, karmienia ich drogimi posiłkami i odsyłania po wszystkim z hoteli wprost na Okęcie. Oni muszą tej Polsce się przyjrzeć, zapamiętać ją – radzi Rybiński.

Czy się uda, nie wiadomo. Na pewno wiadomo jedynie, jak dużo będzie nas kosztować organizacja 300 ważnych spotkań dyplomatycznych, 400 wydarzeń kulturalnych i dwóch tysięcy imprez biznesowych i promocyjnych w ramach prezydencji – około 370 mln zł.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test