W sprawie wejścia do strefy euro argumenty za i przeciw wciąż się równoważą

22.09.2014
Debata o sensie przyjęcia euro przez Polskę jest trudna, bo i zwolennicy, i sceptycy mają mocne argumenty. Z jednej strony korzyści polityczne, wyeliminowanie ryzyka walutowego i niższe koszty kredytów dla firm. Z drugiej ryzyko baniek spekulacyjnych i presja na wzrost płac, która może pogorszyć opierającą się głównie na niskich pensjach polską konkurencyjność.

Z punktu widzenia przedsiębiorstw wyzwaniem będzie presja na wzrost płac - podkreśla prof. Małgorzata Zaleska, członek zarządu NBP. (w środku)


– Taką strategię ostatnio wymyśliliśmy na euro „get ready and see” nie „wait and see”, czyli bądź gotowy i czekaj na właściwy moment. Właściwy pod względem osiągnięcia stabilności i normalności w strefie euro z jednej strony, a z drugiej pewnej dojrzałości politycznej w Polsce – mówił Ludwik Kotecki, główny ekonomista Ministerstwa Finansów podczas konferencji „Persepektywy i wyzwania integracji europejskiej” zorganizowanej przez NBP i Wydział Nauk Ekonomicznych UW.

Choć w tytule debaty znalazła się integracja europejska uczestnicy zgodnie stwierdzili, że trudno teraz mówić o poszerzeniu Unii Europejskiej. Skupili się na ewentualnym poszerzeniu strefy euro o Polskę. Wymaga to odpowiedzi na dwa powiązane pytania: jak wyglądałaby polska gospodarka po przyjęciu wspólnej waluty i jak sama strefa euro będzie wyglądać za kilka lat.

– Każdy rok opóźnienia oznacza, że tracimy korzyści od 1,5 do 2 proc. PKB – mówił prof. Dariusz Rosati, poseł do Parlamentu Europejskiego, odnosząc się do pierwszego wątku. Jego zdaniem powinniśmy odwrócić logikę: „musimy być konkurencyjni żeby przystąpić do euro” na „przystąpmy do euro aby być konkurencyjni”.

– Sprawy związane z ryzkiem walutowym są dla przedsiębiorców olbrzymim ryzykiem. Ono paraliżuje podejmowanie wielu decyzji – zgadzał się Zbigniew Włodarczyk, dyrektor finansowy Solaris Bus & Coach.

Prof. Andrzej Wojtyna z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie dodawał, że Polska, aby się reformować, potrzebuje presji zewnętrznej i konkretnej daty przystąpienia

– Daty jak najwcześniejszej skoro wciąż pod kontrolą mamy koszty pracy.

– Rozumiem, że zwolennicy euro uwypuklają korzyści z przyjęcia wspólnej waluty, ale musimy pamiętać też o kosztach. Jeżeli dziś weszlibyśmy do euro istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że narosną bąble spekulacyjne, co wywoła kryzys. Z punktu widzenia przedsiębiorstw wyzwaniem będzie presja na wzrost płac – wymieniała prof. Małgorzata Zaleska, członek zarządu NBP.

– Koszty pracy mamy pod kontrolą dlatego, że wynagrodzenia rosną wolno. Gdy ten trend się zmieni spadnie też konkurencyjność Polski, która dziś opiera się niestety głównie na bardzo powolnym wzroście kosztów pracy – dodawała Halina Wasilewska -Trenkner, doradca prezesa NBP.

Ważniejsze od ekonomicznych mogą okazać się argumenty polityczne związane z konsekwencjami przebudowy strefy euro, która coraz bardziej będzie odstawać od reszty Unii Europejskiej.

– Unię Europejską można porównać do komety, której głowa to strefa euro. Ta głowa rośnie i zaczyna odseparowywać się od warkocza, czyli państw, które wspólnej waluty nie przyjęły. Dla Polski decyzja jest trudna bo polityczny ciąg ku głowie jest równoważony ekonomiczną kalkulacją pokazującą duże korzyści z tkwienia w warkoczu –  mówił Paweł Samecki, członek zarządu NBP.

Przyszłości strefy euro najwięcej czasu poświęcił prof. Dariusz Rosati. Zwrócił uwagę, że unia walutowa dość szybko poprawiła swoją konstrukcję w odpowiedzi na coś, co jego zdaniem jest tylko kryzysem zadłużenia kilku krajów. Sześciopak, dwupak i pakt fiskalny wzmogły dyscyplinę fiskalną, tworzona unia bankowa wzmoże dyscyplinę finansową, semestr europejski zapewnia ściślejszą koordynację polityki, a dysponujący siłą 500 mld euro Europejski Mechanizm Stabilizacyjny (ESM) jest mechanizmem antykryzysowym, którego strefie euro na początku brakowało.

Dalej tak łatwo nie będzie. Można sobie co prawda z wielkim trudem, wyobrazić odrębny budżet dla strefy euro i emisję euroobligacji, ale do unii walutowej takiej jak w Stanach Zjednoczonych wciąż będzie daleko. Handel wewnętrzny odpowiada przecież za 66 proc. PKB USA, w strefie euro jedynie za 17 proc. Synchronizacja cyklu koniunkturalnego w pierwszym przypadku to 0,78, w drugim tylko 0,51. Do tego dochodzi ogromna różnica w mobilności siły roboczej i elastyczności płac.

Także pod względem instytucjonalnym strefa euro odbiega od Stanów Zjednoczonych. Nie ma przede wszystkim unii politycznej, EBC nie jest pożyczkodawcą ostatniej szansy dla rządu, unia fiskalna praktycznie nie istnieje, a unia bankowa wciąż jest tworzona. I tylko ona z tej listy ma szansę powstać.

Do tego dochodzi „słoń w pokoju”, o którym się nie wspomina czyli ogromne zadłużenie. Tylko w przypadku gospodarstw domowych w strefie euro jest ono niższe niż w USA. W czwartym kwartale 2013 roku stanowiło 64 proc. PKB (w USA 77 proc.). Sektor finansowy był zadłużony na 128 proc. (USA 82 proc.), przedsiębiorstwa na 100 proc. (USA 80 proc.), a sektor rządowy i samorządowy na 108 proc. (USA 90 proc.).

Ten dług, szczególnie rządowy, w niektórych krajach utrudnia rzecz jasna stymulację fiskalną w warunkach ultra-luźnej polityki monetarnej. Jedynym wyjściem dla europejskiej unii monetarnej są zatem mozolne reformy strukturalne, które będą ją popychały w stronę Stanów Zjednoczonych Europy. Polska rozważając przystąpienie do tego klubu musi mieć tego świadomość.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test