Tajlandia: pieniądz w cieniu żałoby

22.02.2017
Tajlandia zawsze była odmienna. Jeszcze bardziej niepowtarzalna jest teraz, gdy od 13 października ubiegłego roku jest pogrążona w żałobie po odejściu autentycznie uwielbianego króla Bhumibola Adulyadeja - Ramy IX.

Śmierć króla wywołała w jego poddanych nieudawany żal (Fot. PAP)


Już na lotnisku, a potem dosłownie w całym kraju – nie tylko na każdym urzędzie i w każdej instytucji, ale też na trawnikach i skrzyżowaniach oraz w domach prywatnych – natkniemy się na istne ołtarzyki poświęcone pamięci zmarłego. Zawsze było ich tutaj dużo. Każdy, kto w Tajlandii bywał, o tym wie. Ale teraz są dosłownie wszędzie. Złoty kolor królewskich szat na podobiznach miesza się z czernią i bielą – kolorami żałoby.

Będzie tak co najmniej przez rok, bo tradycja nakazuje, by cykl żałobny zakończyła królewska kremacja – wielki ceremoniał zakrojony na 5-7 dni, którego ostateczny termin (po 13 października tego roku) wyznaczą bramini i astrologowie. Wtedy nastąpi kulminacja, o której usłyszy świat, bo czegoś podobnego dawno nie widział.

Phra Merumat

Kiedy w 2008 roku zmarła starsza siostra króla księżniczka Galyani, szacunkowe koszty całego cyklu żałobnego będącego niejako próbą generalną obecnego wyniosły ponad 14 mln dolarów. Teraz wzrosną kilka- albo i nawet kilkunastokrotnie, bo na królewską kremację zaproszone zostaną głowy państw, a te koronowane zapewne do Bangkoku przybędą. Albowiem Rama IX był królem nie tylko powszechnie szanowanym, ale też najdłużej zasiadającym na tronie (teraz ten tytuł dzierży Elżbieta II, królowa brytyjska).

Najbliższe tygodnie i miesiące upłyną w Królestwie Tajlandii pod hasłem Phra Merumat, czyli specyficznej budowli, zwanej królewskim krematorium lub królewskim stosem. Ten obiekt o powierzchni kwadratu 60 na 60 metrów będzie złożony z dziewięciu (dziewiątka w buddyzmie jest najszczęśliwszą liczbą) wież w tradycyjnym tajskim stylu, z drewna pełnego rzeźb. Najwyższa ma liczyć 50,5 metra wysokości. Już je wznoszą na polach Sanam Luang przed pałacem królewskim. Phra Merumat cały będzie z drewna sandałowego zwożonego z południa kraju z dżungli na pograniczu z Mjanmą (dawną Birmą).

Obiekt ma w nazwie górę Meru, symboliczną siedzibę bóstw, bo sens tej kremacji ma polegać na tym, by zmarły jak najszybciej tam trafił. A ponieważ wszystko – budowane z wielką pieczołowitością przez najlepszych cieśli i rzemieślników w kraju – ostatecznie spłonie, więc należy się spodziewać wycieczek, by unikatową budowlę podziwiać i uwiecznić na zdjęciach, zanim „pójdzie do nieba”.

Niezliczone tłumy tkwią na Sanam Luang już teraz, a to dlatego, że rozpoczął się inny ogólnonarodowy rytuał – złożenie hołdu zmarłemu. Z całego królestwa w skoordynowany sposób jadą do Bangkoku autobusy z ubranymi na czarno żałobnikami. Zatrzymują się na Sanam Luang, kiedyś zupełnie pustym, a teraz niebywale zatłoczonym i otoczonym przez kordon policji (na części placu toczą się już prace budowlane). Przyjezdni trafiają do rozstawionych na polach namiotów, skąd istnymi procesjami idą (są wpuszczani) do Pałacu Królewskiego, by złożyć hołd zmarłemu w sali tronowej Dusit Maha Prasart.

W zamian za udział w ceremonii otrzymują przy wyjściu butelkę wody, skromny posiłek w plastikowym pudełku za 108 bahtów (1 dolar – ok. 3,5 bahta) oraz podobiznę zmarłego na dowód, że w ceremoniale uczestniczyli. Robią tak instytucje, szkoły, urzędy, w ruch wprawiony został cały kraj. Codziennie trafia do sali tronowej ok. 35 tys. osób. Nie dodaje się i nie eksponuje publicznie tego, że każdy z uczestników – no może poza uczniami – składa donację „co łaska” (według zasobności kiesy).

Wezmą w tym obrzędzie udział miliony, więc nie ma więc obawy, że zakrojona na tak wielką skalę królewska kremacja zrujnuje budżet. Może kosztować nieskończenie dużo, ale i tak okaże się… opłacalna. Nawet przy tej smutnej okazji pieniądz został wprawiony w ruch.

Nowy król

Królewska kremacja jest również opłacalna politycznie. W tym sensie, że tak jak zmarły Rama IX miał baramee, a więc siłę moralną oraz osobistą charyzmę wymuszająca lojalność, tak król desygnowany, dotychczasowy książę Vajiralongkorn, był ich w powszechnym mniemaniu pozbawiony. Przez rok żałoby może jednak dużo zyskać, jeśli będzie aktywnie celebrował uroczystości i obrzędy.

Co też przyszły Rama X czyni… Właśnie wybrał nowego somdeta, czyli najwyższego patriarchę Sanghi – hierarchii buddyjskiej, której zwierzchnikiem jest król. Przez ponad trzy godziny wszystkie kanały tajskiej telewizji (łącznie siedem, nie licząc lokalnych) relacjonowały ten obrzęd, który koncelebrował właśnie przyszły Rama X. Robił to zresztą pod bacznym okiem byłego premiera generała Prem Tinsulanonda, szefa dotychczasowej Rady Królewskiej, czyli osobistego gremium doradców dotychczasowego króla (będzie ją można zmienić dopiero po koronacji, a ta nastąpi dopiero po królewskiej kremacji).

To niezwykle istotne, bo przez wiele lat spodziewano się, iż po odejściu i tak długim panowaniu ukochanego Ramy IX może dojść w Tajlandii do rozruchów lub politycznej niepewności, podsycanej przez ostry konflikt wewnętrzny symbolizowany przez starcie żółtych (królewskich) i czerwonych (związanych z byłym premierem Thaksinem Shinawatrą) koszul. Nic z tych rzeczy! Są tylko kolory żałobne – nie ma ani żółci, ani czerwieni. Żadne działania i inicjatywy polityczne w tak szeroko zakrojonej i starannie reżyserowanej wielkiej żałobie nie wchodzą w grę.

Dba o to obecny obóz władzy, czyli junta wojskowa, która wstąpiła na stanowiska w wyniku drugiego już zamachu stanu w maju 2014 roku (pierwszy odbył się we wrześniu 2006 roku), obalając rząd siostry Thasina – Yingluck. Na jej czele stoi generał Prayut Chan-o-cha, będący wcześniej szefem gwardii przybocznej królowej Sirikit, też bardzo szanowanej, ale ostatnio niewidocznej i mocno schorowanej, co obaliło jeden ze scenariuszy, że to ona (84 lata) będzie przez jakiś czas regentką. Nie ma takiej potrzeby, kraj jest mocno trzymany w ryzach przez obecny prokrólewski obóz władzy i stojącego w cieniu, ale nadal znaczącego, sędziwego (blisko 97 lat) generała Prema.

Dobre gospodarcze prognozy

Demokracji nie ma, dziennikarze sprzeciwiają się ograniczaniu wolności słowa, organizacje ochrony praw człowieka mocno narzekają, ale stabilność polityczna po latach zawieruchy została zapewniona. Przynajmniej na czas żałoby. Przekłada się to na realia gospodarcze. Po zachwianiu w roku 2014, gdy PKB wzrósł zaledwie o 0,8 proc., co było efektem ponad półrocznej ostrej polaryzacji i politycznej rywalizacji przed wojskowym puczem, w roku 2015 Tajlandia mogła się już  poszczycić wzrostem rzędu 2,8 proc., a w ubiegłym roku – według wstępnych oficjalnych danych – 3,2 proc. Prognozy na rok bieżący też są dobre i zakładają wzrost między 3,4 a 3,6 proc.

Według Ministerstwa Handlu wzrost napędzają przede wszystkim trzy czynniki: rosnąca konsumpcja, wysokie inwestycje oraz stały element, jakim są wysokie obroty turystyczne. Konsumpcja rośnie, co do tego panuje zgodność, bo po latach zawieruchy ustabilizowało się politycznie. Choć dominuje żałoba, panuje ufność w stabilną przyszłość. Paradoksalnie, Tajowie znowu patrzą optymistycznie w przyszłość, podczas gdy przed śmiercią króla było inaczej.

Nowe inwestycje widać wszędzie. Panorama Bangkoku co chwila wzbogaca się o nowy wieżowiec. Przedmiotem publicznej debaty jest najwyższy z nich, liczący 314 m wysokości MahaNakhon, zbudowany na działce należącej niegdyś do ambasady ZSRR (Federacja Rosyjska przeniosła urząd w inne miejsce). Zwraca uwagę nie tylko tym, że jest najwyższy w stolicy, ale też niezmiernie ciekawą architekturą, przypominającą wysoki słup, jakby poszarpany na niektórych piętrach.

Ciekawej architektury nie brakuje też na prowincji, chociażby w postaci nowiuteńkich resortów nadmorskich. W tym samym czasie inne stojące obok, te z poprzedniej epoki (Thaksina) na oczach niszczeją. Częściowa wynika to z tego, że według Ministerstwa Gospodarki aż 77,8 proc. wszystkich nowych inwestycji w tym roku będzie pochodziło z państwowego budżetu, a inicjatywa należy do wielkich państwowych firm. Mamy więc świadome budowanie autorytetu i potęgi ekonomicznej państwa, przy wstrzemięźliwym traktowaniu sektora prywatnego.

Nie wszędzie tak jest. Przemysł turystyczny (według danych rządowej Agencji Turystycznej TAT 32,59 mln gości z zagranicy w roku 2016 przyniosło 2,52 mld bahtów dochodu) jest nadal w dużej mierze w rękach prywatnych. Problem jest tylko jeden – ze względu na żałobę, a więc tym samym odwołanie wielu imprez rozrywkowych (w tym obchodów chińskiego Nowego Roku), obroty spadają. W ostatnim kwartale ubiegłego roku spadek wyniósł aż 20 proc., a w obecnym kwartale jest to kolejne 7 proc. Wpływ miały na to przede wszystkim… chińskie agencje turystyczne, nie zalecające wyjazdów do Tajlandii z powodu żałoby. Tymczasem to Chińczycy, razem z obywatelami Tajwanu i Hongkongu, stanowią zdecydowanie największą grupę przyjeżdżających (aż 2,43 mln osób w pierwszym kwartale tego roku, według TAT).

Kwitnąca korupcja

Lotnisko Suvarnabhumi pęka w szwach, wielki ruch panuje również na lotniskach lokalnych. To jednak żadna nowość, a dla Tajów wręcz norma. Nie jest natomiast normą (chociaż to również przypadłość niemal endemiczna) nadal wysoki poziom korupcji w państwie.

Przez chwilę stał się nawet drugim po wszechobecnej żałobie tematem w mediach i publicznym dyskursie, a to za sprawą agencji Transparency International, która w dorocznym raporcie na temat tzw. indeksu percepcji korupcji (Corruption Perception Index – CPI) umieściła Tajlandię aż na 101. miejscu (ze wskaźnikiem 35), między Peru, Filipinami i Timorem Wschodnim, podczas gdy w latach poprzednich była lokowana o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt pozycji wyżej (chociaż nie w epoce Thaksina). Dla porównania Polska (wskaźnik 62) jest w tej klasyfikacji 29., a Węgry (wskaźnik 48) znalazły się na 57. pozycji.

W tej akurat sferze tematów w bród. Właśnie wybuchł wielki skandal wokół Festiwalu Filmowego w Bangkoku, gdyż odpowiadające za jego realizację władze TAT brały wysokie łapówki. Podobny przypadek ujawnili niedawno Brytyjczycy, piszący otwarcie o łapówkach rzędu nawet 100 tys. dolarów wręczanych przez Rolls Royce’a przedstawicielom tajskiego narodowego przewoźnika linii Thai Airways. Do tego doszło zatrzymanie jednego z przedstawicieli władz w Japonii. Przebywał tam na paszporcie dyplomatycznym i przywłaszczył sobie malowidła o wartości szacowanej po 4 tys. baht każde (czyli tyle co nic, co chyba jest jeszcze gorsze).

Wszystko to razem postawiło na baczność dotychczas niemrawe oficjalne urzędy ds. zwalczania korupcji. Jednakże, jak stwierdził w specjalnym komentarzu „Bangkok Post”, jedyny dotychczas udowodniony i potwierdzony przez sąd przypadek korupcji to wielki projekt rządowych zakupów ryżu przez poprzedni gabinet Yingluck Shinawtry. Tam była wola polityczna, w innych przypadkach jej nie ma. Dlatego gorzka w wymowie konkluzja może być następująca: mimo powszechnej żałoby Królestwo Tajlandii kwitnie. Niestety, korupcja też, chociaż władze są wojskowe i stale mówią o dyscyplinie.

Bogdan Góralczyk był w latach 2003-2008 ambasadorem RP w Królestwie Tajlandii. Ostatnio odwiedził ten kraj ponownie. Wydał książkę „Zmierzch i brzask. Notes z Bangkoku”.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test