Banki centralne powinny postawić na technologie poprawiające produktywność

13.03.2018
Chociaż potencjalne korzyści mogą nie być jeszcze widoczne w danych, to rola banku centralnego w zarządzaniu produktywnością jest nawet bardziej fundamentalna, niż sugerują teorie. Dobra polityka pieniężna jest niezbędna do pełnego wykorzystania korzyści, płynących z nowych technologii.

(CC0 Pixabay)


W 1996 roku Alan Greenspan zaczął dociekać, dlaczego błyskotliwe technologie informacyjne, rozprzestrzeniające się po Ameryce, zdawały się nie prowadzić do wzrostu produktywności. Nie był on pierwszą osobą, która zastanawiała się nad tą kwestią. Już dekadę wcześniej laureat nagrody Nobla Robert Solow zauważył, że komputery są obecnie wszędzie, ale nie w statystykach.

Jednakże Greenspan, jako przewodniczący Rezerwy Federalnej, znajdował się w wyjątkowej pozycji, umożliwiającej eksperymentowanie z amerykańską gospodarką. Gdy stopa bezrobocia spadła do poziomu, który w normalnej sytuacji wywołać może falę podwyżek stóp procentowych, kierowany przez Greenspana FED zachował spokój, zakładając, że wzrost wydajności, wynikający z nowych technologii informacyjnych, będzie utrzymywał presję cenową pod kontrolą. Podejście to przyniosło skutek w postaci najdłuższego okresu szybkiego wzrostu od początku lat 60. Pomimo sukcesu Greenspana, niewielu bankowców centralnych wykazuje chęć do powtórzenia tego eksperymentu, a spora część z nich pozostaje ślepa na kwestie inne, niż inflacja i zatrudnienie. Jest to niefortunne. Odrobina wiary w technologie może zdziałać cuda.

Bankowcy centralni nie są znani ze szczególnego wizjonerstwa. Przekształcanie nowych pomysłów w bardziej efektywne sposoby robienia rzeczy, to zadanie dla przedsiębiorstw. Zdolność gospodarki do produkcji – strona podażowa – zależy przede wszystkim od czynników, takich jak: postęp technologiczny, wzrost populacji i poziom kwalifikacji siły roboczej. Zazwyczaj przyjmuje się, że polityka pieniężna nie wpływa na ten proces. Jej obszarem odpowiedzialności jest popytowa strona gospodarki, czyli skłonność ludzi do wydawania pieniędzy. Bankowcy centralni zazwyczaj postrzegają siebie jako kierowców, którzy jedynie wciskają pedały gazu i hamulca w pojeździe. Za stan silnika odpowiada jednak ktoś inny.

Nie wszyscy ekonomiści zgadzali się co do tak wyraźnego rozgraniczenia pomiędzy podażą i popytem. W 1973 roku Arthur Okun sugerował, że w gospodarce o bardzo niskim bezrobociu, firmy będą zwiększać produktywność swoich pracowników. Bardziej wydajne firmy pokonywać będą mniej wydajne firmy w konkurencji o ograniczone zasoby siły roboczej, co prowadzić będzie do wzrostu produktywności. Pozwalając na szybki wzrost wydatków i spadek bezrobocia, bank centralny może tym samym wywołać szybszy wzrost produktywności.

W latach 80. Olivier Blanchard i Larry Summers rozwinęli tę koncepcję w swojej pracy nad zjawiskiem „histerezy”. Wnioskowali oni, że jeśli słaby popyt doprowadzi do długiego okresu bezrobocia, umiejętności zwolnionych pracowników mogą stać się przestarzałe, wobec bieżących wymagań gospodarki, a ich związki z rynkiem pracy mogą ulec osłabieniu. Krótkotrwała pomyłka w polityce pieniężnej może spowodować długoterminowy spadek podaży. Zgodnie z tym, jeśli bank centralny zareaguje na recesję, pozwalając by bezrobocie spadło do poziomu pobudzającego inflację, może się okazać, że to przegrzanie skłania zniechęconych pracowników do powrotu na rynek pracy i zmusza firmy do zapewnienia im koniecznych szkoleń i wyposażenia. W takich przypadkach popyt może niejako wytworzyć własną podaż.

W rzeczywistości, rola banku centralnego w zarządzaniu produktywnością jest nawet bardziej fundamentalna, niż sugerują powyższe teorie. Dobra polityka pieniężna jest niezbędna do pełnego wykorzystania korzyści, płynących z nowych technologii. Załóżmy dla przykładu, że firma technologiczna tworzy tani, oparty na sztucznej inteligencji, gadżet, nadający się do noszenia, który jest w stanie monitorować stan zdrowia i diagnozować dolegliwości, równie dobrze, jak lekarz rodzinny. Wdrożenie tego produktu wymaga pewnych inwestycji kapitałowych i zatrudnienia, ale prowadzi także do znacznie większych redukcji wydatków na konwencjonalnych lekarzy. Innymi słowy, ta magiczna innowacja prowadzi do wzrostu wydajności usług zdrowotnych. Brawo! Jednakże konieczność przesunięcia zasobów w odpowiedzi na tę nową, przełomową technologię, generuje pewne trudności.

Wydatki na opiekę zdrowotną są niezawodnym źródłem wzrostu zatrudnienia i popytu. Nagłe ograniczenie takiego wzrostu może doprowadzić do spowolnienia gospodarczego. Pomogłyby w tym wypadku oszczędności, uzyskane przez konsumentów, ubezpieczycieli i rządy, dzięki nowej technologii. Być może, niektórzy ludzie wykorzystaliby zaoszczędzone pieniądze na dobrowolne zabiegi, takie jak chirurgia plastyczna w klinikach, które mogłyby wtedy zostać zmuszone do ekspansji i zatrudnienia nowych pracowników. Ale nie ma żadnej gwarancji, że utracone wydatki na lekarzy i powiązany z nimi sprzęt zostaną zrekompensowane wzrostem wydatków gdzie indziej.

Rzeczywiście, w artykule opublikowanym w 2006 roku Susantu Basu, John Fernald i Miles Kimball stwierdzili, że postępy technologiczne mają zwykle oddziaływanie restrykcyjne, popychając gospodarkę w kierunku spowolnienia. Autorzy ci oszacowali, że ulepszenia technologiczne prowadzą do spadku wykorzystania kapitału i pracy (w tym przypadku np. stetoskopów i lekarzy) oraz inwestycji biznesowych (nowe kliniki) przez okres nawet dwóch lat. Dla osób doświadczających takich okresów, ten negatywny wpływ technologii objawia się niższą inflacją i niższymi podwyżkami płac.

To z kolei sugeruje, że czujny bank centralny, realizujący politykę celu inflacyjnego, powinien niezwłocznie wkroczyć do akcji, aby zapewnić większe bodźce monetarne i utrzymać planowane tempo wzrostu cen i płac. Te bodźce powinny pobudzić inwestycje w rozwijających się częściach gospodarki, umożliwiając im szybkie wchłonięcie zasobów, uwolnionych przez nową technologię (przez którą wielu lekarzy straciło pracę), w wyniku czego możliwe będzie uniknięcie ogólnego spowolnienia gospodarczego.

Na drodze do takiego pozytywnego rozwiązania stoją zwykle dwie przeszkody. Po pierwsze, kolejne etapy tego procesu następują z pewnym opóźnieniem. Spowolnienie tempa wzrostu cen i płac będzie stopniowe, w miarę jak zwolnieni pracownicy zaciskać będą pasa i konkurować o nowe posady z innymi osobami, poszukującymi pracy. Banki centralne mogą wówczas zwlekać z działaniem, aby upewnić się, czy niska inflacja odzwierciedla rzeczywistą tendencję ekonomiczną, czy jest jedynie statystyczną anomalią. Nawet po tym, gdy podejmą już odpowiednie działania, potrzeba czasu, zanim stosowane przez nie narzędzia przyniosą efekty.

Większym problemem może jednak być niezdolność bankowców centralnych do uwierzenia, że oszałamiające przemiany technologiczne są możliwe, nie mówiąc nawet o tym, że są nieuchronne. Tymczasem ryzyko, z którym mierzą się bankowcy jest asymetryczne. Gdyby Alan Greenspan się pomylił, wszyscy zobaczyliby wynikającą z tego wysoką inflację. Gdyby zachował się asekuracyjnie, nikt nie wiedziałby, że możliwe było osiągnięcie boomu gospodarczego.

Istnienie takich możliwości można jedynie zgadnąć, ponieważ nie widać ich w danych. Trzeźwo myślący technokraci nie są podatni na takie odważne działania. Tym niemniej, banki centralne powinny częściej ryzykować lekki wzrost inflacji w zamian za szanse na uzyskanie nadzwyczajnych korzyści, wynikających ze wzrostu produktywności.

© [2018] The Economist Newspaper Limited

Wszystkie prawa zastrzeżone. Artykuł opublikowany na licencji, tłumaczenie NBP. Oryginał w j. angielskim znajduje się na stronie www.economist.com

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły