Autor: Jan Cipiur

Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii

Globalizacja, Unia Europejska, Polska

Po kilkuset latach przewodnictwa w świecie Europa straciła prymat. Najpierw w gospodarce i nauce na rzecz USA, teraz ustępuje też Chinom. Jednak ciągle nadaje ton w tzw. wysokiej kulturze oraz w zacięciu socjalnym i biurokratycznym. Odnosi się ponadto wrażenie, że teraz najbardziej lubi perorować.
Globalizacja, Unia Europejska, Polska

(©Envato)

Mimo że następują zazwyczaj powoli i w miarę dostojnie, zmiany hierarchii są naturalne. Wobec wielkiego pobudzenia ekonomicznego w Azji, ostateczne zejście Europy na najniższy stopień podium jest raczej nie do uniknięcia. Inny obrót sprawy byłby wielką niespodzianką. Mogłaby się taka przydarzyć, lecz wymagałoby to spełnienia warunków raczej niespełnialnych.

Garstka ludzi, która się nad tym zastanawia, zgadza się z grubsza, że dalszy rozwój świata uzależniony jest od przebiegu kilku procesów. W świetle wielkiego kryzysu klimatyczno-środowiskowego i nawrotu groźby wybuchu III wojny, najistotniejsze są losy globalizacji. Otwarcie świata przyniosło wielkie przyspieszenie gospodarcze i bardziej niż znaczące zmniejszenie nierówności, a mniejsze nierówności to mniejsze pola konfliktów.

Co nagle to po diable

Dzisiaj widać jednak, że globalizacja postępowała zbyt szybko. Do końca 2022 r. łączny napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Chin, liczony od chwili ich otwarcia na świat, wyniósł niemal 3,5 bln (3 500 mld) dolarów. Świetnie dla Chin, gorzej dla nagle zachwianej równowagi sił w gospodarce światowej. Przykrych tego skutków doczekaliśmy się po kilkunastu latach. W czasie pandemii koronawirusa zbyt ochoczy i wielki transfer produkcji materialnej z Zachodu do Państwa Środka ujawnił ryzyko zaopatrzeniowe i polityczno-militarne. Jednocześnie, wielka migracja produkcji do Chin przyspieszyła powstanie nowego wielkiego mocarstwa rządzonego, już nie przez komunistów-troglodytów typu sowieckiego, a znacznie groźniejszych chińskich „komunistów-pragmatyków” z przygotowaniem intelektualnym do walki o hegemonię w świecie.

Zobacz również:
https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/trendy-gospodarcze/miedzy-deglobalizacja-a-spowolniona-globalizacja-jak-wyglada-sytuacja-w-europie/

W niepartykularnym ujęciu argumenty za globalizacją jednak przeważają. W reakcji na niebezpieczeństwa doraźne, jakie niesie ze sobą ten proces, wystarczyłoby zdjąć nogę z gazu, jednak Zachód naciska na hamulce. Sprzyja temu bojaźliwe nastawienie społeczeństw niechętnych naruszaniu status quo. W efekcie, mocno zaznaczają się dziś w świecie procesy przywołujące na myśl restaurację (przywrócenie) dawnych dynastii, czy kontrreformację. Gdyby zniechęcenie wobec globalizacji nabrało charakteru długotrwałego i wystarczająco powszechnego, utracilibyśmy jako świat szanse na zwycięskie stawianie czoła nadciągającym kataklizmom środowiskowo-klimatycznym oraz ryzyku nowej wielkiej wojny.

Argumenty za globalizacją

Związki klimatu z globalizacją są jednoznaczne. Gazy cieplarniane i inne trucizny wytwarzane przez ludzi nie zatrzymują się na granicach państwowych, więc bez jak najszerszej współpracy całego świata będzie ze środowiskiem i klimatem coraz szybciej coraz gorzej. Za skalkulowanym wspomaganiem procesów globalizacji przemawia też konieczność systematycznego usuwania mnóstwa źródeł konfliktów lokalnych i regionalnych, już nabierających lub mogących nabrać charakteru wszechświatowego. Brak współdziałania w skali globalnej może wreszcie wywołać nowe, wielkie „wędrówki ludów” wymuszone brakiem żywności, wody lub jakichkolwiek szans poprawy nędznej egzystencji co najmniej paru miliardów ludzi.

Ponowne uwijanie przez państwa kokonów suwerenności nie daje w obecnych i nadchodzących okolicznościach żadnej istotnej ochrony, więc jest działaniem bez szans na dobre skutki. Wiemy od stuleci, że warunkiem koniecznym (choć niewystarczającym) urzeczywistniania dążeń do zamożności jest rozwój handlu przechodzący w globalizację relacji między państwami na zasadzie „wszyscy ze wszystkimi”. Dotyczy to zwłaszcza małych państw o relatywnie niewielkich rynkach krajowych, a tych jest najwięcej. Jednym z nich jest Polska.

Zobacz również:
https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/trendy-gospodarcze/nowe-oblicze-globalizacji/

Globalizacja jest, wszakże w kryzysie. Jest to po części kryzys tak naturalny, jak cykl koniunkturalny. Podobnego internacjonalizacja świata doświadczyła wraz z wybuchem w 1914 r. Wielkiej Wojny. Po zakończeniu krwawej jatki, mimo prób w formie Ligi Narodów, państwa Europy i USA wolały trzymać się od siebie na dystans. Brak współdziałania przyniósł jednak po dwóch dekadach skutek jeszcze bardziej tragiczny. Kolejna wojna była bardziej światowa niż pierwsza z lat 1914-1918 i jeszcze bardziej straszna. Nauki z wojen zostały pobrane, ale człowiek jest nieprzewidywalny i stale niestabilny, więc co jakiś czas miraże rzekomych korzyści z odcięcia się od reszty państw przesłaniają prawdziwy obraz. Tak jest dzisiaj.

Tworzą się substytuty

Wobec niesprzyjających okoliczności dla kontynuacji globalizacji sensu largo zarysowały się wyraźne kontury jej substytutu w postaci regionalizacji (kontynentalizacji). Zastygają właśnie bloki produkcyjno-handlowe połączone wspólnym lub zbliżonym interesem polityczno-militarnym. Trzy już się wyłoniły lub niedługo wyłonią się w pełnym kształcie. Pierwszy to USA z Kanadą i Meksykiem oraz krążącą wokół nich – na bliższej lub dalszej orbicie – Ameryką Łacińską. Drugi to Chiny z Rosją wasalizowaną przez Pekin oraz satelitami Kremla. Trzeci tworzy Europa z wiodącą rolą Unii.

Japonia, Korea Płd., Australia, Wielka Brytania i Brazylia uregulują swe relacje z tymi trzema, pozostając przy tym mniej lub bardziej samodzielne, lub dołączą do któregoś z tych bloków. Możliwe jest też powstanie czwartego bloku utworzonego przez państwa Azji Płd.-Wsch. na czele z Indonezją lub Wietnamem. Niewykluczone jednak, że skonsolidowania tego czwartego podejmą się Indie.

Biała plama to Afryka – źródło ogromnych problemów dla świata. Afryka to wielkie skupisko biedaków i nędzarzy, a jednocześnie największa porodówka świata. Ludzie biedni mają więcej dzieci więc liczba mieszkańców tego kontynentu sięgnęła 1,5 miliarda osób i jest czterokrotnie wyższa niż ledwo pół wieku temu. Bieda to jedno, Afryka to także krew przelewana w rozlicznych konfliktach zbrojnych oraz niedola zadawana setkom milionów przez samozwańczych dyktatorów. Nikt nie ma pomysłu co począć z tym buzującym kotłem i wielkim rezerwuarem uciekinierów szukających lepszego życia gdziekolwiek indziej, ale najlepiej w Europie. Rozwiązanie jest tym trudniejsze do wypracowania, że nikt nie chce patronizować lub ubezwłasnowalniać państw Afryki. Pewne jest tylko jedno, że żadne państwo w pojedynkę lub ich mała grupa nie da sobie rady z tym problemem. „Szara strefa”, na której „wybielenie” też nikt nie ma pomysłu to Bliski Wschód z państwami arabskimi, Izraelem, Iranem i przyległościami.

Globalizacja byłaby lepsza od regionalizacji/kontynentalizacji, bowiem problemy świata są globalne, ale pełnoskalowa jest dziś mirażem. Regionalizacja to erzatz, czyli podróbka-niedoróbka, więc podział świata na bloki ma swoje bardzo słabe strony. Najpoważniejsza to nieunikniona rywalizacja bloków o prymat i narzucanie swojej woli w połączeniu z przerzucaniem się odpowiedzialnością za narastające problemy globalne. Rywalizacja to widmo konfliktów siłowych. Takie widmo – chciał, nie chciał – wymusza zacieśnianie współdziałania w ramach bloków. Jeśli jakiś blok nie ma zdecydowanego lidera i wręcz hegemona takiego jak USA i Chiny, staje przed potrzebą coraz silniejszej integracji politycznej, bowiem nieustanne ucieranie stanowisk i decyzji daje skutki równie dobre jak dzielenie włosa na czworo. Teraz dotyczy to Europy, kiedyś stanie być może przed tym problemem Azja Południowowschodnia.

Wyzwania stojące przed Unią Europejską

Występujące samodzielnie, żadne państwo europejskie nie będzie miało szans na wystarczająco mocne zaznaczenie swego interesu i głosu w globalnych sprawach świata. Dotyczy to także Niemiec i Francji, a tym bardziej Polski będącej w fatalnym położeniu geopolitycznym. Związanie się Warszawy z Waszyngtonem ponad resztą własnego kontynentu to ułuda i tzw. wishful thinking, czyli mędrkowanie życzeniowe. Jesteśmy dla Stanów przydatnym, lecz raczej okazjonalnym sprzymierzeńcem i to wyłącznie jako silny kraj z jak najsilniejszą pozycją w Unii Europejskiej. Z kolei dla państw członkowskich i Unii Europejskiej jako takiej, jedyna droga powodzenia w świecie podzielonym na bloki to ściślejsza współpraca w ramach UE. Federalizacja to jednak kwestia na pojutrze, ponieważ ani „dziś”, ani „jutro” nie wchodzi w rachubę z powodu niechęci do niej wyrażanej przez większość mieszkańców państw członkowskich. Do czegoś takiego trzeba dobrze dojrzeć, czego dowodem jest np. krwawa wojna secesyjna w Stanach Zjednoczonych.

Pod względem wielkości łącznego produktu brutto Unia Europejska już ustąpiła Chinom. Sumaryczny unijny PKB wyniósł 2022 r. 16,6 bilionów (16 600 mld) dolarów, a Chin niemal 18 bilionów dolarów. Wprawdzie liczy się także struktura PKB, znacznie korzystniejsza w Europie, ale dogonić Chin już nie zdołamy. Lepszy program dla Unii to rozwój jakościowy wypierający wzrost ilościowy, czyli w skrócie: bardzo wysokie marże za super towary i usługi zamiast groszy na sztuce za masową produkcję powtarzalną.

Zobacz również:
https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/trendy-gospodarcze/jak-dzis-pracujemy-zmiany-na-rynku-pracy/

Zła demografia to nie tak znowu wielki problem

W Europie i w Polsce powtarzana jest co rusz fraza o katastrofie demograficznej polegającej na statystycznym starzeniu się ludności, co grozić ma brakiem rąk do pracy i zdemolować systemy emerytalne zbudowane na planie typowych piramid finansowych. W tym ujęciu „katastrofa” demograficzna to mit. Rozwinięte cywilizacje mają wielkie zdolności adaptacyjne, dziś tym większe, im coraz szybszy postęp technologiczny. W krótkim okresie ta „katastrofa” przynosi ulgę w postaci zanikania problemu bezrobocia, pozwalając na przesuwanie zasobów i rozwiązywanie innych, zaniedbanych dotychczas problemów.

Rzeczywista katastrofa demograficzna to obecna liczba ludności świata, w większości ubogiej i biednej (patrz: m.in. Afryka). Świat zamieszkują dziś nie trzy miliardy, jak zaledwie pół wieku temu, a osiem miliardów ludzi, zaś jeśli tłum nienajedzony, w dużej części wręcz głodny i coraz większy, tym łatwiej go rozpalić, nawet byle czym. Z perspektywy ogólnoświatowej zaspokojenie niezaspokojonych potrzeb miliardów ludzi wiąże się z wielkim wzrostem zapotrzebowania na energię, która ma być „czysta” i relatywnie jak najtańsza. W tym dziele najlepiej służyłaby światu bezkonfliktowa globalizacja. Jednak taki kierunek rozwoju świata to na obecnym etapie marzenie ściętej głowy. Jeśli zatem nie jesteśmy w stanie zmienić świata, to nie tracąc z pola widzenia problemów globalnych i podejmując nieustannie wysiłki w celu ich łagodzenia, skupić się trzeba na swoim podwórku. Nasze podwórko to Europa i Unia.

Powtarza się stale, że Europa dostała dokuczliwej zadyszki. A może to złudzenie? Wstrzemięźliwy w opiniach tygodnik „The Economist” wydobył ze statystyk dane wskazujące, że wrażenie słabości Europy może być błędna. Wprawdzie 10 lat temu w ujęciu dolarowym gospodarka całej Unii Europejskiej stanowiła jeszcze 90 proc. wielkości gospodarki USA, a dziś proporcja ta spadła do 65 proc., zaś liczba ludności UE wzrosła od 2012 r. o 1,6 proc., gdy w Stanach o 6,1 proc., to w dalszym ciągu PKB per capita jest w wielu rozwiniętych krajach Unii wyższy i rósł szybciej niż w pierwszej gospodarce świata. Wgląd w najczęściej rozpatrywane dane nt. PKB i produktu na jednego mieszkańca w cenach nominalnych tego nie ujawnia. Obraz zakłócają duże różnice cen wewnętrznych, zwłaszcza usług i dóbr niepodlegających obrotom międzynarodowym (mieszkania i domy, posiłki restauracyjne, doradztwo prawne…). Swoje dokładają kursy walutowe krzywiące rzeczywistość, a także struktura zatrudnienia (murarz wytwarza znacznie mniej PKB niż robotnik wykwalifikowany w fabryce skomplikowanych maszyn).

Trzeba zatem wejść na wyższe poziomy porównań. W przypadku wielkich zbiorów danych najskuteczniejsze jest oszacowanie PKB w cenach porównywalnych (PPP), tj. z uwzględnieniem rzeczywistej siły nabywczej, a następnie przeliczenie wyniku na jedną roboczogodzinę przepracowaną statystycznie w poszczególnych krajach. W tym ujęciu na pierwszym miejscu wśród państw zamożnych jest Norwegia – 150 dol. PKB na godzinę wykonanej pracy, a na drugim Luksemburg – 120 dol./godz. Jednak oba te państwa to przypadki szczególne. Norwegia z uwagi na dominację sektora ropy i gazu w strukturze PKB, Luksemburg ze względu na niesłychanie rozdęty i równocześnie niezwykle lukratywny sektor bankowo-finansowy. Relatywnie „młode” Stany Zjednoczone zajmują w tym zestawieniu 8. miejsce z kwotą 90 dol./godz. Przed nimi jest trzecia Dania (101 dol.), a po niej jeszcze Belgia, Szwajcaria, Austria i Szwecja. Polska znalazła się w tym rankingu w końcu trzeciej dziesiątki (53 dol.) przed (sic) m.in. Japonią (52 dol.) i Koreą Płd. (49 dol.) oraz ostatnią Grecją (41 dol.).

Zobacz również:
https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/trendy-gospodarcze/1555972-2/

Dla porządku trzeba dodać, że powyższe dane nie są w pełni miarodajne, bowiem z powodów metodologicznych nie uwzględniają poziomu jakości dóbr i usług składających się na produkty krajowe brutto. Nie sposób też ustalić jaka dokładnie część „dniówki” spędzana jest „na pracy”, a jaka tylko „w pracy”. Przykładem, że wielka formalna „pracowitość” może iść w sporej mierze na marne, są Japonia i Korea, gdzie niemal niedopuszczalne jest opuszczenie stanowiska pracy przed szefem, który na ewentualny telefon od prezesa potrafi czekać do nocy. Dane mi było obserwować coś takiego przez kilka lat na własne oczy.

Najbliższa prawdy jest chyba ocena, że zadyszkę Europy słychać z bliska, czyli w tzw. krótkim okresie, a w długim czasie wszelkie procesy rozwojowe toczą się naprzód, mimo że niekiedy bardzo trudno je dostrzec nieuzbrojonym okiem.

Za wcześnie na Federację Europejską

W Unii Europejskiej rosną namiętności wokół modelu integracji. Spór intelektualny i konflikt polityczny toczą się wokół alternatywy: Europa ojczyzn, czy federalizacja. Jak już zaznaczyłem, spór jest bezprzedmiotowy i rozdmuchiwany na potrzeby polaryzacji społeczeństw dobrze służącej walkom o władzę. Perspektywy federalizacji są dziś żadne, ponieważ w żadnym państwie członkowskim nie ma i nie będzie w dającej się przewidzieć przyszłości przyzwolenia na tak zaawansowaną formę integracji. Czas na Federację Europejską zacznie nadchodzić wraz z postępem w zacieraniu różnic dochodowych i rozwojowych między zachodem, a wschodem i południem Unii.

Wobec tego obecnym zadaniem UE powinno stać się ograniczenie celów i zadań, a dzięki skupieniu czasu, energii i środków na kwestiach najważniejszych i najpilniejszych – wielka poprawa skuteczności działań UE w jej teraźniejszym, niedoskonałym kształcie. Są setki, a nawet tysiące przykładów inicjatyw i działań niepotrzebnych, szkodliwych, niszczących konkurencję będącą warunkiem podnoszenia produktywności i efektywności, a więc działających na szkodę ogółu mieszkańców Unii. Pierwszy z brzegu to drobiazgowe regulowanie pracy i wynagradzania kierowców w transporcie międzynarodowym.

Zobacz również:
https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/rynki-finansowe/bankowosc/ostroznie-z-euro-2/

Nie jest celem tego przeglądu definiowanie zadań dla Unii, ale jeśli w sprawie klimatu oraz środowiska powiedzieliśmy w Europie A i B, to pora na kolejne litery alfabetu. Dziś każde państwo członkowskie skrobie swoją własną rzepkę, chociaż widać wyraźnie, że dzięki postępowi i gwałtownemu spadkowi cen energii ze słońca i wiatru byłby dziś czas na budowę unijnych siłowni na północy (wiatr) i południu (słońce) oraz tam, gdzie jest na to zgoda – elektrowni atomowych. Inwestycje (także na infrastrukturę przesyłową) finansowane byłyby ze wspólnych środków budżetowych, a zbudowane na tej zasadzie elektrownie dystrybuowałyby energię według jakiegoś algorytmu we wszystkich państwach członkowskich. Ograniczanie zużycia paliw kopalnych byłoby szybsze i byłaby to znakomita alternatywa dla jałowych dziś debat w sprawie federalizacji.

Inny przykład z tej samej dziedziny. Po latach niespełnianych obietnic rozpoczął się już na dobre proces elektryfikacji motoryzacji, który przybiera jednak wymiar karykaturalny. Wielką część oferty stanowią dziś duże i jeszcze większe „elektryki”, podczas gdy ulice wielkich miast są coraz mniej przejezdne, a mało pojemne baterie nie dają poczucia pewności dojazdu na miejsce. W USA aż 60 proc. wszystkich jazd samochodami odbywa się na odcinkach nie dłuższych niż 10 km. W tych warunkach aż prosi się o restrykcyjne podejście do rejestrowania elektrycznych kolosów i jednocześnie o jak najsilniejsze zachęty eksploatacyjne i zakupowe dla elektrycznych liliputów na podobieństwo „smartów” do poruszania się po miastach i na trasach wieś-gmina/powiat. Tam, gdzie jest znacznie cieplej niż np. w Polsce i Skandynawii należałoby promować elektryczne skutery, mopedy, rowery.

Zobacz również:
https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/trendy-gospodarcze/gospodarka-federalnej-europy/

Byłoby oczywistą naiwnością, że w ramach UE zdołamy uniknąć nieuchronnych różnic zdań w niemal każdej sprawie. Podejmowanie decyzji wymaga ciągłego usprawniania, ale co stoi na przeszkodzie, żeby zamiast brania się za bary z niemożliwym i dziś jeszcze nierozsądnym pomysłem federalizacji już teraz stosować sprawdzoną, skuteczną i mniej konfliktową metodę „krok po kroku”.

Szybka zmiana UE w federację byłaby możliwa jedynie w sytuacji postkatastroficznej, czego sobie nie życzymy. Więc jeszcze raz: drastyczna zmiana modelu i zasad jest dziś niemożliwa, co nie wyklucza, że stanie się możliwa za dekadę lub jeszcze później. Teraz konieczne zmiany (np. procesów podejmowania decyzji) muszą i będą ewolucyjne.

Unia ma przyszłość i poradzi sobie w świecie. Powinna być jednak skuteczniejsza, silniejsza, bardziej zwarta, skupiona na priorytetach. Przekonywanie do realizacji takich celów to dobre zadanie dla Polski, bowiem wobec naszego bezpośredniego sąsiedztwa ze zbójecką Rosją i doświadczeń z przeszłości to nasz podstawowy interes, nieodczuwany tak jednoznacznie w Niemczech, we Francji, Hiszpanii, Włoszech, czy w Grecji i na Cyprze.

(©Envato)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Ustawa o redukcji inflacji w USA: jak może wpłynąć na Unię Europejską i jak Unia powinna zareagować

Kategoria: Trendy gospodarcze
Ustawa o redukcji inflacji (IRA), uchwalona w USA w celu propagowania produkcji czystej energii i jej upowszechniania, weszła w życie na początku 2023 r. Artykuł ocenia wpływ tej ustawy na UE; główny płynący z niego wniosek to niewielki wpływ ustawy, a także jej ograniczone ogólne skutki makroekonomiczne, zwłaszcza dla UE. Unia powinna przemyśleć zasady polityki przemysłowej oraz – biorąc pod uwagę znaczną różnicę cen energii w stosunku do USA – skoncentrować się na obniżeniu kosztów energii w Europie.
Ustawa o redukcji inflacji w USA: jak może wpłynąć na Unię Europejską i jak Unia powinna zareagować

Pocovidowe przesilenie w cieniu wojny – konsekwencje dla globalizacji

Kategoria: Trendy gospodarcze
Pandemia i wojna w Ukrainie uwidoczniły ograniczenia w zakresie obecnego modelu współpracy międzynarodowej. Autorzy twierdzą, że koncepcja racjonalnej, empatycznej i inkluzywnej globalizacji jest możliwa i wykonalna.
Pocovidowe przesilenie w cieniu wojny – konsekwencje dla globalizacji

Między deglobalizacją a spowolnioną globalizacją: jak wygląda sytuacja w Europie

Kategoria: Trendy gospodarcze
W przypadku Europy rola globalnego handlu jest bardzo ważna dla setek tysięcy firm i milionów miejsc pracy, które istnieją dzięki światowym przepływom handlowym. Mamy wyraźne sygnały, że globalizacja w Europie nadal wykazuje tendencję wzrostową i możemy mieć tylko nadzieję, że dotychczasowe wskaźniki globalizacji są dobrą wskazówką na przyszłość.
Między deglobalizacją a spowolnioną globalizacją: jak wygląda sytuacja w Europie