Czeka nas globalne bezkrólewie

22.09.2014
Zachodni model demokracji liberalnej i gospodarki rynkowej przestał być atrakcyjny dla państw rozwijających się, a w międzynarodowych strukturach brakuje reprezentacji najprężniejszych obecnie części świata. Czas na zmiany jest właśnie teraz – przekonuje dr Bartłomiej E. Nowak, stypendysta waszyngtońskiej Transatlantic Academy, szef katedry stosunków międzynarodowych na Uczelni Vistula.
Dr Bartłomiej Nowak (Fot. BN)

Dr Bartłomiej Nowak (Fot. BN)

Dr Bartłomiej Nowak (Fot. BN)

Obserwator Finansowy: Czy Zachód upada?

Bartłomiej E. Nowak: To zbyt śmiała teza. Europa i Stany Zjednoczone będą na arenie międzynarodowej odgrywać bardzo ważną rolę jeszcze przez długi czas.

Potęga Zachodu jest nienaruszona?

Tego nie powiedziałem. Dobiega kresu czas globalnej dominacji cywilizacji zachodniej. To, co było jej znakiem markowym, czyli demokracja liberalna i gospodarka rynkowa, okazuje się nie być już dla innych tak atrakcyjne, jak dawniej. Nie można już zakładać, że są to modele uniwersalne, do których pozostałe państwa powinny się dostosowywać. Zachód nie ma już monopolu, jeśli taki kiedykolwiek istniał. (>>czytaj więcej: Bliski koniec ery Zachodu)

Co się zmieniło?

Bardzo ważnym momentem był kryzys finansowy w 2008 r. Przecież on powstał na Zachodzie, a USA i Unia Europejska zostały nim najmocniej dotknięte. Z jednej strony okazało się, że zachodni model gospodarczy ma rozliczne wady, a z drugiej, że gospodarki wschodzące mogą sobie radzić same, stosując zupełnie inne recepty na politykę gospodarczą, oraz że to one podtrzymują światowy wzrost gospodarczy. Przecież od lat globalne PKB rośnie dzięki takim krajom, jak Chiny, Indie, Indonezja, Turcja. Nie chcą one powtarzać błędów Zachodu, który nie potrafi zapewnić młodym ludziom pracy, gdzie powiększają się nierówności dochodowe, a wzrost gospodarczy oscyluje nieco powyżej zera. Zmierzch potęgi Zachodu widoczny jest najwyraźniej w sferze gospodarczej, a to zdecydowanie przekłada się na sferę polityczną. Zachód ma dzisiaj o wiele mniej argumentów w ręku i o wiele mniejszą siłę przekonywania.

Widać to, gdy próbujemy grać kartą sankcji gospodarczych, by osiągnąć polityczne rezultaty w konflikcie z Rosją.

Tak, sytuacja na Ukrainie doskonale obrazuje tę rzeczywistość. Symboliczna jest także bezradność Zachodu wobec sytuacji w Syrii i Iraku i zakorzeniającego się tam radykalizmu islamskiego. Nie potrafimy wypracować wspólnej polityki bezpieczeństwa i podjąć konkretnych działań. Zachód przestaje być wiarygodnym stabilizatorem sytuacji międzynarodowej, bo pokazuje, że demokracje nie są w stanie działać skutecznie, gdy potrzeba zbiorowej mobilizacji. Nawet w sytuacji ewidentnego zagrożenia agresją.

Paradoksalnie Zachód był bardziej zjednoczony i zdecydowany w czasie zimnej wojny niż obecnie. Gdy okazało się, że demokracja liberalna jest być może najlepszym z możliwych systemów i nikt nic lepszego nie wymyśli, zaczęliśmy mieć z tą demokracją kłopoty. Proszę sobie wyobrazić, jakie było zdziwienie Chin, że w USA rząd mógł się po prostu zamknąć i żadne ministerstwo nie działało. Z ich punktu widzenia to się nie mieści w głowie.

Problemy Zachodu są również widoczne we wszystkich światowych organizacjach – Międzynarodowym Funduszu Walutowym, Światowej Organizacji Handlu, ONZ czy Banku Światowym. Zachód ma w nich pakiety kontrolne, ale nie potrafi tych organizacji odpowiednio zreformować i dostosować do aktualnego układu sił. Niedawno amerykański Kongres z zupełnie absurdalnych powodów zatrzymał przecież zatwierdzoną już reformę Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W rezultacie organizacje te tracą stopniowo na znaczeniu.

Azjaci budują ich własne odpowiedniki!

Niestety. ONZ i instytucje Bretton-Woods powołano do życia w latach 40. XX w. Od tego czasu rzeczywistość bardzo się zmieniła, a te organizacje za nią nie nadążają. Wśród pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ są dwa państwa europejskie, które potęgami były 100 lat temu, nie ma za to tych, które są potęgami dzisiaj. Kluczową kwestią jest także obsadzanie kierownictwa organizacji Bretton-Woods z klucza transatlantyckiego. Szef Banku Światowego musi być z USA, a Międzynarodowego Funduszu Walutowego z Europy. Niby dlaczego? Zachód trwa w iluzji, że to zapewnia mu przewagę, a nie zauważa, że przy stole pojawili się nowi gracze, którzy potrzebują odpowiedniej reprezentacji. Państwa BRICS wytwarzają niemal 25 proc. światowego PKB, a w MFW mają razem 10,3 proc. głosów. Musimy na tej ławce światowego zarządzania ustąpić kilku miejsc, by zachować znacznie tych instytucji! Przecież już dzisiaj każdy z tworzonych przez wschodzące potęgi banków regionalnych ma większy kapitał niż Bank Światowy. Zachowywanie status quo grozi po prostu marginalizacją światowych instytucji.

Z kolei w handlu UE i USA utrzymują niezwykle socjalistyczny i protekcjonistyczny system dotacji do rolnictwa, a równocześnie oskarżają gospodarki rozwijające się o blokowanie negocjacji na forum Światowej Organizacji Handlu. Przecież to hipokryzja. To budzi w Afryce czy w Ameryce Południowej nieufność i niechęć do Zachodu. Cała rozmowa o pomocy rozwojowej też miałaby o wiele więcej sensu, gdyby nie bariery stworzone przez Zachód w rolnictwie.

Co w praktyce należałoby jeszcze zmienić w działaniu instytucji międzynarodowych?

Konieczne reformy wydają się oczywiste. Po pierwsze realna konkurencja z całego świata, jeśli chodzi o obsadę MFW i Banku Światowego. Unia Europejska powinna mieć jedno wspólne miejsce w MFW, który de facto staje się coraz mniej światowy, gdyż niemal 90 proc. środków wydaje dziś na członków UE. W Radzie Bezpieczeństwa ONZ Unia też powinna występować jako pojedynczy aktor. USA powinny zrezygnować z prawa weta w MFW, które posiadają jako jedyne. Należy także przemyśleć agendę tych instytucji, bo często nie zajmują się realnymi problemami.

Do ostatniego kryzysu bardzo przyczyniły się nierównowagi makroekonomiczne. Już Keynes w 1944 r. postulował, aby ten problem znalazł się w mandacie MFW, ale go nie słuchano. Poza tym dzisiaj mówi się nawet o „zimnych wojnach walutowych”. Potrzebny jest też arbitraż w światowych finansach, na wzór tego, który już funkcjonuje w handlu. Kolejna sprawa to konieczność zaakceptowania faktu, że regionalizacja jest nieunikniona i nie należy jej przeciwstawiać globalizacji. Instytucje globalne muszą nauczyć się żyć z regionalnymi i znaleźć sposób, aby nie były one budowane jako projekty konkurencyjne wobec rozwiązań światowych.

Nie bójmy się np. większej regionalizacji porozumień handlowych na świecie, tylko na pewnym etapie spróbujmy je skonsolidować w jedno porozumienie globalne dzięki WTO. Regionalizmy to przecież też konkurencyjna liberalizacja światowego handlu, tylko w węższych gronach.

Mam wrażenie, że moment, w którym teraz jesteśmy, nie sprzyja reformom. Świat paraliżuje atmosfera narastających konfliktów militarnych. Każdy myśli raczej o sobie, czy nie?

Rzeczywiście politycznej woli przeprowadzenia globalnych reform obecnie nie ma. Niektórzy wieszczą wręcz koniec globalnego multilateralizmu. Zadajmy sobie jednak pytanie, czy z punktu widzenia polityków czas kiedykolwiek sprzyja takim reformom? Może po dużych kryzysach, ale dzisiaj, choć mamy permanentne kryzysy – a to Rosja, a to fundamentaliści islamscy – nic takiego się nie dzieje. Ja natomiast sądzę, że obecny moment byłby idealny do przeprowadzenia reform na dużą skalę. Ekonomicznie i politycznie byłoby uzasadnione utworzenie wspólnych europejskich sił zbrojnych z międzynarodowym budżetem, zamiast utrzymywać 28 różnych armii. Wszyscy boją się jednak zrezygnować z tej części suwerenności.

To wizja z rozmachem, ale przy tym poziomie partykularyzmów, jaki mamy w UE, to tylko pobożne życzenia. Zresztą podział w Unia ujawnił już kryzys w strefie euro.

Nie zgadzam się. To był akurat dobrze zdany test solidarności. To, co dostały od UE zadłużone kraje południa Europy, dwukrotnie przewyższa zsumowaną wartość Planu Marshalla i reparacji, jakie Niemcy miały wypłacić po I wojnie światowej. Wszystko liczone oczywiście w cenach z 2010 r. To nie jest dowód na solidarność?

Ta pomoc faktycznie powędrowała do niemieckich i francuskich banków. Państwa południowej Europy tych pieniędzy nawet nie zobaczyły. Czy to nie potwierdza mojej tezy?

Gdyby nie ta pomoc, to cały system by się zawalił. Alternatywą było wyproszenie Grecji czy Portugalii z eurolandu. Łatwo oskarżać Niemcy, że za późno i za mało, ale który przywódca jakiegokolwiek kraju podjąłby takie decyzje ot tak? To są ogromne sumy!

Ustaliliśmy, że Zachód traci światowe przywództwo. Kto więc je obejmie w przyszłości? Wszyscy spodziewają się tutaj aktywnej roli Chin.

Nie oczekiwałbym tego. Moim zdaniem będziemy mieć do czynienia z sytuacją od dawna niespotykaną – brakiem światowego lidera, swoistym bezkrólewiem, gdy świat będzie ziemią niczyją.

Chiny nie garną się do roli światowego lidera?

Nie. Ich przywódcy wychodzą z założenia, że wystarczająco przyczynią się do rozwiązania globalnych problemów, jeśli zajmą się tylko swoimi, a Chiny utrzymają stabilny wzrost. Dotyczy to kwestii gospodarczych, bezpieczeństwa czy ochrony środowiska. Nie mają oni aspiracji do narzucania innym swoich rozwiązań. Mają zresztą masę własnych problemów, są skonfliktowane z niemal wszystkimi sąsiadami. Chcą od świata wyłącznie uznania, że ich rozwiązania są równoprawne z innymi. Mój znajomy chiński historyk bardzo się oburza, kiedy mówię, że Chiny są wschodzącą potęgą. Twierdzi, że po prostu wracają na swoje miejsce, które zajmowały do II połowy XIX w. Z tego punktu widzenia to Zachód na jakiś czas stał się potęgą wschodzącą, ale dziś to się po prostu kończy.

Chiński politolodzy tworzą też swój język. Używają np. pojęcia „deliberatywnej autokracji”. Cóż to takiego? W Europie czy w USA deliberatywna z definicji może być demokracja. Do opisu Chin nawet dychotomia socjalizm-kapitalizm w ogóle nie ma zastosowania, bo do którego z nic przypisać w połowie prywatne, a w połowie państwowe chińskie „niezależne” fundusze zarządzające ogromnym majątkiem i inwestujące je na całym świecie?

Da się odwrócić światowe trendy? Może odbudowa potęgi gospodarczej Zachodu, która przecież determinuje jego potęgę polityczną, powinna się zacząć od przejęcia tej trzeciej, azjatyckiej drogi rozwoju ekonomicznego?

Jakiej trzeciej drogi? Wiem, że popularne jest teraz mówienie o jakiejś trzeciej drodze, którą wypracowały państwa Azji, ale to twierdzenie się nie broni. Każde z tych państw ma inny model. To, że kryzys finansowy zachwiał nimi tylko nieznacznie, wynika głównie z faktu, że ich finanse nie były zliberalizowane po upadku systemu z Bretton Woods, czyli od lat 70. Poza tym Chiny rozwijają się szybko, ale wkrótce napotkają te same bariery, na które natknęły się demokracje Zachodu. Wystarczy poczekać, aż ich klasa średnia będzie wystarczająco liczna i zacznie się domagać lepszej opieki socjalnej, wolności słowa, wolności politycznej, wyznania…

Obecne Chiny nie zapewniają tego swoim obywatelom, więc łatwo im się tym kosztem rozwijać, ale przywódca Chin już wydał wojnę gigantycznej korupcji. Tyle że ją najlepiej zwalczać za pomocą zasad przejrzystości, wzajemnej równowagi i kontroli ze strony różnych aktorów systemu instytucjonalnego, a to akurat demokracje mają opanowane o wiele lepiej. Aż chce się przypomnieć, co się stało, gdy Michaił Gorbaczow ogłosił głasnost… Co jeszcze ważniejsze, gdy ktoś używa argumentu kulturowego, by udowodnić, że w Chinach demokracja się nie zdarzy ze względu na tradycję, historię itd., to ja daję przykład Tajwanu. To dowód na to, że Chińczycy mogą mieć demokrację.

Co ma zrobić Polska? Jak się odnaleźć w tej sytuacji? Czekać na ratunek z zewnątrz?

Myślę, że problemy Polski są już bardzo dobrze opisane. Mamy niski poziom innowacji i zaufania społecznego, a to grozi wpadnięciem w pułapkę średniego dochodu. Przykłady Finlandii i Japonii pokazują, że kraje, które bardzo szybko się rozwijają, mogą równie szybko i niespodziewanie wpaść w stagnację. Wystarczy nie przeprowadzać reform strukturalnych, żyć z dnia na dzień albo od wyborów do wyborów. W gospodarce nie ma cudów. Europa wydaje na sprawy socjalne około połowy tego, co wydaje cały świat. To obciąża unijne gospodarki.

Polską także. U nas tzw. wydatki związane, bardzo trudne do zmienienia, to aż 70 proc. budżetu. Mamy więc małe pole manewru, a pieniądze z Unii Europejskiej niedługo się skończą. Wydaje mi się, że Polska powinna wyciągnąć wnioski z błędów, które popełniły inne państwa Europy i zdecydowanie żwawiej przystąpić do reform. Dotychczasową filozofię spokojnego przechodzenia przez światowy kryzys i punktowych reform można różnie oceniać, ale teraz na pewno potrzeba przyśpieszenia.

Rozmawiał: Sebastian Stodolak

Dr Bartłomiej Nowak – politolog i ekonomista, stypendysta waszyngtońskiej Transatlantic Academy oraz szef katedry stosunków międzynarodowych na Uczelni Vistula. W latach 2004–2009 był szefem gabinetu posła do Parlamentu Europejskiego Janusza Onyszkiewicza, gdy ten pełnił funkcję wiceprzewodniczącego PE.

OF


Tagi


Artykuły powiązane