Innowacyjne pogawędki nie pomagają innowacyjności

30.03.2020
Padliśmy ofiarą manii gadania o innowacyjności i zaniedbaliśmy inne istotne dziedziny gospodarki, np.  klasę „konserwatorów“: ludzi, dzięki którym świat się kręci, ale którzy nie wymyślają nowych produktów – przekonuje prof. Lee Vinsel, badacz innowacyjności z amerykańskiej politechniki Viriginia Tech.
King20181009_26 (5) (1)

Lee Vinsel (©Archiwum własne)

Lee Vinsel (©Archiwum własne)

ObserwatorFinansowy.pl: Wszystkie rządy chcą, by ich gospodarki były jak najbardziej innowacyjne. Innowacyjność to sposób na wzrost. Pan natomiast twierdzi, że świat popadł w niezdrową obsesję na punkcie innowacji. To wymaga wyjaśnienia.

Lee Vinsel: Zgadza się. Chciałbym jednak na początku wprowadzić rozróżnienie na to, co jest prawdziwą innowacją i na to, co na taką tylko pozuje, co wytwarza wokół siebie dużo szumu, taki nimb innowacyjności.

Ja krytykuję to drugie. Prawdziwe innowacje pojawiają się od zarania rewolucji przemysłowej i faktycznie przyczyniają się do wzrostu, ale tak dużo się o innowacjach mówi dopiero od około 50 lat.

Za dużo?

Cóż, wcale nie jest takie oczywiste, że nieustanne gadanie o innowacjach sprawia, że mamy ich więcej. Pewne jest natomiast, że innowacje są możliwe nawet, gdy się o nich wcale nie mówi. Gdy Thomas Edison, czy inni dawni wielcy wynalazcy opracowywali rewolucyjne technologie, nikt o innowacjach nie mówił, nikt do nich nie zachęcał.

Ale – żeby przesłanie było jasne – pan nie deprecjonuje znaczenia innowacji dla wzrostu gospodarczego?

Oczywiście, że nie.

Zatem są one motorem tego wzrostu?

Od lat 50 i 60 XX w. ekonomia szczegółowo opisuje ich znaczenie w tym aspekcie. Z jednej strony są dla niego bardzo ważne, z drugiej go nie wywołały, gdyż to kapitalizm jako system poprzedzał innowacje. Przyjrzyjmy się angielskiej wsi w XVIII w. Produktywność zaczęła tam rosnąć jeszcze na długo przed wynalezieniem silnika parowego. Odkrycie znaczenia innowacji dla gospodarki sprawiło, że rządy na całym świecie faktycznie uznały je za narzędzie realizacji swojego głównego celu, czyli wzrostu PKB. Moim zdaniem jednak próby stymulowania innowacyjności w gospodarce zazwyczaj nie działają. Innowacje są ważne dla rozwoju, ale nie są wszystkim.

Co konkretnie rządy robią nie tak, jak powinny?

Budują szklane domy, czyli te różnorakie centra, czy też parki innowacyjności i, licząc, że tam rozkwitnie, hojnie wspierają rozwój start-upów.

To naprawdę błąd?

Nie ma dowodów na to, że te działania przekładają się na większą innowacyjność. Co więcej, większość badań pokazuje, że prawdziwe innowacje współcześnie pojawiają się raczej w dużych firmach z tradycjami niż w tych dopiero raczkujących.

Ale to młode firmy rozwijają potencjalnie przełomowe technologie takie, jak blockchain.

Blockchain się nie broni

Blockchain to jedna z najbardziej przereklamowanych technologii, jakie powstały! Owszem, zmienia sposób archiwizowania i przetwarzania danych w bankach, ale pod względem wpływu na gospodarkę i społeczeństwo wciąż znacznie ustępuje wynalezieniu bankomatów. Jeśli natomiast chodzi o oparte na blockchainie kryptowaluty, to uważam, że jeśli zostałby ogłoszony konkurs na najbardziej bezużyteczny wynalazek, miałyby szansę na zwycięstwo. Są przydatne tylko, jeśli handlujesz narkotykami, albo pierzesz brudną forsę.

Jak na kogoś, kto wykłada teorię innowacji na uczelni wyższej, jest pan dość krytyczny. Czy są jakieś innowacje, które zyskały pańskie uznanie?

Oczywiście, że tak. Na przykład drony i samojezdne pojazdy mają ogromny potencjał do zrewolucjonizowania rynku dostaw, co ma niebanalne znaczenie dla polityki klimatycznej.

A smartfon nie jest przełomowym wynalazkiem?

Ostatnie dekady to raczej okres zastoju produktywności i spowolnienia wzrostu PKB.

Na pewno zmienił dużo w tym, jak wygląda nasza codzienność i zachowania społeczne, ale czy zwiększył naszą produktywność w istotnej mierze? Ostatnie dekady to globalnie raczej okres zastoju produktywności i spowolnienia wzrostu PKB. Możliwe jednak, że pozytywne skutki niektórych innowacji dopiero się ujawnią, w miarę, jak ludzie nauczą się z nich produktywnie korzystać. Proszę uwierzyć, ja nie jestem przeciwnikiem innowacji, lubię różnego rodzaju nowinki. Staram się jednak innowacji nie fetyszyzować.

Widziałem opakowanie czajnika, na którym producent podkreślał, że gwizdek sygnalizuje gotującą się wodę, jakby to była jakaś wyjątkowa właściwość tego czajnika. To objaw zwykłej głupoty, czy właśnie tej fetyszyzacji?

(Śmiech) Pozycjonowanie zupełnie zwyczajnych produktów jako superinnowacyjnych to dzisiaj powszechna praktyka rynkowa. Wspomniał pan o smartfonach i ich też to dotyczy. Tim Cook, prezes Apple, z wielką werwą i ekscytacją informował kiedyś publiczność, że nowy iPhone będzie dostępny także w kolorze leśnej zieleni.

Niesamowite!

Tak, brzmiał jakby ogłaszał ponowne nadejście Chrystusa na Ziemię. Ale ten typ marketingu jest całkiem racjonalny z punktu widzenia firm – wiedzą, że kapitał poszukuje dzisiaj miejsc, w których osiągnie największe zwroty giełdowe. Skuteczne przedstawienie siebie jako innowacyjnej firmy to wyższe ceny akcji, nawet jeśli firma nie przynosi realnego zysku. Firmy pokroju Ubera, czy Tesli mają dzisiaj inwestorów-fanów, którzy kupują ich akcje, mimo że nie ma fundamentów pozwalających wierzyć w ich nadzwyczajną wartość.

Uber nie jest rewolucyjną firmą?

Nie w takim stopniu, w jakim za taką uchodzi. Owszem, wprowadził rozwiązania zwiększające wygodę pasażerów, ale ta dysrupcja nie ma dla całej gospodarki jakiegoś rewolucyjnego oddziaływania. Ponadto to firma, która aby działać, musi dopłacać do biznesu. Uber za pomocą różnych kodów rabatowych i promocji płaci swoim klientom, żeby korzystali z jego aplikacji. To nie jest model biznesowy, którego można się spodziewać po rzekomej „firmie przyszłości” i mam wątpliwości co do tego, jak długo może on funkcjonować. Kolejnym problemem związanym z fetyszyzacją innowacji jest właśnie brak długofalowej perspektywy. Młodzi start-up’owcy nie myślą o swoich biznesach jako o przedsięwzięciach na całe życie. Mają pomysł, chcą znaleźć inwestora, rozwinąć go i sprzedać. Nie są skłonni poświęcać się swoim firmom całkowicie.

Zapominają też chyba, że obok e-biznesów istnieją także zwykłe biznesy – że zamiast tworzyć kolejną aplikację na smartfona, można np. otworzyć sieć zakładów fryzjerskich.

Owszem, tyle, że do stworzenia aplikacji niewiele trzeba – niewiele doświadczenia, wiedzy, kapitału. Każdy poważniejszy biznes wymaga tych rzeczy, a zdobycie ich zabiera czas. Nic dziwnego, że jak pokazują badania, przedsiębiorcy osiągają sukces najczęściej w wieku ok. 40 lat, a nie 18, czy 19, czyli nie w wieku obecnych start-up’owców. Inwestor Peter Thiel płaci młodym ludziom za to, żeby rzucali szkołę i zakładali firmy w Dolinie Krzemowej, tylko czy my potrzebujemy faktycznie tych wszystkich nowych aplikacji? Może lepiej, żeby w tej szkole zostali, zdobyli wiedzę i założyli potem bardziej złożone przedsiębiorstwa?

Obsesja na punkcie innowacyjności ma jeszcze jakieś negatywne strony?

Tak. Prowadzi do zaniedbywania tego, co uchodzi za nieinnowacyjne. Zaniedbujemy np. infrastrukturę, o czym w USA np. świadczy opłakany stan mostów, dróg, czy linii metra. Zaniedbujemy także całe klasy społeczne, ludzi, których nazywam „konserwatorami” czyli tych, którzy nie wymyślają co prawda nowych produktów, ale dzięki którym świat się kręci. Woźny, pracownik fizyczny, policjant, elektryk, itd. Ich pensje są niskie, gdyż społeczeństwo postanowiło wynagradzać głównie innowatorów. Im mniej „innowacyjna” praca, tym gorzej wyceniania. Dochodzi to tego, że niektórzy ludzie nie zarabiają nawet na tyle dużo, by opłacić rachunki.

Jaki z tego wniosek? Powinniśmy przestać pompować miliardy w „badania i rozwój”?

Gdy rynek tego nie robi, państwo inwestuje w innowacje

Nie jestem przeciwny wydatkom na naukę. Niemniej powinniśmy być świadomi, że jeśli dużo inwestujemy w innowacyjność, mniej inwestujemy w inne dziedziny. To są koszty alternatywne, tak działa ekonomia. Musimy być też świadomi, że innowacje na nic się nam nie zdadzą bez klasy konserwatorów. Jedno warunkuje istnienie drugiego. Warto rozważyć więc sposoby promowania innowacyjności. Być może np. akcent stawiany na małe firmy jest zbyt duży, a za mało myśli się o wielkich korporacjach, w których pojawiają się innowacje.

W Polsce się myśli. Rząd wykorzystuje państwowe spółki do budowania narodowych innowacyjnych czempionów.

Ale gdy ja mówię o korporacjach, nie mam na myśli firm państwowych. Narodowe czempiony to bardzo niebezpieczna strategia. Japończycy próbowali takowe zbudować i okazało się, że stworzyli firmy zupełnie niekonkurencyjne na międzynarodowych rynkach.

Ale Amerykanom w pewnym sensie się udaje – macie rozbudowany sektor militarny, który finansuje badania nad innowacyjnymi produktami. Firmy w nim działające można określić mianem „narodowych czempionów”.

Nie można zaprzeczyć, że wiele użytecznych innowacji faktycznie narodziło się w branży militarnej, ale stało się to raczej przypadkiem. Pierwotnym zastosowaniem GPS-u nie miała być nawigacja samochodowa. Strategia odgórnego sterowania innowacjami, strategia “przedsiębiorczego państwa”, jest bardzo ryzykowna. Raz działa, raz nie. Np. Wielka Brytania w latach 60 i 70 XX w. prowadziła politykę wypisz wymaluj „przedsiębiorczego państwa” i wpadła w kryzys. Polityka nie wypaliła. Przyczyna? M.in. fakt, że brytyjskie czempiony narodowe bazowały na przestarzałych technologiach komputerowych, które musiały skapitulować w starciu z firmami wykorzystującymi technologie od nowoczesnego IBM. Problemem w budowaniu narodowych czempionów jest przewidywanie – po prostu nie umiemy tego robić. Dlatego np. prognozy dotyczące rozwoju branży komputerowej z lat 90 były zupełnie przestrzelone.

Świat stoi dzisiaj w obliczu wielu globalnych problemów: od koronawirusa po zmiany klimatu. Pojawiają się głosy, że dzięki innowacjom możemy je rozwiązać. Zgadza się pan?

Władcy klimatu

Uważam, że w przypadku zmian klimatu oczekiwanie na jakąś magiczną technologię, która zbawi ludzkość jest złą strategią. Znamy przecież sposoby na ich zwalczanie, wystarczy je wdrożyć. Są kosztowne, ale skuteczne. I one same z siebie po wdrożeniu przełożą się na większą innowacyjność. Weźmy np. globalny podatek od emisji CO2. Po jego wprowadzeniu presja na efektywne wykorzystywanie zasobów wzrosłaby. Firmy oferowałyby nowe, skuteczniejsze rozwiązania z zakresu chociażby termomodernizacji domów. Moje spojrzenie na te zagadnienia ma pewien Hayekowski komponent…

Żeni pan Hayeka, wolnorynkowca z krwi i kości, z wysokimi podatkami?

Chodzi mi o jego spojrzenie na procesy rynkowe. Mają one charakter spontaniczny, co każe mieć ograniczoną wiarę w możliwość sterowania nimi i odgórnego „wywoływania” konkretnych innowacji. Można jednak rynkom dawać bodźce i czekać aż na nie odpowiedzą w sposób, który uznają za efektywny. Możemy więc wskazywać ogólny kierunek pożądanej zmiany technologicznej, ale uszczegółowienie powinniśmy zostawiać rynkom. Taka strategia pozwoli zracjonalizować wydatki na innowacje i dowartościować te dziedziny, które dotąd zaniedbaliśmy. Niestety, porzucenie narracji, w której innowacyjność to rzecz najważniejsza, będzie trudne. Wiele osób po prostu na niej korzysta. Nadmuchiwanie tego balonika to też źródło grantów badawczych dla wielu akademików i wpływowych intelektualistów oraz źródło klikalności, a więc reklam dla mediów. Apeluję jednak do wszystkich przynajmniej o uruchomienie w sobie bardziej czułych „detektorów bzdury”. Nie wszystko innowacja, co się świeci!

– rozmawiał: Sebastian Stodolak

Lee Vinsel – badacz innowacji, historyk gospodarki, filozof, politolog, wykładowca Virginia Tech na wydziale Nauki i Technologii w Społeczeństwie, autor książki „The Innovation Delusion”, której publikacja zaplanowana jest na 2020 r.


Tagi


Artykuły powiązane