Ambitny pomysł Junckera na inwestycje jest mało realny

27.11.2014
Dodatkowe 315 mld euro na inwestycje w UE w latach 2015-2017 obiecał Jean-Claude Juncker, przewodniczący Komisji Europejskiej,  w patetycznym wystąpieniu. Przy wielu wątpliwościach najbardziej newralgicznym punktem tego programu jest założenie, że 252 mld euro wyłożą prywatni inwestorzy.

Jean-Claude Juncker (CC BY European People's Party)


– Mam wizję dzieci w Tesalonikach, wchodzących do nowej klasy zapełnionej komputerami, mam wizję francuskich mieszkańców przedmieść, którzy mogą naładować swoje elektryczne samochody przy autostradzie w taki sposób w jaki dziś tankują benzynę – mówił Juncker i dodawał, że plan jest przełomowy i oferuje „nadzieję milionom Europejczyków rozczarowanych po latach stagnacji”.

Ta dawka patosu – duża nawet jak na standardy eurokratów – miała chyba przykryć przeciętność całego przedsięwzięcia.

Owszem, mowa o 315 mld euro w ciągu trzech lat, a więc tylko niewiele mniejszej kwocie niż 366 mld euro na politykę spójności w całym budżecie UE 2014-2020, ale to kwota tylko teoretyczna. Tak naprawdę Juncker wyłożył na stół 8 mld euro. 8 mld euro gotówki odpowiada 16 mld euro gwarancji, do tego 5 mld euro dokłada Europejski Bank Inwestycyjny. Razem to 21 mld euro, które stanowią kapitał Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych (EFSI) – nowej instytucji, która ma ową kwotę zlewarować nawet 15-krotnie. W efekcie z 16 mld euro z budżetu UE do dyspozycji ma być 240 mld euro na długoterminowe inwestycje, a z 5 mld euro EBI powstać ma nawet 75 mld euro do wykorzystania na projekty małych i średnich firm. Razem to 315 mld euro. Maksymalnie i w najlepszym wypadku. Europejski Bank Inwestycyjny ma finansować najbardziej ryzykowne projekty, a prywatni inwestorzy wyłożyć, bagatela, 252 mld euro.

Ta kwota miałaby zasypać „lukę w inwestycjach”, którą przez proste porównanie ze szczytem w 2007 roku – Komisja Europejska szacuje na 230 – 370 mld euro. Juncker tłumaczył jej przyczyny bardzo prosto: inwestorom brakuje pewności siebie, wiarygodności i zaufania. Wystarczy im dać listę projektów na papierze z flagą unijną i minimalnym finansowaniem z unijnego budżetu i zaczną inwestować na potęgę.

– Obawiam się, że to nie będzie takie proste. Mówimy przecież o projektach energetycznych, informatycznych, infrastrukturalnych, które pochłaniają dużo kapitału, mają długi okres zwrotu i niosą z sobą duże ryzyko. Jego zmniejszenie przez minimalny udział pieniędzy europejskich nie da zbyt wiele – mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. – Niemniej poczekajmy na konkretną listę projektów, którą przygotowują kraje członkowskie i zobaczymy jak się do niej odniosą przedsiębiorcy.

Jerzy Kwieciński, szef fundacji Europejskie Centrum Przedsiębiorczości, także uważa, że to mocno wątpliwy pomysł. Widzi w pomyśle co najmniej kilka wrażliwych pól.

– Ważne jest, czy to są “nowe” pieniądze, czy też środki, które i po stronie publicznej, i prywatnej miałyby dotąd zupełnie inne przeznaczenie, a teraz ich strumień zostanie przekierowany. Jeśli tak, to oznacza, że inne projekty dostaną mniej lub wcale. Widziałem już podobne konstrukcje w Unii – zwykle zabierały z innej szufladki. A czy pomysłodawcy zbadali rynek po stronie prywatnych partnerów? Bo 15-krotny lewar to bardzo wysokie oczekiwania- mówi Jerzy Kwieciński.

Fundusz Junckera do złudzenia przypomina fundusz zaproponowany 4 września przez polskiego ministra finansów Mateusza Szczurka (>>czytaj: Inwestycje dla przyszłości Europy), tyle, że znacznie zmniejszony. Juncker mówi o 315 mld euro odpowiadających 2 proc. unijnego PKB w ciągu trzech lat, minister Szczurek mówił o 700 mld euro, czyli 5,5 proc. unijnego PKB.

W zagrożonej deflacją Europie czym więcej wydatków na tego rodzaju fundusz, tym więcej potencjalnych korzyści. „Mnożniki inwestycyjne są szczególnie wysokie w czasie głębokich recesji. Dzieje się tak przede wszystkim podczas recesji bilansowych, gdy w sektorze prywatnym odbywa się proces delewarowania, a możliwości zmiany stóp procentowych są ograniczone przez wynoszącą zero dolną granicę przedziału, wskutek czego nie można zrównoważyć oszczędności i inwestycji” – argumentował polski minister finansów.

Można się tylko domyślać, że 700 mld euro było nie do zaakceptowania przez Niemcy. 315 mld euro proponowane przez Junckera zyskało zaś wstępną aprobatę kanclerz Angeli Merkel. Trzeba przyznać, że przewodniczący Komisji Europejskiej zrobił wiele, aby zgodę tego najważniejszego z państw członkowskich uzyskać. Stąd w Strasburgu słowa o tym, że wydatki publiczne odpowiadają blisko połowie unijnego PKB i powinny być przeznaczane na szkoły i zabezpieczenie społeczne, a nie na obsługę długu. „Ten plan nie jest bankomatem, a fundusz nie będzie bankiem” – przekonywał Juncker.

Wyliczał też, że nowy fundusz (jeśli zgodzą się na niego państwa członkowskie i Parlament Europejski) będzie tylko dodatkiem do około 630 mld euro z funduszy strukturalnych i inwestycyjnych w krajach członkowskich i poszczególnych regionach. Europejski Bank Inwestycyjny także dostarczy do 180 mld euro realnej gospodarce. Najważniejsze jest jednak co zrobią poszczególne państwa członkowskie.

Szczególnie aktywny udział Niemiec to dla inicjatywy Junckera być albo nie być. Gdyby rząd stojący na czele największej gospodarki w Europie zaczął wydawać więcej, to samo uczyniłyby niemieckie firmy. To zaś pomogłoby koniunkturze na całym kontynencie, w tym krajom takim jak Polska, w których wiele firm jest podwykonawcami firm niemieckich.
Niestety widzą to wszyscy z wyjątkiem Berlina, który na 2015 rok planuje osiągniecie po raz pierwszy od 40 lat zbilansowanego budżetu. Naprawdę ciężko to pogodzić z deklaracjami o poparciu dla planu Komisji Junckera.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test