Dlaczego korporacyjna Ameryka kocha Donalda Trumpa

12.06.2018
Większość amerykańskich elit uważa, że ​​prezydentura Donalda Trumpa szkodzi państwu. Szefowie firm są jednak przekonani, że obecny prezydent sprzyja biznesowi. Tylko na krótką metę.

Donald Trump (CC By SA Gage Skidmore)


Większość amerykańskich elit uważa, że ​​prezydentura Donalda Trumpa szkodzi państwu. Urzędnicy odpowiedzialni za obszar polityki zagranicznej są przerażeni, że niszczone są sojusze w zakresie polityki bezpieczeństwa. Eksperci do spraw fiskalnych ostrzegają, że tempo zadłużania państwa wymyka się spod kontroli. Naukowcy wyrażają ubolewanie z powodu odrzucenia polityki przeciwdziałania zmianom klimatycznym. Niektórzy eksperci prawni ostrzegają przed nadchodzącym kryzysem konstytucyjnym.

Wśród tego zgiełku jest jeden jaskrawy wyjątek. Ludzie prowadzący firmy dokonali kalkulacji dotyczących epoki Trumpa i ogólnie rzecz biorąc są zadowoleni. Szefowie firm uważają, że wartość obniżek podatków, deregulacji i potencjalnych koncesji handlowych ze strony Chin przewyższa niejasne koszty w postaci osłabionych instytucji i wojen handlowych. Dlatego gotowi są wpasować się w wizję gospodarczą prezydenta Trumpa, zgodnie z którą firmy uwolnią się od regulacji państwowych i nieuczciwej konkurencji zagranicznej, a zyski, inwestycje i ostatecznie również płace poszybują w górę.

Fajerwerki finansowe obserwowane w pierwszym kwartale tego roku sugerują, że ta wizja się spełnia. Zarobki firm notowanych na giełdzie wzrosły o 22 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem, a inwestycje wzrosły o 19 proc.

Ale obecny wzrost inwestycji jest inny niż jakikolwiek notowany wcześniej — jest on nieproporcjonalnie skoncentrowany na gigantach technologicznych, a nie tradycyjnych firmach z fabrykami. Jeśli chodzi o całościową ocenę kosztów prezydentury Donalda Trumpa korporacje amerykańskie przejawiają krótkowzroczność i niechlujność.

Widok z loży prezesów

Od 2019 r. czterech na pięciu podatników w USA będzie płacić mniejsze podatki

Od czasu zwycięstwa w wyborach do Kongresu i wyborach prezydenckich Republikanie starali się wyzwolić potęgę biznesu z okowów regulacji. Po wyborach Donald Trump organizował szczyty z biznesowymi potentatami transmitowane na żywo z sali posiedzeń w Trump Tower, a później z jego nowego biura w Gabinecie Owalnym. Choć szefowie firm mają już trochę dość tego rodzaju przedstawień, szczególnie po dwuznacznych wypowiedziach Trumpa na temat zeszłorocznych protestów białych suprematystów w Wirginii, nie tracą optymizmu. Jednym z powodów jest przyjęta w grudniu republikańska reforma podatku dochodowego od osób prawnych. Jest to największa taka reforma od 1986 roku. Reforma zawierała kilka rozsądnych elementów, w tym obniżenie głównych stawek do średnich poziomów europejskich. Roczne oszczędności w kwocie 100 mld dolarów odpowiadają 6 proc. zysków przed opodatkowaniem (odpowiada to jednej dziesiątej deficytu fiskalnego).

Deregulacja trwa w najlepsze. Zaledwie kilka dni temu złagodzone zostały regulacje bankowe. Kierownicy wielu rządowych i publicznych agencji zostali zastąpieni osobami nominowanymi przez Trumpa. Według firm, w wyniku zmiany na szczycie, urzędnicy są do nich bardziej przyjaźnie nastawieni. Zaskakujący odsetek korporacyjnych zarządów popiera agresywne stanowisko w sprawie handlu z Chinami. Mówiąc czysto teoretycznie, gdyby Chiny skapitulowały wobec amerykańskich żądań i importowały rocznie towary warte o 200 mld dolarów więcej niż obecnie, mogłoby to zwiększyć dochody korporacyjnej Ameryki o dodatkowe 2 proc.

Korzyści płynące z prezydentury Trumpa dla biznesu są jasne: mniej podatków i biurokracji, potencjalne zyski w handlu i wzrost dochodów o 6-8 proc.

Kłopot polega na tym, że firmy często nie są w stanie odpowiednio ocenić ryzyka, a ogólna ocena otoczenia biznesowego bywa błędna. W czasie prezydentury Obamy korporacje amerykańskie były przekonane, że ​​są pod ostrzałem, podczas gdy w rzeczywistości – wnioskując na podstawie danych – była to złota epoka, a średnie zyski firm były o 31 proc. wyższe od poziomów długoterminowych. Teraz szefowie firm sądzą, że osiągnęli stan nirwany, jednak rzeczywistość jest taka, że ​​krajowy system handlu odchodzi od poszanowania reguł, otwartości i umów wielostronnych w stronę arbitralnych decyzji, izolacji i krótkotrwałych układów.

W miarę wyłaniania się kształtów tego nowego świata, podobnie jasne staną się jego koszty dla biznesu w zakresie złożoności i przewidywalności. Rozważmy najpierw kwestię złożoności. Jednym z paradoksów agendy politycznej zespołu Donalda Trumpa jest to, że choć nie chcą oni mieszać się w sprawy biznesu w kraju, zarazem pragną zaostrzenia regulacji, jeśli chodzi o handel międzynarodowy. Kiedy majstrują oni przy taryfach celnych, zmusza to do reakcji bardzo wiele firm posiadających globalne łańcuchy dostaw. Cła na stal zaproponowane w marcu obejmują zaledwie 0,5 proc. amerykańskiego importu, ale jak dotąd w tym miesiącu ponad 200 amerykańskich firm notowanych na giełdzie omawiało finansowy wpływ ceł podczas rozmów z inwestorami. Z czasem powstanie cała siatka zakłóceń handlu.

Ponieważ poziom regulacji handlu rośnie, rozwija się nowa biurokracja nadzorcza. 23 maja 2018 r. Departament Handlu Stanów Zjednoczonych rozpoczął badanie dotyczące importu samochodów. Zgłoszony w Kongresie projekt ustawy przewiduje sprawdzanie wszystkich zagranicznych inwestycji w Ameryce w celu zapewnienia, że nie zagrażają one „wiodącej pozycji technologicznej i przemysłowej Stanów Zjednoczonych w dziedzinach związanych z bezpieczeństwem narodowym”. Amerykańskie firmy zainwestowały za granicą 8 bln dolarów, natomiast wartość inwestycji firm zagranicznych w Stanach Zjednoczonych wynosi 7 bln dolarów. Od 2008 roku zawarto 15 tys. umów na inwestycje zagraniczne w Stanach Zjednoczonych. Koszty związane z monitorowaniem takiej aktywności mogą ostatecznie okazać się ogromne. W miarę jak Ameryka wycofuje się z globalnej współpracy, jej firmy również będą musiały w coraz większym stopniu stawiać czoła bardziej restrykcyjnym regulacjom za granicą. W tym roku Europa wprowadziła już nowe regulacje dotyczące instrumentów finansowych i ochrony danych.

Koszty wynikające ze wzrostu poziomu regulacji handlu mogą nawet przewyższyć korzyści wynikające z deregulacji gospodarczej w kraju. To mogłoby być do wytrzymania, gdyby nie inny duży koszt epoki Trumpa: nieprzewidywalność.

Na rynku krajowym obniżki podatków dla przedsiębiorstw częściowo wygasną po 2022 roku. Negocjatorzy amerykańscy dążą do uwzględnienia w nowej umowie NAFTA 5-letniej klauzuli automatycznie wygasającej (tzw. sunset clause), chociaż Kanada i Meksyk wolałyby przyjąć trwałe rozwiązania. Szefowie firm mają nadzieję, że wojownicze stanowisko w sprawie handlu jest jedynie sztuczką zapożyczoną przez Trumpa z programu telewizyjnego „The Apprentice” i że ostatecznie pojawią się stabilne umowy. Ale wyobraźmy sobie, że Ameryce udało się zawrzeć porozumienie z Chinami, a deficyt w handlu dwustronnym mimo to nie maleje, albo chińskie firmy przestają kupować amerykańskie komponenty high-tech w miarę uzyskiwania samowystarczalności, albo prezydent Trump jest wyśmiewany za zrobienie kiepskiego interesu. W takim wypadku Biały Dom może po prostu zerwać porozumienie.

Nowe prawo dżungli

Kolejną przyczyną rosnącej nieprzewidywalności jest skłonność prezydenta Trumpa do demonstrowania swojej siły poprzez czysto uznaniowe działania polityczne. Właśnie poprosił on amerykańską pocztę o podniesienie cen przesyłek dla znienawidzonego przez niego Amazona, który jest drugim na świecie najwyżej wycenianym przedsiębiorstwem notowanym na giełdzie. Prezydent z pewnością mógłby skierować swój gniew na inne firmy z Doliny Krzemowej – w końcu w coraz większym stopniu kontrolują one przepływ informacji politycznych. Ponadto Trump chce, aby jego osobiste kaprysy decydowały o losach chińskiej firmy telekomunikacyjnej ZTE, zakazanej w Ameryce z powodu naruszenia sankcji. W rezultacie inne kraje również zaczynają grać ostrzej. Kartą przetargową w konflikcie handlowym stało się warte 52 mld dolarów przejęcie przez Qualcomm konkurencyjnej firmy produkującej półprzewodniki NXP. Transakcję tę blokuje chińska agencja antymonopolowa. Kiedy polityka zamienia się w ciągłe negocjacje, następuje rozkwit lobbingu. Następujący spadek przewidywalności otoczenia biznesowego doprowadzi do wzrostu kosztów pozyskiwania kapitału.

Wraz z przejściem gospodarki amerykańskiej do dojrzałej fazy cyklu koniunkturalnego, może dojść do nasilenia tych arbitralnych interwencji. Prezydent Trump oczekuje wzrostu płac, ale przewiduje się, że do 2019 roku 85 proc. firm z listy S&P500 zanotuje wzrost marż, co odzwierciedlać będzie utrzymywanie kosztów pod kontrolą. Oznacza to, że jedną ze stron czeka ostatecznie rozczarowanie – albo akcjonariuszy, albo pracowników i prezydenta Trumpa.

Biorąc pod uwagę wzrost stóp procentowych, w ciągu najbliższych kilku lat prawdopodobna jest recesja. W czasie kryzysu amerykańskie firmy mogą zdać sobie sprawę, że ich legendarna elastyczność została mocno ograniczona, ponieważ polityka zwalniania pracowników i cięcia kosztów stały się politycznie toksyczne.

Republikanie mają rację, że obniżki podatków i polityka rozsądnej deregulacji mogą zwiększać konkurencyjność przedsiębiorstw. Ale nie udało się uzyskać istotnego postępu w zakresie innych priorytetów, takich jak naprawa infrastruktury, ochrona małych firm przed monopolami i reforma systemu edukacji. Większość firm jest dumna ze swojej zrównoważonej polityki, ale takie podejście w pewnym momencie przekształca się w samozadowolenie. Amerykański biznes może pewnego dnia dojść do wniosku, że obecny okres był momentem, w którym zaksięgował/zebrał on wszystkie korzyści wynikające z epoki Trumpa, nie uwzględniając jednocześnie w rachunkach wszystkich kosztów. Strategia, która uwzględnia przychody, ale nie bierze pod uwagę wydatków, rzadko kiedy ma sens.

 

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły