Druga szansa Europy

11.01.2018
Chociaż strefa euro wykazała się większą żywotnością niż wielu ekonomistów przewidywało, jej potencjał odpierania kolejnych recesji jest niewiele wyższy, niż przed tą ostatnią. Koniunktura w Europie nie będzie trwała wiecznie, dlatego trzeba ją dobrze wykorzystać.


„Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni” pisał Nietzsche w „Zmierzchu bożyszcz”. Wszakże druga możliwość jest taka, że to „coś” niebezpiecznie osłabi organizm – tak jak choroby przez całe życie nękające niemieckiego filozofa. Strefa euro przeżyła iście piekielne dziesięciolecie, obecnie zaś cieszy się niespodziewaną koniunkturą. OECD, klub w większości bogatych krajów jest zdania, że tempo wzrostu w strefie euro będzie w 2017 roku wyższe niż w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Japonii. Niestety, chociaż strefa euro niewątpliwie wykazała się większą żywotnością niż wielu ekonomistów przewidywało, jej potencjał odpierania kolejnych recesji jest niewiele wyższy, niż przed tą ostatnią.

Kryzys w Europie był dramatyczny. PKB strefy euro jest obecnie o około 1,4 bln euro (1,7 bln dol.) poniżej poziomu, który można było osiągnąć, gdyby po 2007 roku strefa rosła w tempie 2 proc. rocznie. Część krajów z jej obrzeża wciąż nie odzyskało tempa wzrostu gospodarczego sprzed dziesięciu lat. Straty gospodarcze były tak wielkie również za sprawą fundamentalnych wad w konstrukcji europejskiej unii walutowej.

Trzy kwestie wysuwają się tu na pierwszy plan. Po pierwsze, Unia scentralizowała kreację pieniądza, pozostawiając rządom narodowym odpowiedzialność za wypłacalność fiskalną swoich krajów. Rynki zorientowały się, że rządy nie będą w stanie łatać zobowiązań dodrukiem pieniądza i popadały w panikę w reakcji na każdą złą wiadomość, wietrząc ryzyko niewypłacalności. To zaś zwiększało koszty finansowania dla rządów i dodatkowo zaostrzało napięcia finansowe. W 2012 roku do akcji wkroczył Europejski Bank Centralny (EBC) deklaracją, że w celu utrzymania kontroli nad polityką pieniężną będzie skłonny – w ostateczności – skupować rządowe obligacje. Nastroje się uspokoiły, rentowność obligacji spadła, a strefa wydostała się z najgłębszej fazy kryzysu.

Inna wszakże słabość spowodowała, że gospodarka strefy euro wegetowała na granicy recesji aż do 2014 roku. Podczas głębokich kryzysów gospodarczych banki centralne zwykle obniżają stopy procentowe, aby pobudzić akcję kredytową i inwestycje, rządy zaś ze swojej strony zwiększają deficyt budżetowy, aby wyrównać spadek wydatków sektora prywatnego. Po wybuchu kryzysu finansowego EBC, podobnie jak inne banki centralne bogatego świata, obniżył stopy procentowe niemal do zera, a rządy cięły podatki i zwiększały wydatki.

Problemy strefy euro miały charakter unikalny. EBC w swoich działaniach ograniczany jest mandatem – zakładającym pułap inflacyjny 2 proc. (w przeciwieństwie do celu inflacyjnego 2 proc. przyjętego w innych państwach) – i wpływem wyczulonego na inflację niemieckiego Bundesbanku. EBC mógł rozpocząć stymulujący skup aktywów dopiero w obliczu zagrożenia deflacją, długo po tym, jak podobne działanie wdrożyły inne banki centralne.

Tej ociężałej polityki pieniężnej nie były w stanie zrównoważyć działania rządów. Obietnica skupu obligacji skarbowych przez EBC niosła ryzyko, że gospodarki strefy euro uwolnią się od dyscypliny narzucanej przez rynki. Liderzy europejscy, w szczególności Niemcy, starali się wymusić odpowiedzialne zachowanie innymi sposobami. Programy kredytów interwencyjnych negocjowane z państwami najbardziej dotkniętymi kryzysem zawierały wymóg cięć budżetowych. Wszyscy członkowie związani byli tzw. „paktem fiskalnym”, podpisanym przez liderów strefy euro w 2012 roku. Wzywał on państwa członkowskie do utrzymania deficytów w ustalonych limitach, równoważenia budżetów w dłuższej perspektywie czasowej oraz przyjęcia planów redukcji długu publicznego do maksymalnie 60 proc. PKB. Zobowiązania te nie były w pełni przestrzegane, ale ich krótkoterminowym efektem był gwałtowny spadek poziomu pożyczek publicznych w całej strefie euro w latach 2012-2016, co przyczyniło się do przedłużenia kryzysu.

Europejscy przywódcy wciąż spierają się co do sposobu zaspokojenia makroekonomicznych potrzeb strefy walutowej. Prezydent Francji Emmanuel Macron popiera reformy obejmujące utworzenie na tyle dużego budżetu strefy euro, by mógł on amortyzować wstrząsy gospodarcze, oraz powołania ministra finansów mającego go nadzorować. Realistycznie patrząc, od uzgodnienia takich mechanizmów – nie mówiąc już o ich realizacji – dzielą nas lata.

Na szczęście ożywienie gospodarcze w Europie nastąpiło mimo braku reform – co nie oznacza, że te ostatnie są choć trochę mniej potrzebne. W swej początkowej fazie poprawa koniunktury w strefie euro napędzana była eksportem. Kryzys i polityka zaciskania pasa zdusiły wydatki krajowe i wywindowały bezrobocie do poziomów, przy których zaniżano płace. W tej sytuacji gospodarki strefy euro zaczęły sprzedawać za granicą znacznie więcej niż kupowały; w ten to sposób zagraniczni konsumenci rzucili tonącym peryferiom koło ratunkowe. Silny wzrost na świecie nadal sprzyja europejskich eksporterom, ale obecny impuls wzrostowy wynika także z innych czynników.

Faza najostrzejszych cięć budżetowych już się skończyła. Natomiast spadające bezrobocie powoduje wzrost wydatków konsumpcyjnych – zwłaszcza w Niemczech, gdzie koniunktura trwa najdłużej i jest najlepsza.

Wzrost czyni cuda. Większe wpływy podatkowe ułatwiają redukcję deficytu, a wzrost zatrudnienia i wydatków konsumpcyjnych wzajemnie się stymulują. Tak długo, jak utrzymają się umiarkowane ceny ropy naftowej i silny globalny wzrost, kondycja gospodarcza Europy będzie się poprawiać. Niestety te korzystne warunki nie mogą trwać wiecznie. Nie zniknęło zaś trzecie i najpoważniejsze zagrożenie dla losów strefy euro w dłuższym okresie: niedopasowanie zakresu kompetencji pomiędzy jej instytucjami gospodarczymi a politycznymi.

Żadna instytucja europejska nie ma takiej demokratycznej legitymacji, jak rząd narodowy. Kryzys wymusił w Europie reformy instytucjonalne w obszarach takich, jak nadzór bankowy, ale też doprowadził do koncentracji władzy w instytucjach niepochodzących z wyborów, takich jak Europejski Bank Centralny – pomimo, że pakt fiskalny negocjowali szefowie rządów. Bez nowych instytucji politycznych, propozycje Macrona (który widzi także potrzebę stworzenia parlamentu strefy) co do budżetu i ministerstwa finansów strefy euro brzmią jak kolejna wersja tej samej śpiewki.

Strefa euro jest w politycznym potrzasku. Jednym ze skutków europejskiego kryzysu jest powstanie na całym kontynencie partii nacjonalistycznych, unoszonych falą społecznego gniewu na dolegliwości spowodowane – wydawałoby się – przez europejskich polityków, nieponoszących żadnej odpowiedzialności. Każdy ruch w kierunku większej integracji europejskiej prowokować będzie coraz głośniejsze ostrzeżenia przed utratą suwerenności.

Ale brak porozumienia co do takich działań zwiększy prawdopodobieństwo, że kolejny kryzys będzie miał poważne skutki, co również będzie prowadzić do wzrostu popularności nacjonalistów.

Dziesięć lat gospodarczych dolegliwości odebrało Europie możliwość przedstawiania integracji jako siły napędowej dobrobytu. Jeśli Europa nie wykorzysta obecnej dobrej koniunktury do przebudowy swoich struktur, to bieżące interludium postrzegane będzie z perspektywy czasu nie jako chwila triumfu, ale ostatnia niewykorzystana szansa na zbudowanie strefy euro zdolnej do przetrwania.

© [2018] The Economist Newspaper Limited

Wszystkie prawa zastrzeżone. Artykuł opublikowany na licencji, tłumaczenie NBP. Oryginał w j. angielskim znajduje się na stronie www.economist.com


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły